Krzysztof Nagrodzki - Mianowanie na „antysemitę”
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Publikacje członków OŁ KSD

Krzysztof Nagrodzki - Mianowanie na „antysemitę”

Przyznaję - to już chodziło kilka lat temu, ale skoro ponownie wracasz Koleżanko do tych oskarżeń (Centrala każe?...)- przypomnijmy sobie...

                                                                          ***
Dla nas - dzieciaków z zagubionej w nadbużańskich łęgach osady - powojenne lata nie kojarzyły  się z krwawymi zmaganiami, ludobójstwem, niezliczonymi nieszczęściami, ciągłym lękiem. Czy to była tarcza mądrego rodzinnego inteligenckiego domu, czy rzeczywiście nie dotarła tam fala strachu – nie wiem. To były lata beztroskiego brodzenia po wielkich łąkach, lasach, polach. Nauka, zabawa, praca. Lata spokojnego, dla dzieci, słońca.

Od czasu do czasu docierała do osady, wzbudzająca ciekawość osobliwą innością, para Żydów: Sara i Rafałek. Tak wszyscy ich nazywali, zresztą zgodnie z ich życzeniem. Przywozili  i handlowali wspaniałymi smakołykami, z których najbardziej zapamiętałem czekolady i kakao. Tak - kakao, rajski dodatek do kogla-mogla  z kilku przepysznych wiejskich jaj nie ostemplowanych i nie znormalizowanych, tak samo zresztą jak świeży chleb własnego wypieku, mleko prosto od krowy, pachnące masło, ser, miód. Sam smak – jak mówił Ojciec Święty. Ale nie o tym, teraz. Sara i Rafałek – w takiej kolejności wymieniano ich nie bez kozery, ponieważ to ona była dominującą, energiczną, czarnowłosą niewiastą, a Rafałek szczuplutki, czarniutki był jej cieniem - jakoś przeżyli wojnę. Rafałek przechowany w jakiejś polskiej rodzinie, Sara – uciekła, jak sama opowiadała - na Wschód, z sowieckimi oddziałami, z którymi następnie wróciła. Teraz bez lęku – chwaliła się posiadanym podobno pistoletem – wyprawiała się na polskie bezdroża. Czy tylko w handlowych celach?...W każdym razie przyjmowano ich życzliwie, z pewną dozą sympatycznego rozbawienia egzotyką wyglądu i małżeńskiego odwrócenia ról. Tak zapamiętałem pierwsze spotkanie z owym „problemem” semityzmu, czy wmawianego „polskiego antysemityzmu”.
                                                                               *
Mijał czas - liceum, studia na Politechnice Warszawskiej. Jednym z najbliższych kolegów, z którym dzieliłem pokój w akademiku, był błyskotliwy Andy (skrót od Andrzeja), kumpel do bitki i wypitki, do tańca i do... nie, do różańca nie, ponieważ to były lata raczej tańca. No i nauki. W niezbędnym do otrzymania zaliczeń i zdania egzaminów wymiarze, naturalnie, ale bez przesady – buzująca, „bezpretensjonalna”, warszawska młodość miała inne preferencje. Więc kolega Andy, jego dziewczyna i jeszcze inny fantastyczny kumpel - Wojtek, byli Żydami, ale kogo to obchodziło. Jako się rzekło - były inne priorytety. Wśród setek znanych mi studentów nie było cienia antysemityzmu. Widać „wyssany z mlekiem matki” – jak ujął to ongiś jeden z premierów Izraela – został zneutralizowany hektolitrami piwa, sączonymi po sobotnich i niedzielnych żywiołowych hulankach w akademiku na Placu Narutowicza, w restauracji pobliskiego Dworca Głównego. (Wojtek Młynarski zrobił z tego piosneczkę, zupełnie nie oddającą sens owych biesiad.)
 
Późniejsze lata pracy,  już bez owych studenckich „neutralizatorów”, również nie przynosiły negatywnych refleksji; odwrotnie – rosło zaciekawienie obyczajami, kulturą narodu, który odszedł gdzieś w historię.

