Jan Gać - TO SIĘ MUSIAŁO ŹLE SKOŃCZYĆ
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Publikacje członków OŁ KSD

Jan Gać - TO SIĘ MUSIAŁO ŹLE SKOŃCZYĆ

Jeśli porównamy sposób głoszenia Dobrej Nowiny w Galilei i w Judei, widzimy, że Jezus w obu tych krainach przyjął różną taktykę przepowiadania. W Galilei wędrował od miasta do miasta, od wsi do wsi, od synagogi do synagogi. Budował

przed zasłuchanym tłumem podstawy swej nauki, jej zasady przekazywał wszystkim tym, którzy chcieli Go słuchać, zakładał fundamenty nieznanej światu starożytnemu cywilizacji o miłosierdziu. Swą naukę uwiarygodniał licznymi znakami i cudami. Na ogół spotykał u zasłuchanych podziw, sympatię i otwartość. Może poza kilkoma wyjątkami, jak wtedy, kiedy naraził się swoim sąsiadom w Nazarecie, wątpiącym w Jego posłannictwo, wszak to przecież jeden z nich, ich sąsiad, człowiek nieuczony, a tak się wybił! (Mk 6,1-6; Łk 4,29). Niektórzy w Kafarnaum, a należała do nich spora grupka uczniów i zwolenników, wykpiła Jego naukę o ciele do spożycia, mającym być prefiguracją eucharystii. I odeszli. Któż może tego słuchać… Ale nie przeszkadzali, po prostu oddalili się w swoją stronę i wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło, powiada Jan Ewangelista (J 6,60-66). O tym wszystkim, co się działo w Galilei,  słuchy dochodziły do czułych uszu żydowskich strażników praworządności w Jerozolimie. Dla śledzenia poczynań głośnego Rabbiego wysyłali nawet szpiegów.

W Judei inaczej, Jezus ograniczył się w swych wystąpieniach do samej tylko Jerozolimy, w większości nawet tylko do placu świątynnego. Nie wędrował po miastach, wsiach i synagogach tej skorej do buntów i zbrojnych wystąpień krainy. Ludzi z prowincji spotykał w Świątyni, ci przychodzili tam często, prawie zawsze na większe żydowskie święta. W Jerozolimie Jezus występował jako mąż Boży, jako prorok spoza żydowskiego establishmentu, inaczej aniżeli w Galilei, gdzie ukazał się ludowi jako nauczyciel. W Jerozolimie wkroczył nie na swój teren, dotknął obszaru tradycyjnie zastrzeżonego dla kapłanów, faryzeuszów, uczonych w żydowskim Prawie i starszyzny żydowskiej. Swoją tam obecnością naruszył ustalone od wieków status quo. Był w tym otoczeniu outsiderem. Czyli postawił się w roli uzurpatora, który rościł sobie pretensje nie do swojego terytorium, zastrzeżonego wyłącznie dla żydowskiej elity. Jakim prawem to czynisz? – zapytywali na wieść o wypędzeniu ze Świątyni handlarzy i kupczących. – I kto ci dał tę władzę, żeby to czynić? (Mk 11,28; Łk 20,2).

To nie mogło się Żydom podobać. Tym bardziej że Jezus swą nauką porywał tłumy na placu świątynnym. Szokował cudami, a te stwarzały problem, bowiem wobec nadzwyczajnych czynów Żydzi z elity musieli zająć odpowiedzialne stanowisko, a to zwykle było negatywne, jakże często wbrew powszechnej opinii ludu, który w Jezusie widział potężnego proroka, w którym działała moc Boża. O tych prostych ludziach kapłani i uczeni mieli jak najgorsze zdanie: A ten tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty (J 7,49). Tym, którzy jednak skłaniali się ku Jezusowi, faryzeusze próbowali wyperswadować: On jest opętany przez złego ducha i odchodzi od zmysłów. Czemu go słuchacie? (J 10,20).

Warto w kontekście narastających konfliktów pomiędzy Nauczycielem z Nazaretu a faryzeuszami prześledzić relacje Ewangelistów na ten temat. Są barwne i rzeczowe, spisane jakby przez naocznych świadków lub opowiadane autorom Ewangelii już po śmierci Jezusa przez tych, którzy tego wszystkiego doświadczali na sobie samych.  

Konflikty wisiały w powietrzu. Niektóre słowne starcia otrzymywały tak ostrą postać, iż niekiedy można odnieść wrażenie, że Jezus wręcz prowokował swych interlokutorów swoimi wypowiedziami i czynami. Taka intencja bynajmniej była Mu obca. Inaczej aniżeli w Galilei, gdzie Jezus przebywał w czasie ciągłym przez dłuższy okres, w Jerozolimie zjawiał się na krótko z okazji większych świąt żydowskich. I podczas tych świąt dochodziło do starć chociażby z tytułu uzdrawiania w dzień szabatu ludzi chorych, co przez rygorystów uchodziło za naruszenie świątecznego spoczynku, a tym samym za pogwałcenie Prawa. Te zajścia eskalowały i kumulowały się na wiele miesięcy przed owym pamiętnym dniem triumfalnego wkroczenia Jezusa do Jerozolimy na grzbiecie osła, w ów dzień na tydzień przed Jego śmiercią, dzień przez chrześcijan nazywany Niedzielą Palmową.

