Polecane

Nasz patron

Mija kolejna, tym razem 36 już rocznica męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Odbędzie się przy tej okazji wiele uroczystości w całej Polsce, bardziej symbolicznych w tym trudnym czasie. Kapelan Solidarności jest patronem naszej wolności, ludzi, dla których sprawy ojczyzny są bardzo ważne.

Przed laty, kiedy po raz pierwszy z kibicami pielgrzymowaliśmy na Jasną Górę, stał się także patronem naszej patriotycznej inicjatywy. Nie było to przypadkowe. Stając przed tronem Królowej Polski, chcieliśmy po części nawiązać do lat 80., kiedy pojedyncze grupy kibiców we wrześniu każdego roku pojawiały się na pielgrzymkach ludzi pracy zainicjowanych przez ks. Jerzego. Ksiądz Popiełuszko wpisał się w tamtym czasie także w historię kibiców gdańskiej Lechii, którzy w zorganizowanej grupie, z szalikami i klubowymi transparentami pielgrzymowali do grobu męczennika wiosną 1985 r. przy okazji meczu z Legią Warszawa. Zdjęcia z tego wydarzenia często są dzisiaj eksponowane w wielu publikacjach czy na wystawach.

Pamiętaliśmy o męczenniku naszej wolności także przy innych okazjach, chociażby przez okolicznościowe oprawy. Jeszcze nie tak dawno obserwatorzy PZPN za jedną z nich, w której domagaliśmy się w Gdańsku ukarania mocodawców zbrodni na kapłanie, grozili przerwaniem meczu. W zorganizowanej grupie wraz z kibicami Śląska Wrocław braliśmy także udział w uroczystościach beatyfikacyjnych ks. Jerzego w Warszawie. Znów jak przed laty staliśmy w naszych barwach z transparentami „Bóg, Honor, Ojczyzna” i Jerzy KGB 1984 – Smoleńsk FSB010”. Przemaszerowaliśmy wówczas na Żoliborz do grobu naszego patrona, aby pomodlić się i zapalić symboliczne kibicowskie race.

Pomimo upływu lat i kultu błogosławionego męczennika, który przekracza granice naszej ojczyzny, wciąż wiele spraw związanych z jego śmiercią nie jest do końca wyjaśnionych. W naszych postulatach przedłożonych jeszcze pani premier Beacie Szydło podczas pielgrzymki na Jasną Górę prosiliśmy o dokończenie śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego, któremu dwukrotnie, niemalże w przededniu skierowania do sądu aktów oskarżenia w tej sprawie, odbierano śledztwo. Wszystkie te niewyjaśnione okoliczności sprawiają, że można domniemywać jakąś dziwną zmowę milczenia wokół wydarzeń z 1984 r. Boli to, tym bardziej że od lat rządy sprawują ludzie, którzy do dziedzictwa Solidarności odwołują się bardzo chętnie. Wydaje się więc, że najwyższa pora, by sprawy zbrodni dokonanej na bohaterskim kapłanie wyjaśnić raz na zawsze do końca. Inaczej wszystkie rocznicowe uroczystości obchodzone z takim rozmachem będą zawsze miały w sobie coś z biblijnego faryzeizmu.

 
ks. Jarosław Wąsowicz SDB

za:niezalezna.pl

***

Wojciech Sumliński: Prawda o śmierci ks. Jerzego zburzyłaby mit III RP

Wyjaśnienie sprawy morderstwa ks. Jerzego Popiełuszki zburzyłoby mit III RP. Mit tego, że 4 czerwca 1989 r. Polacy usiedli przy Okrągłym Stole i się dogadali. Śledztwo Andrzeja Witkowskiego pokazuje, że 4 czerwca był tylko teatrem, że zostaliśmy potwornie oszukani. Tak naprawdę, ta sprawa zburzyłaby bardzo dużo z tego, co wiemy o najnowszej historii Polski, zburzyłaby mit bardzo wielu autorytetów – mówi Wojciech Sumliński w rozmowie z Bartłomiejem Adachem dla „Teologii Politycznej

Bartłomiej Adach (Teologia Polityczna): Panie redaktorze, jako punkt wyjścia naszej rozmowy pozwolę sobie postawić być może nieco kontrowersyjną tezę: „W momencie podjęcia decyzji o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowany został prawdziwy fenomen etosu Solidarności w swoim wymiarze duchowym. Dalszy bieg wydarzeń był już tylko tuszowaniem prawdy“. Jak Pan ocenia takie postawienie sprawy?

Wojciech Sumliński (pisarz, dziennikarz śledczy): W moim przekonaniu jest to bardzo trafna, prawdziwa diagnoza. W jakiejś mierze wraz z zamordowaniem ks. Jerzego Popiełuszki zamordowano ten etos. Działacze „Solidarności“, późniejsze tuzy III RP – ci, którzy mówili o sobie, że są przyjaciółmi ks. Popiełuszki – Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki (późniejszy premier) usiedli za pośrednictwem Rakowskiego do stołu z tymi, którzy te morderstwo zlecili, czyli z Czesławem Kiszczakiem i Wojciechem Jaruzelskim. Było to w dniu wydobycia ciała księdza z nurtu Wisły, 30 X 1984 r. Wpólnie dzielili między siebie Polskę nowo, mówiąc że ta sprawa zostaje zamknięta, nikt do niej nie będzie wracać. Idźmy do przodu, dzielmy Polskę między siebie. Oczywiście te słowa nie padły wprost. Były to sformułowania bardzo wyrafinowane, ale z tej rozmowy właśnie tak wynikało.