Konsekwencje roku 1968 przyniosły informację o pozycji jaką zajmowali Polacy narodowości żydowskiej w tzw. aparacie, wojsku, służbach bezpieczeństwa, administracji, mediach, nauce, ale nie budowały wrogości – jakaś część ludzi tracąc swoje intratne stanowiska wyjeżdżała dobrowolnie do innego świata, który był wonczas zamknięty przed zwykłymi obywatelami. Byliśmy już oswojeni z walką ideolo na  szczytach „władzy ludowej”, której ofiarami stawali się i ONI, ale stałe skutki –  jak się później okazywało ( i okazuje) - dotykały NAS.

Przyszło urzeczenie wspomnieniami z dawnych „cynamonowych” miasteczek – jak chociażby Kazimierz Dolny - folklorem, hipnotyzująco pięknymi, pełnymi nostalgii, innym razem oszałamiającymi żywiołowości, pieśniami i tańcami żydowskimi. (Na „Skrzypku na dachu” byłem chyba z dziesięć razy)

Rok po roku, szczególnie kiedy wracała pamięć wiary, kiedy odkurzało się Święte Księgi naszej religii, rosła chęć wiedzy o korzeniach, o wspólnej historii, o tragicznym końcu. Wielcy twórcy nauki, sztuki, będący Żydami, czy o żydowskich korzeniach, stawali się argumentem za wielkością tego narodu. Dochodziło do paradoksalnych sytuacji, kiedy to zaprzyjaźnieni Żydzi, hamowali ów entuzjazm. Wtedy jeszcze hamowali...

Naturalnie pojawiały się gdzieś tam znaki zapytania o przyczyny dawnych wypędzeń z wielu krajów Europy do życzliwej Żydom Polski, ale pozytywne emocje spychały je na dalszy plan. Spychały w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych... Ale już nie do końca... Mimo codziennej lektury wtedy jeszcze i „mojej” Gazety Wyborczej. Coraz trudniejszej lektury niepokojąco asymetrycznych – by nie rzec dosadniej - informacji i komentarzy. Pojawiło się i poczęło narastać zdziwienie. Zdziwienie stopniem sycenia naszej przestrzeni publiczne, medialnej, sztuki  problematyką żydowską. Specyficznie kształtowaną. Coraz częściej roszczeniowo-oskarżającą. I ta hucpa z krzyżami na żwirowsku oświęcimskim w wydaniu rabina Weisa i oskarżeniami Wiesela z chórkiem klakierów; na żwirowisku obok obozu w którym zginął mój Dziadek. Tak jak tysiące innych katolików.

Siłą rzeczy zaczęły również docierać informacje o funkcjonującym antypoloniźmie – przedstawiającym w krzywym zwierciadle nasz naród, nasze postawy, nasze poświecenia i cenę jaka płaciło się za wierność Bogu i Ojczyźnie - w tym za ratowanie przed niemiecką maszyną śmierci bliźnich o żydowskich rodowodach, mimo zdarzających się, wcale nie tak sporadycznych, nielojalności; szczególnie na Kresach. Czy należało to wiązać jedynie z działaniami byłych (?) komunistycznych oprawców i funkcjonariuszy, którzy po wydostaniu się na Zachód (również w latach sześćdziesiątych), przyjęli postawy pokrzywdzonych?...