Jan Ewangelista  tym zajściom poświęcił wiele uwagi, więcej aniżeli wszyscy trzej pozostali autorzy ewangeliczni razem wzięci. Weźmy taki epizod ze  Święta Namiotów, obchodzonych w radości przez kilka dni,  a te w kalendarzu żydowskim przypadają jesienią, a zatem na kilka miesięcy przed śmiercią Jezusa. Jan pisze bez ogródek, że Jezus na te święta otwarcie się nie wybierał bo Żydzi mieli zamiar Go zabić (J 7,1). W końcu udał się tam i - jak się można było spodziewać - szybko pozwolił się rozpoznać na placu świątynnym, otoczony tłumem zasłuchanych Jego nauką ludzi. Ale i rozdwojonych w swych opiniach na sympatyków widzących w Nim proroka i Mesjasza oraz na przeciwników postrzegających Go jako zwodziciela ludu. Miał jednak w sobie Jezus niezwykłą siłę perswazji i niespotykaną charyzmę, przed czym kapitulowali nawet Jego wrogowie. Mocą swej wymowy i godnością postawy obezwładnił nawet strażników świątynnych, wysłanych przez arcykapłanów dla Jego aresztowania. Ze swej nieporadności i z zaniechania czynności służbowych usprawiedliwiali się potem przed zwierzchnikami: Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia (J 7,46).

Jakiś czas po świętach Jezus znów zjawił się w Jerozolimie. Faryzeusze na to tylko czekali. Do słownej konfrontacji, mającej skompromitować  galilejskiego Nauczyciela, przygotowali się bardzo starannie. Wpierw postawili przed Nim kobietę cudzołożną, domagając się jej śmierci przez ukamienowanie (J 8,1-11). To znów podchwytliwie pytali w sprawach podatkowych, wystawiając na próbę Jego lojalność wobec Świątyni i wobec rzymskiego państwa (Mk 12,13-17). Wreszcie próbowali ośmieszyć Jego naukę o zmartwychwstaniu, podsuwając absurdalną sytuację o  siedmiu braciach mających w zaświatach posiadać jedną żonę, bo takową wszyscy oni mieli po kolei za życia ziemskiego (Mk 12,18-27). Przewidując ich podstęp i obłudę, a i głupotę, ze wszystkich tych pułapek, jakże niekiedy infantylnych, wychodził Jezus obronną ręką, ośmieszając swych oponentów, tak iż nikt już nie odważył się Go więcej pytać (Mk 12,34).

W końcu doszło do tak ostrej konfrontacji, iż Jezus w słowach twardych zrekapitulował postawę niewiary faryzeuszów w swoje boskie posłannictwo: Wy macie diabła za ojca i chcecie pełnić pożądania waszego ojca (J 8,44). Słowa te padły w kontekście powoływania się oponentów na Abrahama jako na ich praojca. Ci nie pozostali Mu dłużni: Czyż nie słusznie mówimy, że jesteś Samarytaninem i jesteś opętany przez złego ducha? (J 8,48). A Samarytanin to synonim heretyka. Być porównanym do członka narodu odszczepieńców to dla Żyda największa obelga.

Z końcem roku 29, gdy zimą w Jerozolimie obchodzono święto Poświęcenia Świątyni, Żydzi dopadli Jezusa w portyku Salomona, znów gdy tam nauczał. Widocznie podczas kilkutygodniowej nieobecności Jezusa w Świętym Mieście Żydzi wiele sprawa przemyśleli pod kątem rozpatrywania natury Jego nauki: Dokąd będziesz nas trzymał w niepewności? Jeśli ty jesteś Mesjaszem, powiedz nam otwarcie (J 10,24). Gdy otrzymali potwierdzenie Jego mesjańskiej misji, usłyszeli jednoznaczną deklarację: Ja i Ojciec jedno jesteśmy (J 10,30). Na te słowa wpadli w szał, zapewne rozdzierali swe szaty, zatykali palcami uszy, nie chcąc słuchać słów bluźnierstwa, chwycili za kamienie gotowi na dokonanie samosądu. W Jerozolimie doszło do takiego wzburzenia, iż Jezus usunął się z miasta i uszedł na pustkowia, za Jordan, zapewne dla uspokojenia nastrojów. Jan Ewangelista w takich okolicznościach tłumaczy, że jeszcze nie nadeszła Jego godzina.

Ale ta godzina już się zbliżała. Nad czasem i zdarzeniami Jezus panował w sposób suwerenny, był niejako reżyserem zdarzeń, w sprawach swego posłannictwa nic nie mogło stać się dziełem przypadku. Powrócił zatem Jezus znad Jordanu i udał się do domu przyjaciół w Betanii, po drugiej stronie Góry Oliwnej, kilkadziesiąt minut marszu od Jerozolimy. I tam doszło do niesłychanego zdarzenia. Łazarz, Jego przyjaciel, od trzech dni pozostający w grobie, został przezeń przywrócony do życia. Ten czyn, który spowodował niemałe poruszenie w mieście, dokonany w obecności wielu świadków, został przez arcykapłanów zakwalifikowany jako akt zasługujący na śmierć: … lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród (J 11,50) – zawyrokował Kajfasz. Tego więc dnia postanowili Go zabić (J 11,53). Arcykapłani zaś i faryzeusze wydali polecenie, aby każdy, ktokolwiek będzie wiedział o miejscu Jego pobytu, doniósł o tym, aby Go można było pojmać (J 11,57). I tu na scenę historii wkracza Judasz, jeden z apostołów. To jego godzina. Teraz do niego będzie należała inicjatywa. Ma jeszcze sześć dni na spełnienie swego przeznaczenia.

Wielkanoc 2018 roku
Jan Gać

Copyright © 2017. All Rights Reserved.