Jan Szałowski - Łużyce tysiąc lat po pokoju budziszyńskim
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Publikacje członków OŁ KSD

Jan Szałowski - Łużyce tysiąc lat po pokoju budziszyńskim

Zacznę od pewnej dygresji. W 1798 roku, trzy lata po haniebnym akcie abdykacji Stanisława Augusta Poniatowskiego, zatrzasnęło się wieko trumny nad połabskim ludem Drzewian. Zmarł wówczas ostatni mężczyzna potrafiący zmówić Ojcze Nasz w języku licznego niegdyś narodu Drzewian.



W tych dniach przypada tysięczna rocznica zawarcia polsko-niemieckiego traktatu pokojowego. Jest to okoliczność, by przybliżyć Polakom losy ludu łużyckiego i rozliczne związki z Polakami. Łączyły nas ciekawe więzi i często wspólne doświadczenia dziejowe. Łużyczanie czerpali z doświadczeń Polaków, ale bywało że i Polacy czerpali z doświadczeń  łużyckich. Splotły się losy Polan, Łużyczan i Milczan na progu XI wieku. Zaledwie 40 km od Zgorzelca leży urokliwe miasto, pełne historii i związków z Polską. Budziszyn to miasto odnotowane po raz pierwszy w 1002 roku, gdyż to wtedy zaczęły się, trwające 15 lat, wojny polsko-niemieckie. Zakończył je pokój budziszyński. Był on triumfem Bolesława Chrobrego, który w swych rękach zatrzymywał Milsko i Łużyce, chociaż zrezygnować musiał z pretensji do Miśni. Były później Łużyce i Milsko wielokrotnie w rękach Piastów Śląskich, a nawet Górne Łużyce przez pewien czas, za króla Macieja Korwina, były pod panowaniem Węgrów, by ostatecznie dostać się pod saskie (na południu) i brandenbursko-pruskie (na północy) panowanie. Duże zmiany wprowadziła reformacja. W jej wyniku większość terenów, na których mieszkają Łużyczanie, odpadła od kościoła katolickiego.

W czasach napoleońskich, latem 1813 roku, stacjonowały niedaleko Budziszyna oddziały polskie wycofane wcześniej z Księstwa Warszawskiego. Pisali o tym beztroskim biwakowaniu liczni polscy oficerowie w swoich wspomnieniach. Beztroskich, gdyż wino dostarczone w beczkach obficie się lało. Pito, jak każdego roku w sierpniu, ku czci Napoleona Bonaparte. Nie było przekonania, iż zbliża się nieuchronny kres cesarstwa. Niektórzy pamiętnikarze odnotowali, wart przytoczenia, zaskakujący i trudny do wytłumaczenia nocny popłoch setek koni wojskowych w nocy z 9 na 10 września 1813 roku. Nazajutrz – jak pisze w swoich wspomnieniach ówczesny kapitan Henryk Dembiński – mieszkańcy Budziszyna opowiadali Polakom, że zamęty takie zdarzyły się kilkakrotnie i przypisywali to duchowi wojownika z dawnych czasów. Henryk Dembiński – późniejszy generał – uczynił do tego następujący komentarz: „Zabobon ten może się tym dłużej pomiędzy tym ludem utrzymywać, że lud wiejski jest tam mniej oświecony. Są to bowiem Wendowie mówiący językiem podobnym do polskiego, a że rząd chce ten język wykorzenić i niemiecki zaprowadzić, zatem tylko szkółki niemieckie utrzymuje, do których lud się nie garnie, a przeto i ciemnota między nimi mogła pozostać”.

Popularyzacji wiedzy o Łużyczanach w początkach XIX w. nie zawdzięczamy jednakże wojskowym. Prawdziwe zasługi w tym zakresie przypadają głównie twórcy ‘Słownika języka polskiego’, którego kolejne tomy ukazywały się od 1805 do stycznia 1815 roku. Samuel Bogumił Linde podawał, iż na Łużycach mówi się dwoma różniącymi się znacznie językami. W tomie pierwszym, we wstępie do słownika – wśród słowników i gramatyk słowiańskich, z których korzystał – wymienił 6 prac dotyczących języka górnołużyckiego i jedną dotyczącą dolnołużyckiego. W zamieszczonej w tomie pierwszym, rozprawie ‘Prawidła etymologii przystosowane do języka polskiego’ a także we wszystkich tomach ‘Słownika’ zamieścił Linde licznie materiał porównawczy z obu języków. Wyrazy łużyckie występują w dużej ilości, niejednokrotnie po kilka na tej samej stronie a słowo łużyckie jest często umieszczone na początku danego hasła. ‘Słownik języka polskiego’, wydany w nakładzie 1200 egzemplarzy, spopularyzował nie tylko samo istnienie Łużyczan i fakt istnienia dwu języków łużyckich, ale stał się poniekąd pierwszym słownikiem polsko-łużyckim.