To nie było najważniejsze. Istotniejsze były reakcje naszych przyjaciół, znajomych, sąsiadów; ich protesty wobec takiej hucpy... Nie było ich słychać... A sygnałów docierało coraz więcej. Coraz bliższych i bliższych. Coraz bardziej nachalnych, agresywnych. Wymachujących i szantażujących oskarżeniami o antysemityzm każdego, kto nie podobał się rosnącym w siłę środowiskom nowych dominatów, sprawnie chwytającym skąd wieją wiatry nowych koniunktur w „otwartej Rzeczpospolitej”. Bywało, również budzący niechęć środowisk żydowskich, przytaczając choćby nazwanie  s a m e g o  Andrzeja Szczypiorskiego – „obłudnym filosemitą” (Abraham Brumberg: Jeszcze o stosunkach polsko – żydowskich, MIDRASZ, nr 12/98 s.49)

Nie chcę rozwodzić się nad innymi głośnymi nazwiskami lansowanych elit III Rzeczpospolitej, które po pewnym czasie częstokroć okazują się być powiązane tak czy inaczej z organami, zazwyczaj tajnymi, jej poprzedniczki, ale ich wybujały filosemityzm i „demaskowanie” wydumanego „polskiego antysemityzmu”  ( w późniejszym czasie połączony ze szczególnie agresywnym stosunkiem do niekoniukturalnych katolickich mediów), musi dawać do myślenia; chociaż nie należy rozumieć, że jest to żelazna reguła.
                                                                                     *
Wróćmy zatem do doświadczeń z innego poziomu: Mąż dobrej znajomej odkrył gwałtownie potrzebę ukorzenienia swojej połowicznej żydowskości (ojciec Żyd, matka Rosjanka) i zaczął słać gorące protesty przeciw użyciu przez znanego aktora ( w sympatycznym kontekście) słowa „Żydóweczka” – jako przejaw polskiego antysemityzmu, a oburzenie jego sięgnęło granic tolerowania przyjacielskiej znajomości, kiedy dostał ode mnie książkę autorstwa amerykańskiego Żyda, opisującego drogę przejścia swej rodziny do chrześcijaństwa. To było szokujące, ale jeszcze jednostkowe doświadczenie. Tak jak incydentalna była jego propozycja obejrzenia filmu hardporno, czy polecana lektura oślizłej – tak ją zapamiętałem – książczyny: „Kompleks Portnoya” (Chyba tak brzmiał tytuł)

Przyszły jednak inne kłopoty - coraz trudniejsze -  w próbach znalezienie intelektualnego kontaktu w dyskusjach dotykających tzw. trudnych kwestii. Argumenty wynikające z wiedzy, analizy, logiki  i syntezy, zmieniały się coraz częściej w emocjonalne konkluzje nie wiedzieć z czego wywiedzione, a dociekanie ich podstaw merytorycznych, kończyły się z reguły niechętnymi banałami, czy wręcz agresją ad personam. A przecież te umysły wcześniej były jakby znacznie sprawniejsze, bardziej samodzielne, niezależne... A może tylko tak się wydawało?...

Krok po kroku obszar niechęci poszerzał się: Z jednej strony nasz Kościół był oskarżany o „mieszanie się do polityki” i „pazerność” w odzyskiwaniu zagrabionego przez komunistów mienia, z drugiej zaś piętnowano go (fałszywie), że „nie mieszał się” wystarczająco w obliczu niemieckich zbrodni ludobójstwa i ma zbyt małe zrozumienie dla wybiórczych roszczeń materialnych środowisk żydowskich, przybierających coraz bardziej monstrualne i pozaprawne rozmiary. Coraz gorliwiej kładziono akcent na „polski antysemityzm” - aż po „polskie obozy zagłady” i „współwinę za holokaust”, a w cień szły liczne dowody heroizmu w ratowaniu sąsiadów. Poniżanie Polaków poprzez tworzenie oraz  lansowanie antypolskich mitów i wyśmiewanie postaw patriotycznych, religijnych, cywilizacyjnych, sięgających głęboko do klasycznych pojęć godności człowieka, stawało się postępowym standardem, a projekty w obszarze szeroko rozumianej informacji – jakże skuteczne w dobie szerokiej i głębokiej penetracji świadomości poprzez tv, radio, prasę, film, nauczanie – miały owe „stereotypy” niszczyć. Prawda stawała się elementem negocjacji, a jej wyinterpretowana maska, miała ponownie służyć interesom walki o wpływy. Coś niedobrego stawało między nami.
                                                                     *
W pewnym momencie zwrócono mi uwagę, na hasło „antysemityzm” w Wielkiej Encyklopedii PWN*. To był nieomal szok!  Czarno na białym napisano: „Najdrastyczniejszym przejawem wrogości do Żydów z lat wojny był mord w Jedwabnem (1941)...” (T. II Warszawa 2001r. str. 155, autor hasła Daniel Grinberg. Rada Konsultantów:  Jerzy Osiatyński Jerzy Tomaszewski, Andrzej Kajetan Wróblewski)