Wiemy o tym dlatego, że Kiszczak nagrywał takie rozmowy, nagrał i tę. Andrzej Witkowski, niezłomny prokurator z Lublina, który prowadził śledztwo w sprawie zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki, dotarł do jej zapisów. Stąd wiemy, że takie spotkanie odbyło się w tym gronie 30 X 1984 r. Piątka podłych ludzi – dwóch z obozu podobno antykomunistycznego, trzech z obozu komunistycznego, ale dogadywali się doskonale. Tak naprawdę to ta rozmowa zapoczątkowała III RP, a nie dzień 4 czerwca 1989 r. Można więc powiedzieć, że wraz ze śmiercią kapelana „Solidarności“ zamordowano też jej etos. Wszystko, co nam w tamtym okresie powiedziano, a także w okresie późniejszym, w pewnym sensie nawet do dziś – poza miejscem i czasem uprowadzenia ks. Popiełuszki – było kłamstwem.

Czy ks. Popiełuszko mógł być aż tak niebezpieczny nie tylko w oczach bezpieki, ale również w oczach tych osób związanych ruchem solidarnościowym, które były zwolennikami dialogu z obozem komunistycznym? Czy też może już dużo wcześniej realizowali oni postanowienia bezpieki?

Pamiętajmy o tym, że świątynia żoliborska ze swoim niezłomnym kapłanem była miejscem, z którego płynął głos na całą Polskę. Patrzyłem na kościół św. Stanisława Kostki oczyma 15-letniego, młodego człowieka. Mieszkałem przy tym kościele. Ale tak samo postrzegali te miejsce inni ludzie, starsi i mądrzejsi. Jak później wyjaśniło śledztwo prokuratora Witkowskiego te miejsce było tak postrzegane, jako te, z którego płynął głos na cały kraj. Jednoczyło ono robotków, ks. Jerzy był duszpastrzem Huty Warszawa, ale przyjeżdżali tam również mieszkańcy wsi, rolnicy, górnicy, stoczniowcy, artyści, uznali polscy aktorzy. Wszyscy oni brali udział w mszach świętych za Ojczynę, ale nie tylko. Było to takie miejsce, gdzie przychodzili nawet niewierzący. Ta świątynia i postać ks. Jerzego Popiełuszki jednoczyła Polaków z bardzo różnych środowisk, z bardzo różnych kręgów. Ks. Jerzy Popiełuszko był z jednej strony duszpasterzem robotników, hutników z Huty Warszawa, a z drugiej – duszpasterzem środowisk lekarskich. To miejsce zdecydowanie wyrastało ponad rangę zwyczajnej świątyni. Głos z niego płynący rzeczywiście odbijał się echem od Tatr po Bałtyk.

Ks. Jerzy zawsze powtarzał: „Szukajcie prawdy. Nie wiecie, co robić w swoim życiu, jesteście zagubieni. Po prostu trzymajcie się prawdy. To jest najważniejsze“. Ten głos docierał nie tylko do młodych ludzi, lecz właściwie do wszystkich, którzy mieli styczność z ks. Popiełuszką, bezpośrednio bądź pośrednio. Innymi słowy, głos tego kapłana przebijał się daleko potężniej niż głos jakiegokolwiek innego kapłana w Polsce. Ks. Stanisław Małkowski, przyjaciel ks. Popiełuszki, z którym sam mam zaszczyt się przyjaźnić, mówił: „Moje kazania były znacznie bardziej mocne“. Tak było. Ks. Popiełuszko bardziej zwracał uwagę na fundamenty. Mówił o prawdzie, mówił: „Zło dobrem zwyciężaj“. A ks. Małkowski mówił bardzo dosadnie. Ale podkreśla zarazem, że nie miał tego daru, jaki miał ks. Jerzy Popiełuszko. Chociaż jego kazania były dużo ostrzejsze i taki też był ich odbiór, to jednak był on maleńką namiastką głosu, jaki docierał do wiernych za pośrednictwem Jerzego Popiełuszki. Ks. Popiełuszko miał niesamowity dar dotarcia do ludzkich serc i umysłów i przez to rzeczywiście był szalenie niebezpieczny. Nie szedł na żadne kompromisy.

Prymas Józef Glemp, który próbował jakoś tak układać się z władzą, próbował go w jakiś sposób okiełznać, traktował go niezwykle ostro, często też podjudzany przez agenturę, czego nie był świadomy. Agentura była obecna też w łonie Kościoła. Później, próbował wysłać ks. Popiełuszkę na studia do Rzymu.

