Ogólniki liberalnego populisty
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Ogólniki liberalnego populisty

Niebezpieczny zakaz zadłużania się państwa, deregulacyjny populizm i rynek zdrowia zamiast służby zdrowia – to chyba jedyne konkrety, które można wyciągnąć z tego zbioru strzępków informacji i pustych haseł, jakim jest plan Petru. Za populistów uchodzą zwykle przedstawiciele prawicy lub socjalnej lewicy. Liberalni centryści w debacie publicznej są uważani za bezstronnych ekspertów, którzy mają wszystko dobrze policzone, nigdy nie mówią na wyrost i nie rzucają słów na wiatr. Ich koncepcje są podobno pragmatyczne, przemyślane i odpowiedzialne w odróżnieniu od haseł konserwatywnego ciemnogrodu

oraz socjalnych roszczeniowców. Liberalni centryści nie mogą być populistami niemalże z definicji. Po pierwsze, nie łakną poklasku ze strony gawiedzi, po drugie, ich pomysły są niczym rady surowej, ale twardo stąpającej po ziemi matki – zwykle nieprzyjemne, lecz konieczne i rozsądne. Prawda jest zupełnie inna.

Populizm liberalizmu

Szaty ekspertów, jakie przywdziewają liberalni centryści, nie są wcale przypadkowe. Istnieje specyficzna część społeczeństwa, zwykle przekonana o swojej wyższości intelektualnej nad resztą rodaków, dla której kulturalni, dobrze ubrani i uśmiechnięci panowie to wyrocznie, nawet jeśli plotą trzy po trzy. A tym bardziej jeśli plotą dobrze oswojone i łatwo wpadające w ucho hasła. Żeby zdobyć posłuch u tej części widzów, słuchaczy, czytelników czy elektoratu, nie trzeba przygotować niczego wybitnego. Wystarczy podać kilka postulatów wyciągniętych z podręcznika podstaw ekonomii, doprawić dwoma przygotowanymi zawczasu bon motami, przystojnie się uśmiechnąć i odsłonić markowy zegarek na nadgarstku.

Gdyby przyłożyć powszechnie używaną definicję populisty do pierwszego z brzegu liberalnego centrysty, okazałoby się, że pasuje do niego jak krojony na miarę garnitur Dolce & Gabbany. Tak na dobrą sprawę ze wszystkich stron politycznego spektrum najwięcej populistów jest na liberalnym centrum. Nic więc dziwnego, że czołowy liberalny populista Ryszard Petru przygotował zarys programu złożony jedynie z łatwo wpadających w ucho haseł i ogólników, okraszonych szelmowskim uśmiechem.

Bezbronne państwo

Z ogólnikami typu „Polacy powinni zarabiać więcej” trudno polemizować, na stronie PlanPetru.pl jest jednak kilka popularno-liberalnych konkretów. Ryszard Petru postuluje np. konstytucyjny zakaz zadłużania się państwa. Pomysłowi temu zapewne niejeden chętnie przyklaśnie, jednak jest on zwyczajnie niebezpieczny. Zawęża on pole działania państwa, ogranicza jego elastyczność i wiąże mu ręce w razie kryzysu. Oczywiście liberalni centryści najchętniej odebraliby wszystkie zadania wybieranym przez społeczeństwo politykom i oddali „bezstronnym” technokratom, jednak w interesie społeczeństwa jest, by jego przedstawiciele mieli szeroki zakres działania.

Dług publiczny spełnia wiele zadań, ale jedno jest szczególnie istotne. Ma on działać antycyklicznie, czyli należy go wykorzystywać do łagodzenia kryzysów gospodarczych. Te bez wątpienia nadejdą, bo należą do natury kapitalizmu. W razie recesji rząd może zwiększać popyt wewnętrzny dzięki wydatkom publicznym finansowanym z długu. Dług ten spokojnie można zaciągać w kraju, więc nie uzależni nas to od zagranicy. W kryzysie gospodarstwa domowe i firmy ograniczają swoje wydatki, bojąc się o przyszłość, co jeszcze pogłębia recesję. Dzięki instytucji długu publicznego rząd może zapełnić lukę po wstrzymanych wydatkach prywatnych, dzięki czemu popyt utrzyma się na poziomie sprzed recesji, firmy nie zbankrutują i szybciej powróci wzrost. Zakaz zadłużania się państwa spowodowałby, że bylibyśmy zupełnie bezbronni w czasie każdego kryzysu.

