red. Marian Miszalski
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

III Konferencja KSD

red. Marian Miszalski

 

Kompromis międzypokoleniowy a suwerenność państwa polskiegocamera


 

Można spojrzeć na naród jak na sztafetę pokoleń, która przekazuje sobie w toku historii pewien zespól wartości moralnych, politycznych czy instytucjonalno-prawnych. Każde nowe pokolenie modyfikuje ten przekaz, uszczupla go lub wzbogaca, ale dopóki szanuje jego podstawowy kanon - można mówić o „międzypokoleniowym kompromisie" jako realnym procesie historycznym, a nie tylko poetyckiej metaforze.
Przekroczenie granic tego kompromisu następuje, sądzę, wówczas, gdy pochopnie, lekkomyślnie lub powodowani nieczystymi intencjami odrzucamy pewne wartości tego kanonu, bez dostatecznej pewności, że obejdziemy się bez nich w przyszłości.
Jedną z takich niekwestionowanych wartości, jakie przekazywały nam minione pokolenia Polaków, jest suwerenność państwa.

Niepodlegle państwo polskie było wielką wartością zarówno w okresie świetności I Rzeczpospolitej, jak w smutnym okresie rozbiorowym, gdy dla odzyskania własnego, suwerennego państwa poświęcano życie, majątki i zdrowie w Insurekcji Kościuszkowskiej, w Powstaniu Listopadowym, w Powstaniu Styczniowym, wreszcie w czynie legionowym, w wojnie polsko-bolszewickiej, w II wojnie światowej, w Powstaniu Warszawskim czy w walce zbrojnej z komunizmem już po roku 1945.
Chciałbym więc głośno zastanowić się, jak traktujemy suwerenność państwową dzisiaj, w tym szczególnym dwudziestoleciu lat 1989-2009. Czy dochowujemy w tym względzie międzypokoleniowego kompromisu - czy raczej pochopnie, lekkomyślnie lub powodowani nieczystymi intencjami wykraczamy poza jego granice?
Spójrzmy zatem, jak traktuje suwerenność państwa obecna Konstytucja, uchwalona w roku 1997 przez dwie lewicowe partie wówczas rządzące, SLD i PSL, przy propagandowym wsparciu trzeciej partii lewicowej, UW.
Zanim jednak przejdę do obecnego, konstytucyjnego uregulowaniu suwerenności państwowej - chciałbym zatrzymać się chwile przy okolicznościach uchwalenia obecnej Konstytucji, gdyż okoliczności te należą również to podejmowanej tu tematyki: pochopnego, lekkomyślnego lub powodowanego brudnymi intencjami przekraczania granic międzypokoleniowego kompromisu.
W 1992 roku parlament uchwalił „ustawę o referendum konstytucyjnym". Przewidywała ona, że gdy w przyszłości (bo obowiązywała wówczas tzw.mała konstytucja) uchwalona zostanie nowa Konstytucja III Rzeczypospolitej - poddana zostanie pod ogólnonarodowe referendum. Ustawa ta nie wprowadzała żadnego minimum frekwencyjnego dla ważności zapowiadanego referendum. Stanowiła tylko, że jeśli większość uczestniczących w tym referendum przyjmie nową konstytucje - będzie ona obowiązywać. Była to zatem z prawnego i politycznego punktu widzenia bardzo podejrzana ustawa, gdyż w świetle jej postanowień nawet 10 czy 5-procentowa frekwencja w referendum czyniła je ważnym.
Trzy lata później, w 1995 roku, parlament podjął nową ustawę w tym przedmiocie. Regulowała ona generalnie kwestie referendum jako instytucji prawnej, w tym także, na zasadzie przepisów szczególnych - kwestię referendum konstytucyjnego. Ustawa ta stanowiła, że dla ważności każdego referendum, w tym i konstytucyjnego, niezbędna jest co najmniej 50 procentowa frekwencja obywateli w referendum. Podnoszono wówczas słuszne zastrzeżenia, że dla tak ważnej sprawy, jak referendum konstytucyjne, przydałby się wyższy próg frekwencyjny: na przykład 70 procentowy, albo wręcz ustanowienie obowiązku uczestnictwa w referendum konstytucyjnym. Niestety, ówczesny ustawodawca zlekceważył te głosy i poprzestano na wymogu minimum 50 procentowej frekwencji.
