Uśmiechnięty Świadek Historii
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Uśmiechnięty Świadek Historii

Wyjechał papież Franciszek. Minęły Światowe Dni Młodzieży. Wraz z nimi opustoszał Rynek Główny w Krakowie. Pustka jest jednak tym większa, że tuż po ich zakończeniu wierni muszą na stałe pożegnać jeszcze kogoś – księcia kościoła, innego Franciszka – arcybiskupa Macharskiego. Wieloletniego metropolitę krakowskiego, i kochanego przez wszystkich „Frania”, jak mówiono o nim pod Wawelem.

Radosny okres ŚDM to najlepsze, co mogło przytrafić się Polsce. Co do tego zgoda panuje w zasadzie we wszystkich środowiskach. Chyba tylko jawnie nieprzychylni i Polsce, i Kościołowi ludzie z marginesu debaty publicznej usiłują zdyskredytować ten fantastyczny czas. Jednak na nic zdały się kasandryczne tony, mówiące o tym, że „miliony ludzi utkną w błocie” w podkrakowskich Brzegach, że rozbiją się o mur rzekomej „polskiej ksenofobii i szowinizmu”, że papież, jeśli przybędzie, będzie gromił polskie władze i nasze pojmowanie Kościoła. Rzekomo „archaiczne” i nieprzystające do „nowych czasów”.

Gabon w Białymstoku


Już po ŚDM, w trakcie powrotnej drogi z Krakowa do Warszawy, w poniedziałkowe popołudnie spotkałem w pociągu grupę pielgrzymów z dalekiego Gabonu. Byli w Polsce dwa tygodnie. Większość czasu spędzili w Białymstoku. Tym „strasznym” Białymstoku, rzekomej stolicy polskiego nacjonalizmu i ksenofobii. W tym Białymstoku, do którego były szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz szedł ze swoim „monopolem na przemoc” i do którego w końcu nie udało mu się dojść. Nie mogłem odmówić sobie krótkiej rozmowy z czarnoskórymi pielgrzymami. – Czy coś złego was spotkało? Jakie macie doświadczenia? – spytałem.

– Było wspaniale. Nie sądziliśmy, że tak to będzie wyglądać – mówi Fabrice, biegłą angielszczyzną. Reszta francuskojęzycznych pielgrzymów jego właśnie wskazała, by się mną zajął i poszli odpoczywać, wyraźnie „wykończeni” polską przygodą. – Nie było absolutnie żadnej sytuacji, byśmy poczuli się źle. Więcej – gościnność Polaków wprawiała nas w zakłopotanie – dodaje.

Opowiada o poznawaniu kultury; od wspólnych tańców do… jedzenia kaszanki. O zakwaterowaniu w „typowych polskich domach u typowych polskich rodzin”, tak różnych od tych gabońskich, ale wspólnie połączonych pod krzyżem.

Wreszcie długo mówiliśmy o św. Janie Pawle II, który w czasie swojego pontyfikatu odwiedził Gabon, przez którą to wizytę wlał w ludzi z tego kraju mnóstwo życia. – Po jego wizycie odnotowaliśmy wiele nawróceń. Nawet część polityków zaczęła przyznawać się do Boga – mówi Fabrice. – Jan Paweł II dał nam energię, więc tym bardziej cieszymy się, że mogliśmy być na ŚDM w kraju, z którego pochodził – opowiada. I dodaje: – Podobnie jest teraz, gdy papież Franciszek mówił nam o konieczności działania, wstania z kanapy. Mamy nadzieję, że to będzie dla nas podobny impuls, jak wtedy.

Nie ma Europy bez Boga

Czy takie świadectwo wystarczy niedowiarkom? Trudno powiedzieć. Są tacy, dla których nic nie będzie przekonujące. Wystarczy jednak przypomnieć słowa papieża Franciszka, które wypowiedział już w Watykanie, podczas audiencji ogólnej po powrocie ze ŚDM: „Tutaj (w Polsce – W.M.) dotyka się namacalnie wiary świętego wiernego ludu Boga, który strzeże nadziei poprzez próby; i strzeże także owej mądrości, która jest równowagą między tradycją a innowacją, między przeszłością a przyszłością. A Polska przypomina dziś całej Europie, że nie może być mowy o przyszłości kontynentu bez jego wartości założycielskich, których z kolei centrum stanowi chrześcijańska wizja człowieka”.

