Siłą oczywistości nasuwa się temat wyborów… Ale czy temu, co oczywiste należy ulegać?… Pamiętam czas sprzed kilku lat, kiedy usiłowano stworzyć w Polsce IV RP. Z jednej strony były kpiny, szyderstwa, ataki. Z drugiej strony – przekonanie, że czas odciąć się dobrowolnie i samowolnie od dziedzictwa komunistycznego. Jednym z tematów, które były dla niektórych marginalne, dla innych nie – było pytanie: co miałoby być „mitem założycielskim” IV RP? Jakie wydarzenie miałoby być przełomowe?
Osobiście uważałem, że taką datą symboliczną mogła być data 10 kwietnia 2010 r. Oczywiście, to data tragedii narodowej, ale też data wyzwolenia tego, co jest w nas, w narodzie najpiękniejsze – spontanicznego patriotyzmu, solidarności, dumy z symboli i szacunku dla osób. Solidarni 2010 – ten ruch nie stał się jednak ruchem powszechnym. Zrodził się z wielkich emocji, z wielkiego serca i zapału. Ale krzyż, który stanął na Krakowskim Przedmieściu i który wyrósł jak krzyk cierpienia i zawierzenia, jak te słowa Chrystusa „Boże mój, Boże, czemuś Mnie opuścił” i „Ojcze, w Twe ręce składam ducha Mego”, ten krzyż stał się przedmiotem ataku.
Smoleńsk nas podzielił, spolaryzował i zantagonizował w sposób wręcz niebywały. Takie dziedzictwo narodu, który przestał być narodem, a stał się społeczeństwem walki idei z ideologiami, krzyża z gejowską tęczą, prawa do życia i suwerenności z roszczeniami cywilizacji śmierci – takie dziedzictwo odziedziczył pięć lat temu Andrzej Duda. Pamiętam z pierwszego bodaj spotkania w Belwederze, gdy Pan Prezydent zawiązywał zręby polskiej polityki historycznej, jak apelował o pomoc w porozumieniu narodowym. Miałem mu czasem za złe, że w tym dążeniu do porozumienia idzie za daleko. Tak odbierałem zahamowanie reformy sądownictwa. Ale tym bardziej nie mógłbym postawić mu zarzutu dzielenia ludzi. Człowiek, który jest reprezentantem wartości chrześcijańskich, który wierzy w Boga, klęka przed Nim jest człowiekiem wspólnoty – komunii. Ten, który wchodzi w krąg diabolicznych narracji, ideologii anty-stwórczych jest człowiekiem podziału, rozbicia, antagonizmu.
Pytam siebie i swoich bliskich w tych ostatnich tygodniach – dlaczego dajemy sobie odebrać rozum, a skazujemy się na szał uniesień, którymi łatwo, zbyt łatwo manipulować? Czy nie widzimy, że coraz bardziej tracimy w sobie oblicze Pokolenia JPII, które zjednoczyło się po śmierci Papieża, tracimy oblicze Solidarnych 2010, które zjednoczyło się wokół tego, co polskie i katolickie (nie zapominajmy choćby zbiorowej mszy na Placu Piłsudskiego w intencji Ofiar, których zdjęcia w liczbie 96 były wszystkie pod krzyżem Chrystusa)?
Pytam siebie, dlaczego przyzwalamy w sobie na wirusa agresji, który atakuje rozum, przyzwoitość, uczciwość, zamieniając porządnych, statecznych ludzi w obłąkane od nienawiści trolle? Modlę się, by nie okazały się prorocze słowa poety Tadeusza Borowskiego: „Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń”. Niech się nam znów uda uniknąć potrzasku zła.