Kiedy w 1997 roku uchwalono obecną Konstytucję, poddano ją, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią , pod ogólnonarodowe referendum.
Okazało się jednak, że frekwencja w referendum sięgnęła tylko 42 procent.
Referendum było więc nieważne, a Konstytucja ta nie powinna wejść w życie.
Jednak rządzący uciekli się wówczas do bardzo prymitywnej sztuczki prawnej, do grubymi nićmi szytego tricku prawnego. Chociaż nieważność referendum była oczywista, przekazano sprawę do decyzji Sądu Najwyższego pod pretekstem kolizji ustaw: tej z 1992 roku, i tej z 1995 roku. I chociaż żadnej kolizji nie było, bo - po pierwsze - ustawa z roku 1995 była późniejsza („lex posteriori derogat legi priori" - ustawa późniejsza uchyla ustawę wcześniejszą), a nadto ustawa z 1995 roku regulowała także kwestię szczególną, jaką jest kwestia referendum konstytucyjnego (więc ustawa z 1992 roku nie była wobec niej „lex specialis") - mimo to Sad Najwyższy odwołał się do ustawy z roku 1992, która nie zawierała żadnego progu frekwencji.
Na podstawie tego urągającego prawu orzeczenia Sądu Najwyższego uznano referendum konstytucyjne za ważne i obecna Konstytucja weszła w życie.
Dlaczego Sad Najwyższy wydał takie właśnie orzeczenie?
Nie potrafię tego wytłumaczyć inaczej, jak tylko pewnym fragmentem z „Pana Tadeusza". Gdy mieszkającej w „Peterburku" Telimenie myśliwski pies sąsiada, drobnego carskiego urzędnika, zagryzł przypadkiem jej małego pieska, ratlerka czy teriera, poskarżyła się znajomemu carskiemu dygnitarzowi, Kozodusinowi, z którym miała - jakbyśmy powiedzieli dzisiaj - „dobre układy".
Ten wezwał urzędnika i zapytał surowo, jak mógł dopuścić do tego, żeby jego pies zagryzł „kotną łanię, w dodatku w okresie ochronnym"? Urzędnik ów zdziwił się niebywale: Jaką kotną łanię, ekscelencjo, przecież to mały piesek sąsiadki! - na co carski dygnitarz zawołał:
-„Więc ty chciałbyś, hultaju, znać się lepiej na łowach i zwierząt rodzaju, niż ja, Kozodusin, carski jegermajster?
Niech nas rozsadzi zaraz policmajster!"...
I - pisze dalej Mickiewicz melancholijnie: „Policmajster powinność swej służby zrozumiał"..., uznając ratlerka Telimeny za „kotną łanię w okresie ochronnym".
Wydając wspomniane orzeczenie Sąd Najwyższy zachował się jak ów policmajster, co to „powinność swej służby zrozumiał"; myślę, że dlatego, iż w roku 1997 Sąd Najwyższy nie został jeszcze poddany lustracji.
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że przy tej okazji naród polski, suweren wedle zapisów tejże Konstytucji, potraktowany został przez Sąd Najwyższy jak ów „hultaj" przez carskiego dygnitarza, co już wtedy źle świadczyło o naszej praworządności, do której również wielką wagę przywiązywały poprzednie pokolenia.
Jak reguluje kwestię suwerenności państwowej obecna Konstytucja?
Trzeba tu przywołać przede wszystkim jej art.90 i 91.
Art.90 stanowi, że „Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach". Wydaje się całkiem oczywiste, że zaraz po takim zapisie w Konstytucji powinien znaleźć się zapis precyzujący, w jakich to sprawach możemy przekazać część suwerennej władzy państwowej komuś innemu, niż państwo polskie - a w jakich sprawach nie. Niestety, takiego zapisu w ogóle w Konstytucji nie ma.