Jakże to inne słowa od tych wszystkich prognoz domorosłych specjalistów – papistów, wieszczących rzekomy „gniew Boży”, który miał spaść na nasz kraj za sprawą wizyty Franciszka. Zostawmy ich jednak samym sobie. To, co wyniesiemy z tych dni i nauki papieża, zależy od nas samych. Najważniejsze, że na własne uszy mogliśmy usłyszeć, jak głęboko jego przesłanie jest zakorzenione w nauce Kościoła, że pomimo innej retoryki, nawiązuję do swoich dwóch poprzedników – Jana Pawła II i Benedykta XVI, wreszcie, że jest duchownym głęboko szanującym Polskę i Polaków. Kolejne dni wizyty Franciszka w Polsce musiały być głębokim rozczarowaniem dla wszelkiej maści domorosłych papistów w typie „księdza Kazimierza od Almy” – znanego głównie z anteny TVN ks. Kazimierza Sowy czy prezydenta Słupska, Roberta Biedronia, którzy jeszcze niedawno stawiali Ojca Świętego jako przeciwwagę dla polskich duchownych. Dziś okazuje się, że Franciszek zgromił nie tylko zabijanie nienarodzonych, ale i ideologię gender, mówiąc: „W Europie, w Ameryce, w Ameryce Łacińskiej, w Afryce, w niektórych krajach azjatyckich istnieje prawdziwa kolonizacja ideologiczna. Jedną z nich – mówię to jasno z imienia i nazwiska – jest gender. Nauczą się w szkole, że każdy może wybrać sobie płeć. A dlaczego tego uczą? Ponieważ podręczniki są narzucane przez te osoby i instytucje, które dają pieniądze. Jest to kolonizacja ideologiczna, popierana również przez bardzo wpływowe kraje. I to jest straszne” – mówił Franciszek.

Zaiste, trudny to musi być czas dla lewicowo-liberalnych „wielkich interpretatorów” słów papieża.

Czekał na Ojca Świętego

Wraz z tym jak umilkły śpiewy i radosne okrzyki, pielgrzymi wrócili do domów, Kraków do swojego normalnego życia, a papież do Watykanu, dźwięk dzwonu Zygmunta przyniósł znad Krakowa smutną wiadomość. Pan wezwał do siebie Franciszka Macharskiego. Były metropolita krakowski odszedł o 9.37 we wtorek, niedługo po spotkaniu z Ojcem Świętym Franciszkiem, który nawiedził go w krakowskim szpitalu. – „Z żalem przyjąłem wiadomość o śmierci kardynała Franciszka Macharskiego, emerytowanego arcybiskupa krakowskiego. Jednoczę się z Tobą, Drogi Bracie, z duchowieństwem i wiernymi Kościoła w Polsce w modlitwie dziękczynienia za życie i pasterski trud tego zasłużonego Sługi Ewangelii” – powiedział na wieść o śmierci Macharskiego papież Franciszek. – Całe życie szedł za Janem Pawłem II. Zmarł o 9.37, tak jak Jan Paweł II o 21.37. Zawsze po jego śladach, ale na swój sposób, więc akurat poranna 9.37 – powiedział nad trumną zmarłego biskup Grzegorz Ryś.

Bo i to prawda. Macharski i Wojtyła, dwaj przyjaciele, wydawali się nierozłączni, jak wspominane już przeze mnie w komentarzu dla „Codziennej” wieże kościoła Mariackiego. Więcej – uświadomiłem sobie, że dewizy obu duchownych – papieska „Totus Tuus” (łac. Cały Twój) i kardynalska: „Jezu, ufam Tobie”, są częścią zbiorowej pamięci mojego pokolenia i mojej własnej. To zawierzenie się opiece Matki Boskiej i Syna Bożego nie było przypadkowe. Posługa obu duchownych przypadała wszak w dużej mierze na okres panowania „Imperium zła”, które Kościół traktowało jak śmiertelnego wroga. Nic dziwnego, że dla pokolenia ludzi, którzy wychowali się w Krakowie u boku biskupa Franciszka i w pontyfikacie papieża Jana Pawła II, ich dewizy i oni sami stali się obecni na zawsze. Wymieniani w czasie każdej mszy świętej, na stałe wrośli w nasze życia. To oni dwaj nadawali ton naszemu życiu religijnemu, w cieniu wawelskiego wzgórza i bazyliki Mariackiej. Powtórzę – wielkie szczęście mieli ci, których dzieciństwo i młodość przypadły na kulminację pontyfikatu świętego i posługę kardynalską śp. Franciszka Macharskiego.

Trudna posługa

Posługa kard. Macharskiego przypadała na trudny okres. Gdy Karol Wojtyła wyruszył z Krakowa w drogę na stolicę Piotrową, Macharski zajął jego miejsce. Przez kolejne 27 lat sprawował posługę metropolity krakowskiego. Posługę, bo choć idąc w ślady kardynałów spod Wawelu, wchodził tym samym do grona biskupów krakowskich postaci historycznych (by wymienić jedynie św. Stanisława, Wincentego Kadłubka, Jana Pawła Woronicza, Adama Sapiehę czy wreszcie Karola Wojtyłę) – jego skromność i troskliwa aura, jaką wokół siebie roztaczał, nie pozwalały odczuć dystansu, często właściwego hierarchom Kościoła.