Wiek XIX przynosi odrodzenie narodowe Łużyczan i wielki rozwój poezji. Pojawia się także warstwa inteligencji łużyckiej. Istniało jednakże nadal duże zagrożenie dla bytu narodowego. Migracje do miast i migracje zagraniczne osłabiały łużycki potencjał. Łużyczanie, w przeciwieństwie do żyjących pod panowaniem austriackim Słoweńców, nie wytworzyli nigdy znaczącej warstwy mieszczańskiej. Przenoszenie się do miast oznaczało dla nich w praktyce  rozpłynięcie się w morzu niemczyzny. Migracje do USA i Australii odbywały się wraz z Niemcami. Łużyczanie posyłali więc dzieci do szkół zakładanych przez Niemców. Dochodziło do paradoksalnej sytuacji, że najpierw – i to z dala od Niemiec – młode pokolenie traciło własny język na rzecz niemczyzny, by w kolejnym pokoleniu przerzucić się na język kraju osiedlenia.

Domowe progi broniły ojczystej pieśni i mowy. Tak było w historii Polaków i Łużyczan. Gdy wprowadzano przymusowe szkolnictwo w języku niemieckim,  Polacy i Łużyczanie bronili swego prawa do odmawiania modlitw we własnym języku. Wszystkim znany jest strajk dzieci wrzesińskich, które odmawiały – wbrew szykanom – odmawiania modlitwy ‘Ojcze Nasz’ w języku niemieckim. Marii Konopnickiej dało to bodziec do napisania ‘Roty’, pieśni będącej niemalże hymnem narodowym. Kilka lat później, w 1910 roku w Krakowie połączone chóry, zgromadzone ze wszystkich dzielnic Polski, odśpiewały ‘Rotę’ w czasie uroczystości odsłonięcia pomnika Władysława Jagiełły. Dwa lata później, gdy w Galicji tworzono przeróżne stowarzyszenia i organizacje, mające przygotować Polaków na czas niepodległości, w Wojerecach (Hoyerswerda), na terenie królestwa pruskiego, dnia 13 października 1912 roku, powstaje organizacja narodowa Łużyczan, którą nazwano ‘Domowina’.  Powołany przez delegatów 31 łużyckich stowarzyszeń działających wcześniej na terenie Prus i Saksonii, Związek Serbów Łużyckich ‘Domowina’ istnieje do dzisiaj i jest jednym z filarów trwania Łużyczan przy własnej tradycji i przy własnych wartościach.

Po pierwszej wojnie światowej trwa nadal troska o narodowy rozwój łużycki, pomimo formalnego nieuznawania Łużyczan za mniejszość narodową. Do wybitnych działaczy łużyckich tego okresu należy Jan Skala, poeta, prozaik, publicysta, europejskiej sławy teoretyk zagadnień mniejszościowych, który nawiązuje ścisłe relacje z powstałym w 1922 roku Związkiem Polaków w Niemczech. Przez kilkanaście lat redaguje on ‘Kulturwehr’, pismo mniejszości narodowych w Niemczech. Jest doradcą ZPwN w sprawach prawnych i wielkim przyjacielem Polaków.  Lata trzydzieste przynoszą dramatyczne momenty w życiu Łużyczan, rozwiązanie ich stowarzyszeń, pobór młodzieży do niemieckiej armii. Jedyny syn Jana Skali ginie w styczniu 1943 roku w bitwie stalingradzkiej, zaś sam Jan Skala z rąk sowieckiego żołnierza 22 stycznia 1945 roku w Dziedzicach koło Namysłowa.