Sformułowanie zatem : „w niektórych sprawach" może oznaczać, że po kolei, stopniowo, we wszystkich najważniejszych sprawach, zastrzeżonych dotąd dla suwerennej polskiej władzy, ta suwerenna władza może zostać przekazana „organizacji lub organowi międzynarodowemu". Jest to szerokie otwarcie bramy dla wypłukania w przyszłości wszelkiej polskiej suwerenności.
Tym bardziej, że art.91 Konstytucji mówi:
„Jeżeli wynika to z ratyfikowanej przez Rzeczpospolitą Polską umowy konstytuującej organizację międzynarodową, prawo przez nią stanowione jest stosowane bezpośrednio, mając pierwszeństwo w przypadku kolizji z ustawami".
Te dwa zapisy obecnej Konstytucji to jakby złowieszcza, pochopna, lekkomyślna lub motywowana nie czystymi intencjami zapowiedź likwidacji polskiej suwerenności państwowej, jaka może rychło nastąpić, gdy zastąpią ją już tylko zewnętrzne znamiona władzy.
Minęło 12 lat i 11 października br. prezydent Lech Kaczyński ratyfikował Traktat Lizboński.
Traktat Lizboński to właśnie taka przewidywana w art.91 obecnej Konstytucji „umowa konstytuująca organizację międzynarodową", której „prawo jest stosowane bezpośrednio i ma pierwszeństwo" przed ustawami polskiego parlamentu.
Traktat Lizboński na gruncie prawnym tworzy w Europie nowe państwo - Unię Europejską. Dotychczasowa Unia Europejska była związkiem suwerennych państw - teraz powstaje struktura federacyjna, państwo związkowe. Dotychczasowe suwerenne państwa staja się już tylko częściami składowymi tego nowego państwa. Ale - za wyjątkiem Niemiec, o czym za chwilę.
Traktat Lizboński opiera się więc na doktrynie „podzielonej suwerenności": część władzy na obszarze tego nowego państwa przysługiwać będzie organom władzy tego nowego państwa - a część jego poszczególnym składnikom.
Doktryna podzielonej suwerenności nie jest czymś nowym w historii. Obowiązywała na przykład w epoce feudalnej. Kiedy suweren przekazywał wasalowi lenno, część władzy na terenie lenna przysługiwała nadal suwerenowi, a część przejmował wasal. Jednak umowa lenna określała bardzo precyzyjnie, w jakich obszarach władza nadal należy do suwerena, a w jakich - do lennika.
Inna formą doktryny „podzielonej suwerenności" była w nowszych już czasach doktryna Leonida Breżniewa, I sekretarza KPZR - doktryna o ograniczonej suwerenności krajów demokracji ludowej. W przeciwieństwie do umowy lennej - nie przewidywała ona jednak żadnego rozdzielenia kompetencji: w „socjalistycznym obozie państw miłujących pokój" Moskwa brała pełnię suwerennej władzy, i od jej woli zależało, wiele tej władzy udzieli każdorazowo i na własne potrzeby poszczególnym ekipom wasalnym.
„Suwerenność podzielona", ukształtowana zapisami Traktatu Lizbońskiego, przypomina o wiele bardziej doktrynę Breżniewa, niż feudalną umowę lenną.
Chciałbym w tym miejscu poczynić krótką dygresję, dotyczącą języka, jakim napisany jest Traktat Lizboński.
Nie znam przykładu gorzej napisanego tekstu, pretendującego do miana Konstytucji państwa - bo przecież Traktat Lizboński to właśnie konstytucja nowej Unii Europejskiej jako państwa federalnego.