Pacjenci na sprzedaż

Kolejny pomysł to wprowadzenie konkurencji do systemu powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Zamiast jednego NFZ-etu byłoby więc kilka podmiotów, zapewne głównie prywatnych, które rywalizowałyby o pacjentów. To kolejny łatwo wpadający w ucho postulat. W końcu rynek i konkurencja powinny wymusić efektywność oraz niskie ceny.

Problem w tym, że akurat w obszarze zdrowia rynek sprawdza się bardzo słabo. Nic więc dziwnego, że niemal nigdzie na Zachodzie służba zdrowia nie jest w pełni prywatna i urynkowiona. Najbliżej tego modelu są USA, gdzie poza kilkoma publicznymi funduszami (np. Medicare dla osób starszych) niemalże całość systemu opiera się na prywatnych funduszach, prywatnych ubezpieczycielach i prywatnych świadczeniodawcach. Efekt jest taki, że Amerykanie wydają na służbę zdrowia zdecydowanie najwięcej na świecie w odniesieniu do PKB, miliony Amerykanów nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, a ceny usług medycznych są horrendalnie wysokie. Połowa bankructw konsumenckich w Stanach to wynik wysokich wydatków zdrowotnych, a dla wielu Amerykanów ciężka choroba to albo wyrok, albo konieczność zaciągnięcia kredytu. Co zresztą świetnie pokazuje słynny serial „Breaking Bad”, w którym główny bohater zaczyna produkować narkotyki, by zarobić na leczenie raka, który go dopadł.

Wprowadzenie konkurencji między ubezpieczycielami mogłoby się skończyć patologiami, które występują w USA. Ubezpieczyciele obniżaliby koszt ubezpieczenia, by przyciągnąć klientów, jednak za cenę ograniczenia przysługujących im świadczeń. Rzesza mniej zamożnych Polaków nie byłaby więc ubezpieczona od leczenia najcięższych chorób. Ubezpieczyciele niechętnie ubezpieczaliby także osoby przewlekle chore oraz starsze, których leczenie wiąże się z wyższymi wydatkami. Musiałyby więc one korzystać z publicznego funduszu, który obciążony kosztami oczywiście przegrywałby rywalizację z prywatnymi podmiotami. Można by się tego ustrzec, wprowadzając sztywne koszyki świadczeń i przepisy ochronne, ale w takim razie po co wprowadzać konkurencję, skoro i tak wszystkie fundusze musiałyby ubezpieczać na tych samych zasadach? Po to, żeby dublować koszty administracyjne?

Deregulacja z automatu

Ryszard Petru proponuje także wprowadzenie do legislacji zasady „one in, one out”, co oznacza, że każdy nowo wprowadzany przepis musi się wiązać z likwidację innego. Na pierwszy rzut oka wygląda to całkiem sensownie – w końcu deregulacja powinna upraszczać życie obywateli i firm. Jednak w rzeczywistości postulat ten może doprowadzić do paraliżu parlamentu. Praca nad ustawami by się wydłużyła. Poza opracowywaniem nowych przepisów posłowie musieliby jeszcze wybrać przepisy do usunięcia, dokonać prognoz efektów, oszacować ewentualne straty budżetowe itd. A co by się stało, gdyby w sytuacji awaryjnej jakiś przepis należałoby wprowadzić w trybie ekspresowym? A co by się stało, gdyby w pewnym momencie posłowie doszli do wniosku, że w sumie nie bardzo jest już co usunąć? Parlament zawiesiłby prace?  Ile jest właściwie takich przepisów, które spokojnie można zlikwidować?

Na to liberalny populista odpowiedzi nie udziela. Nie ma żadnych analiz, przykładów przepisów, które można usunąć bez żadnych negatywnych efektów, nie ma żadnych twardych danych i liczb. Bez tego pomysł „one in, one out” przypomina postulaty w stylu „zwolnijmy 30 proc. urzędników, bo tak”, beztrosko rzucane przez zwolenników Janusza Korwin-Mikkego.

Gdy obecna ekipa rządząca przedstawiała swoje pomysły socjalne, Nowoczesna głośno domagała się szczegółowych wyliczeń, ile to będzie kosztowało. Teraz Ryszard Petru chce zakazać długu publicznego oraz wymuszać automatyczną likwidację przepisów, nie posiłkując się nawet jedną liczbą. Najwyraźniej stwierdził, że tego nie potrzebuje. W końcu liberalny populista zdobywa poparcie nie argumentami, tylko chwytliwymi hasełkami i dzięki dobrze skrojonemu garniturowi.


Piotr Wójcik

za:niezalezna.pl

Copyright © 2017. All Rights Reserved.