Wychowany w zacnej rodzinie kupieckiej, po dzieciństwie, które za sprawą obrotnego ojca upłynęło pod znakiem beztroski, w czasie wojny, jak wielu innych, ciężko pracuje na rozkaz okupantów. Jak pisze w „Rzeczpospolitej” Hubert J. Wołącewicz: „Były to prawdopodobnie niemieckie zakłady tytoniowe: Zigaretten Generaldirektion der Monopole im Generalgouvernement DGM Krakau. Praca w nich chroniła przed zsyłką na przymusowe roboty do III Rzeszy”.

Tuż po wojnie, jeszcze w maju 1945 r. wstępuje do seminarium. To tu poznaje Karola Wojtyłę, z którym los (a być może nie tylko los) złączy go na całe życie. I choć po wyborze Wojtyły na Tron Piotrowy Macharski przez kilka lat, aż do śmierci prymasa Stefana Wyszyńskiego, mógł liczyć na wsparcie Prymasa Tysiąclecia, a później na prymasa Józefa Glempa, w Krakowie musiał radzić sobie sam. Z bezdusznymi komunistami, z wszechobecną bezpieką i z murem zimnej wojny, który pomimo powolnego kruszenia, stał jednak solidnie. Przeprowadził wiernych przez noc stanu wojennego i ostatnią dekadę PRL-u.

W tym okresie cały czas okrążony był przez pracowników i tajnych współpracowników SB, widzących w nim słusznie oczy i uszy Watykanu. Śledziły go zastępy konfidentów na czele z Julianem Haraschinem. To najbardziej chyba szkodliwa postać w otoczeniu kardynała. Stalinowski zbrodniarz – sędzia wojskowy, który chwalił się, że „ma swój własny cmentarz” – wydał ponad 65 wyroków śmierci na żołnierzy podziemia niepodległościowego – człowiek przebiegły, oszust i manipulant. Haraschin zdołał wkraść się w łaski Macharskiego do tego stopnia, że związał się z jego siostrą, a przez to został włączony do rodziny. Jego samego zdołał zaś przekonać, by zabrał go w pielgrzymkę do Watykanu, po powrocie z której opisał nawet kolory obicia foteli w papieskich komnatach. Żywy dowód na istnienie zła, o którym nie można powiedzieć inaczej, niż że pochodzi z innego świata.

Franciszek Macharski przeżył komunistów i ich zbrodniczą machinę. Odeszli na śmietnik historii, on przeszedł do historii powszechnej i historii Kościoła.

Uśmiechnięty świadek historii


W latach PRL pełnił funkcję współprzewodniczącego Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Wstawiał się za internowanymi, a po zamachu na Jana Pawła II wspierał organizatorów „Białego marszu”, który w Krakowie zebrał setki tysięcy ludzi. Sprawny organizator – to jemu zawdzięczamy tygodniki katolickie: krakowską edycję „Gościa Niedzielnego” i „Źródło” czy diecezjalne Radio Mariackie (potem Radio Plus, później Radio Vox).

Po 1989 r. został uhonorowany przez wiele środowisk, w tym Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. W 2012 r. Instytut Pamięci Narodowej przyznał mu nagrodę Świadek Historii. W 2015 r. otrzymał złotą odznakę Zasłużony dla NSZZ „Solidarność”. Był Kawalerem Orderu Uśmiechu, który zresztą nigdy go nie opuszczał. Te odznaczenia dość dobrze podsumowują jego zasługi.

Kardynał Macharski spoczął na Wawelu, w krypcie biskupów krakowskich, obok kard. Adama Sapiehy. Żegnany przez tysiące mieszkańców Krakowa, którzy przez kilka dni oddawali mu cześć, modląc się przy trumnie i wpisując się do księgi kondolencyjnej. We mszy pogrzebowej uczestniczyli kardynałowie i biskupi, prezydent RP Andrzej Duda i premier Beata Szydło, ale przede wszystkim tysiące krakowian, jego ukochanych krakowian. Trumnę wnieśli do katedry księża z ostatniego rocznika wyświęconego przez kard. Macharskiego w 2005 r.

Kraków, Polska i Kościół straciły potężny filar. To kolejny znak nieuchronności czasu. Pozostaje mieć nadzieję, że splatające się z odejściem abp. Macharskiego Światowe Dni Młodzieży poskutkują kolejnymi powołaniami i nawróceniami. Bo choć zastąpić „Kochanego Frania” będzie bardzo trudno, warto pomodlić się o jego godnych następców.

Wojciech Mucha

za:niezalezna.pl/84376-usmiechniety-swiadek-historii

Copyright © 2017. All Rights Reserved.