W ogromnej mierze Traktat Lizboński napisany jest bowiem w formie poprawek do umów, tworzących starą Unię. Nie sposób zatem czytać go rozumnie, nie mając przed sobą tych poprzednich umów, a także wielu innych dokumentów, do których Traktat Lizboński się odwołuje. Jest to niebywale trudne technicznie i walnie ogranicza krąg potencjalnych czytelników. Dlatego treść Traktatu Lizbońskiego jest praktycznie nieznana ogółowi obywateli, nie tylko Polsce, ale i w UE. Tam, gdzie Traktat pisany jest w sposób bardziej zrozumiały - wpada z kolei w język propagandowo-sloganowy, który to język niewiele ma wspólnego z pożądaną prawniczą precyzją - natomiast pozostawia ogromne pole dla rozmaitych interpretacji. Gdy możliwe są rozmaite interpretacje - na ogół „racja silniejszego zawdy lepszą bywa"... Obawiam się, że te wieloznaczności traktatowe mogą więc być w przyszłej praktyce UE tak interpretowane, jak zinterpretował Kozodusin ratlerka Telimeny. Sądzę, że to porażające niechlujstwo języka Traktatu Lizbońskiego jest jak najbardziej zamierzone: właśnie o to chodzi, by był niezrozumiały dla przeciętnego obywatela w konkretach, ale w ogólnikach uwodził propagandowo „pożytecznych idiotów", jak pogardliwie określał ludzi naiwnych Lenin.
Jest jednak w tej opasłej, gardzącej czytelnikiem lekturze pewien zapis, który musiał być tam jakoś ukryty, przemycony, gdyż bez niego nie dałoby się skutecznie wypłukiwać suwerenności państw słabszych, słabszych członków UE, więc głównie suwerenności państw Europy środkowo-wschodniej, dawnych „demoludów", którym Leonid Breżniew też przyznawał suwerenność ograniczoną, ograniczoną do zera, czy raczej - do zewnętrznych tylko znamion władzy.
Jest to art.3 a paragraf 3. Traktatu Lizbońskiego.
Powiada on: „Państwa tworzące Unię Europejską muszą powstrzymać się od wszelkich działań sprzecznych z celami Unii". Niby tylko tyle - ale aż tyle.
Oznacza to, że części składowe tego nowego państwa, nawet w ramach swej ograniczonej już suwerenności - muszą robić to, co każe im unijna władza zwierzchnia, wyznaczając na bieżąco cele UE.
Ale nie wiemy przecież, jakie będą te „cele Unii" - jutro, pojutrze, za rok, za pięć lat... A jeśli jednym z takich celów nowej UE stanie się na przykład „zadośćuczynienie wypędzonym"? Będziemy musieli powstrzymać się od wszelkich działań, sprzecznych z tym celem! A jeśli jednym z celów nowej UE stanie się np. utworzenie autonomicznego regionu Pomerania? Zgodnie z art.3 TL będziemy „musieli powstrzymać się od wszelkich działań sprzecznych z tym celem"... I tak dalej.
Tym zapisem Traktat Lizboński otwiera już nie furtkę, nie bramę - ale szerokie wrota dla stopniowej likwidacji nawet ograniczonej już suwerenności najsłabszych państw unijnych.
Słyszy się dziś często opinie, że suwerenność „przeżyła się", zarówno jako kategoria polityczna, jak prawna. Że nie ma już dziś suwerennych, niezależnych państw, bo nawet najsilniejsi muszą liczyć się z innymi.
Andrzej Olechowski, niewykluczony kandydat na prezydenta w najbliższych wyborach stwierdził nawet kiedyś publicznie, że „lepiej o sobie współdecydować, niż decydować". Pozostawiając bez polemiki taki „oryginalny" punkt widzenia, bliższy kołchoźnikowi, niż obywatelowi, warto przypomnieć sobie przynajmniej dwa wydarzenia.
Zaledwie dwa miesiące temu, w końcowej fazie tzw. procesu ratyfikacyjnego Traktat Lizboński, niemiecki Trybunał Konstytucyjny orzekł, że ustawodawstwo niemieckiego parlamentu ma zawsze pierwszeństwo przed wszelkim ustawodawstwem unijnym. W ślad za tym orzeczeniem Bundestag uchwalił pośpiesznie dwie ustawy proceduralne. Oznacza to, że Niemcy jako państwo nie poddają się zawartej w Traktacie Lizbońskim zasadzie „podzielonej suwerenności". Niemcy pod rządami Traktatu Lizbońskiego zachowają pełnię państwowej suwerenności!
Czy zatem można mówić, że suwerenność w naszych czasach przeżyła się? Czy też należy raczej mówić, że dla Niemców suwerenność własnego państwa stała się ważniejsza, niż dla niektórych Polaków?