„To już nie Auschwitz – Birkenau, Treblinka, Sobibór, Chełmno, Majdanek i wiele innych miejsc mniej zapamiętanych mordów? To już nie ważne tamte tysiące, dziesiątki i setki tysięcy, miliony? Kto ubliża prawdzie i pamięci ofiar niemieckiego, hitlerowskiego „Endlosung - rozwiązania ostatecznego” ? Czy to nie jest „Kłamstwo oświęcimskie” kolportowane świadomie, lub nie, w efekcie gigantycznej manipulacji?” – pisałem wtedy w Naszym Dzienniku (nr167/2001). Doczekałem się jedynie pogróżek o oddaniu sprawy do sądu (nasze Wydawnictwo rozważy, jeśli sytuacja będzie tego wymagała,  skierowanie sprawy na drogę sądową- pisał red. nacz. Jan Wojnowski ) i zakwalifikowania – co prawda w dobrym towarzystwie – przez spółkę żydowskich autorów Tulli/ Kowalski jako uprawiającego „mowę nienawiści”.

Tak powstają zapisy na „antysemickich nienawistników”?

                                                                        *
W naszą codzienność wpychała się jakaś obłąkana reguła: Próby „zawłaszczania” martyrologii. Zrywanie kontaktów towarzyskich, straszenie procesami, niszczenie wyrokami sądowymi, zastraszanie, spychanie na margines, brak chęci czy odwagi na merytoryczne starcia, obrzucanie w to miejsce inwektywami wziętymi jakby z obszaru nademocjonalnej patologii z których wydumany „rasizm” i „antysemityzm” przybierać ma taką samą wagę jak w tzw. latach minionych wróg - „ludu” „”socjalizmu” czy „Bratniego Związku Radzieckiego. Doświadcza tego twórca szczególnie groźnego - bo autentycznie alternatywnego i mającego szeroki zasięg - „imperium  medialnego”, ojciec Tadeusz Rydzyk, redemptorysta, wspierany przez swój zakon, przez Kościół. Doświadcza niestrudzony demaskator antypolskich kłamstw – prof. Jerzy Robert Nowak, przed którym pod różnymi pozorami pierzchają ciskacze obelg. Doświadczył kompetentny i otwarty uczestnik dialogu Polsko-Żydowskiego ks. prof. Waldemar Chrostowski.

Doświadczają ci, którzy mają odwagę nie płynąć z prądem bezwarunkowego filo, a którego ten złowieszczy nurt kształtują, podejrzewam, zlewaczeni Żydzi i zlewaczeni „goje”. Czy dlatego – a pytanie to zadawałem publicznie już nie raz - aby wzbudzić autentyczną niechęć, wrogość, nienawiść?...

Kto jest zatem prawdziwym antysemitą? Kto jest antypolakiem? Skąd wypływa ta obłędna rzeka (już rzeka) fałszu i hucpy? Czy tylko ze służalczości, pychy, głupoty?... Kto nami manipuluje?  
Nie tylko tu i teraz....


* Przypomnę: PWN w 1992r. zakupiła  „międzynarodowa grupa inwestorów – Luxembourg Cambridge Holding Group (LCHG), która powstała w 1991 r. jako odpowiedź na przemiany w Europie Środkowo-Wschodniej.”

Copyright © 2017. All Rights Reserved.