U schyłku kwietnia 1945 roku rozegrały się pod Budziszynem krwawe walki między żołnierzami II Armii WP, nieudolnie dowodzonymi przez Świerczewskiego, a idącymi z Czech w kierunku na Berlin niemieckimi jednostkami pancernymi. Te straszliwe dni opisał we wspomnieniach ‘Ciernista droga do wolności’ łużycki działacz Jan Cyż, pierwszy starosta budziszyński po wojnie. Przez kilkadziesiąt lat znosili Łużyczanie wraz  Niemcami sowieckie panowanie i w tych trudnych warunkach musieli szukać przestrzeni dla siebie. Doświadczyli, wraz z Polakami, ciekawego eksperymentu, gdy w 1972 dla mieszkańców DDR i PRL wprowadzono możliwość przekraczania wspólnej granicy na dowód osobisty. Niestety ten eksperyment zakończył się ostatecznie jesienią 1980 roku. Starsi czytelnicy pamiętają zapewne scenki uliczne z Chociebuża – głównego miasta Dolnych Łużyc – gdy pokazywano relacje z Wyścigu Pokoju. Ludowe stroje łużyckich kobiet widziane w tych  relacjach zachowały się nadal na Dolnych, inne także na Górnych Łużycach.

Są Łużyczanie współcześnie jedną z czterech mniejszości narodowych uznawanych prawnie przez państwo niemieckie, a wielu z nich – zwłaszcza na Górnych Łużycach – zachowało nadal swoją mowę ojczystą. Na ulicach można spotkać dwujęzyczne nazwy ulic i instytucji. Łużyczanie w większości są luteranami, ale wokół Budziszyna zachowała się duża enklawa katolicka. Wielką doroczną atrakcją są w tej części Górnych Łużyc konne procesje jeźdźców wielkanocnych z krzyżami i chorągwiami kościelnymi. Na tym obszarze jest nawet żeński klasztor ‘Gwiazda Maryi’. Jedyny taki klasztor katolicki w całej Saksonii. Głównym lokalnym ośrodkiem pielgrzymkowym, związanym z kultem maryjnym, jest natomiast niewielki Różant. Mała łużycka Częstochowa.  Łużyczan odwiedził w 1975 – wówczas jeszcze jako abp krakowski – Karol Wojtyła. Później swoim zwyczajem papież Jan Paweł II w czasie błogosławieństwa Urbi et Orbi składał dorocznie życzenia, transmitowane na cały świat, także w języku Łużyczan. Wdzięczni Łużyczanie w podziękowaniu nawiedzali Rzym, pielgrzymowali do Częstochowy, zaś na ścianie kościoła parafialnego w miejscowości Chrósćice umieścili dziękczynną tablicę pamiątkową poświęconą papieżowi.

Budziszyn – miasto nad Sprewą – i katolickie tereny leżące na północny-zachód od tego miasta, to serce współczesnego narodu łużyckiego, najmniejszego słowiańskiego narodu na ziemi. Trzeba jednakże pamiętać, że Łużyczanie pomimo religijnego podziału, istniejącego od XVI wieku potrafią zgodnie pracować dla dobra swojego narodu. Co dwa lata w lipcu odbywa się na Łużycach Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny, który jest największym przedsięwzięciem logistycznym tego małego słowiańskiego narodu. W pierwszy dzień, w czwartek, program festiwalu odbywa się w całości w Budziszynie, głównie na terenie zamku Ortenburg, ale zespoły można spotkać także w innych miejscach Starego Miasta. W piątek niektóre zespoły jadą na Dolne Łużyce, które są nieodległe przy współczesnych możliwościach komunikacyjnych. W sobotę i niedzielę, które gromadzą największą ilość uczestników, w Chrósćicach – kilkanaście km od Budziszyna – ma miejsce główna część festiwalu. W sobotę, po południu i wieczorem, koncerty odbywają się w sześciu ‘dworach’, specjalnie do tego przygotowanych przestrzeniach. W niedzielę, tuż po mszy świętej odprawianej w kościele w języku górnołużyckim, odbywa się przemarsz zespołów a następnie finałowy plenerowy koncert na polach przynależnych do położonej obok sąsiedniej wsi Horka. Idąc  na ten finałowy koncert, nie sposób nie zauważyć po lewej stronie wyniosłego, położonego na wzgórku, pomnika poświęconego polskim żołnierzom poległym na łużyckiej ziemi u schyłku wojny. O tej krwawej bitwie pod Budziszynem wspomina jedna z tablic na grobie Nieznanego Żołnierza.

Może niektórzy zachęcą się i też wpadną przynajmniej na jeden dzień do Budziszyna. A jest w tym roku specjalna okazja. A w przyszłym roku latem będzie kolejny Festiwal Folklorystyczny. Także warto, bo to przecież tak blisko od granic współczesnej Polski!


Jan Szałowski   

Copyright © 2017. All Rights Reserved.