3 marca 2006 roku amerykański Federalny Trybunał Apelacyjny odrzucił pozew o tzw. odszkodowanie, złożony przeciw państwu polskiemu przez reprezentanta jednej z organizacji żydowskich z „przedsiębiorstwa holocaust", jak to określił żydowski historyk prof.Norman Finkelstein. Amerykański sędzia stwierdził w uzasadnieniu, że „na gruncie obowiązującego prawa amerykańskiego państwo suwerenne nie może być pozywane przed sąd amerykański".
No ale państwo nie suwerenne, państwo o „podzielonej suwerenności", więc państwo o ograniczonej suwerenności? Przy następnym pozwie może okazać się, że państwo o ograniczonej suwerenności może być pozywane przed sąd amerykański.
Przypomnijmy, że niemieckie roszczenia majątkowe dotyczą majątku na obszaru jednej trzeciej terytorium Polski, a roszczenia organizacji żydowskich z Ameryki - majątku wielkości kilkudziesięciu miliardów dolarów.
Czy zatem rzeczywiście suwerenność „przeżyła się" w dzisiejszych czasach?
Słyszy się też argument, że przecież inne kraje europejskie też zgodziły się na Traktat Lizboński, więc na ograniczoną suwerenność. Warto zatem zatrzymać się nad tymi argumentami.
Po pierwsze - Niemcy właśnie nie zgodziły się. Co do Wielkiej Brytanii i Francji warto zauważyć, że dysponują one bronią jądrową i nie muszą obawiać się presji niemieckiej. Hiszpania powiązana jest gospodarczo o wiele bardziej z hiszpańskojęzyczną Ameryką Południową, niż z krajami Europy środkowo-wschodniej, a Włochy - bardziej z krajami basenu Morza Śródziemnego, niż z krajami tejże Europy środkowo-wschodniej. Ponadto ani do Niemiec, ani do Francji, ani do Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Włoch nikt nie zgłasza żadnych pretensji odszkodowawczych, podczas gdy do Polski - obok niemieckich wysiedleńców i żydowskich organizacji z „przedsiębiorstwa holocaust" ,pretensję zgłaszają ostatnio nawet banderowcy z Ukrainy.
Nie trudno więc domyślać się, że ofiarami „wypłukiwanej" systematycznie suwerenności państwowej pod rządami Traktatu Lizbońskiego staną się tylko i wyłącznie państwa najsłabsze, zatem państwa z obszaru Europy środkowo-wschodniej, b. „demoludy" właśnie, a zwłaszcza te, do których zgłaszane są tego rodzaju pretensje. Polska jest na pierwszej linii.
Przyszłe pokolenia, naszych dzieci, wnuków, a i dalsze - bo przecież ta pokoleniowa „sztafeta narodowa" trwać będzie dalej - z pewnością postawią pytanie, czy nie nazbyt łatwo i aby nie z niskich pobudek dopuściliśmy do utraty państwowej suwerenności? Czy nie za lekkomyślnie i pochopnie przekroczyliśmy granice międzypokoleniowego kompromisu wobec tej wielkiej wartości, jaką jest suwerenności państwa? Czy nie przyszło nam to łatwiej, niż tamtym pokoleniom w epoce saskiej, w epoce przedrozbiorowej, gdy jednak wojska pruskie i rosyjskie stały już granicach Rzeczypospolitej?
Odnoszą się te pytania także do ludzi mediów. Bo od publicystów i komentatorów zależy przecież, ile miejsca i czasu poświęcają problemom naprawdę ważnym, a ile - sprawom wtórnym, drugo i trzeciorzędnym.
***

Marian Miszalski (ur.1948), absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Łódzkiego i Studium Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1972-81 - reporter miejski. Internowany w stanie wojennym. W latach 1983-89 wraz ze St. Michalkiewiczem współtwórca podziemnego wydawnictwa i miesięcznika „Kurs". Publicysta, tłumacz literatury francuskiej, autor kilku powieści, w tym powieści satyrycznej wydanej w stanie wojennym w drugim obiegu („Wysokie progi").

Copyright © 2017. All Rights Reserved.