W tamtym czasie głębokiego PRL-u, w pierwszej połowie lat 80., mogło wydawać się to czymś niezwykle lukratywnym. Dla większości kapłanów możliwość zamieszkania w pobliżu Jana Pawła II pewnie byłoby to czymś wspaniałym. Ale ks. Jerzy zawsze mówił: „Nie, ja nie zostawię tych ludzi. Tu jest moje miejsce, ja nigdzie nie wyjadę“. Był łącznikiem, czuł się związany z ludźmi. Nie interesowała go kariera, apanaże. Przecież studia w Rzymie u boku papieża Jana Pawła II byłyby z jednej strony wielkim spokojem po tych trudach, których doznawał w Polsce, z drugiej zaś być może taką trampoliną do tego, co nazywamy karierą. Ksiądz Jerzy to odrzucał. Czuł, że jego miejsce jest w Polsce razem z ludźmi, chociaż miał świadomość, że te czarne chmury się nad nim zbierają, że zagrożenie jest coraz większe. Miał tę świadomość, a jednak mimo to wytrwał do samego końca.  Wytrwał, bo wiedział, że ludzie go tutaj potrzebują.

Co wiemy o działaniach wewnątrzkościelnych w kontekście tego morderstwa?

Wiemy, że gen. Czesław Kiszczak uruchomił potężną agenturę w łonie Kościoła i poza nim. Jej zadaniem było deprecjonowanie wizerunku ks. Jerzego Popiełuszki i w pewien sposób niszczenie go. To byli ludzie często mający bardzo poważne stanowiska w strukturach kościelnych, jak ówczesny rektor Akademii Teologii Katolickiej, jak wielu innych księży mających wtedy autorytet. Jak np. Abp. Dąbrowski, który był takim „pasem transmisyjnym“ między obozem władzy a ks. Prymasem Józefem Glempem. Wszyscy ci ludzie uruchomieni przez resort MSW, a którzy byli „na pasku“ tego resortu, wytwarzali w oczach ks. Prymasa fałszywy wizerunek ks. Popiełuszki. Docierały do Prymasa osoby, którym on ufał, mówiąc że ks. Jerzy jest karierowiczem, który przyjmuje do świątyni św. Stanisława Kostki dary z Zachodu. Że buduje swoją legendę kosztem robotników, wykorzystując ich i oszukując. Jednym słowem – karierowicz, pozorant, człowiek zakłamany i bardzo podły. Taki wizerunek przedstawiali ks. Prymasowi ludzie z Kościoła, bardzo często pełniący w nim bardzo ważne funkcje, którym on ufał. Odpowiednio do tego poziomu zaufania i do tego, co od nich słyszał, traktował ks. Popiełuszkę.

Traktował go bardzo źle. To nie był ksiądz Prymas z filmu mojego kolegi, Rafała Wieczyńskiego pt. „Popiełuszko. Wolność jest w nas“. Tam zresztą niestety Prymas jest przedstawiony raczej tak, jakim chciałby być, ale nie był. Wiemy to relacji przyjaciół ks. Jerzego Popiełuszki, np. Państwa Janiszewskich – lekarzy mieszkających przy ul. Gen. Zajączka. Ks. Jerzy leczył się u nich, chodził do nich na obiady, byli dla niego takimi „mamą i tatą“ w Warszawie. Gdy przyjeżdżał z Pałacu Mostowskich, z tych prześladowczych przesłuchań, które wszczęto na rozkaz Kiszczaka, wracał z podniesioną głową. A gdy wracał z Pałacu prymasowskiego, to – jak relacjonują Państwo Janiszewscy, a za nimi dziesiątki innych świadków  – leciały mu na podłogę łzy wielkości grochu.

Ks. Jerzy nie rozumiał tej potwornej, bandyckiej gry, jaką prowadziło UB także wokół księdza Prymasa. Można powiedzieć, że w jakiejś mierze ks. Prymas też był ofiarą tej gry. To, o czym mówię, nie jest wymierzone przeciwko ks. Prymasowi. Trudno było nie zawierzyć wielu osobom, do których przecież miał zaufanie. I dlatego tak traktował ks. Popiełuszkę. Do końca nie miał świadomości, że także on jest ofiarą tej bandyckiej gry. Na tym polegała istota zła tego systemu. Potrafiło oplątywać pewnych ludzi, żeby grać nimi przeciwko innym. Dlatego, że ludzie Ci uwierzyli w kłamstwo. Świadkowie prawdy byli ofiarami kłamstwa tego systemu.

Jaką rolę w zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki odegrała Moskwa?

Można powiedzieć, że Moskwa odegrała wpierw rolę inspirującą, a potem kontrolującą. Opieracja kryptonim „Popiel“, której jedynym figurantem był ks. Jerzy Popiełuszko, którego zamęczono na śmierć, rozpoczęła się po naciskach na generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka ze strony Moskwy. W nich coś narastało, ale takim punktem przełomowym, jak wynika to jednoznacznie ze śledztwa prokuratora Witkowskiego, były artykuły Toporkowa. Toporkow był korespondentem „Izwiestii“ w Polsce. Napisał dwa potężne artykuły, jeden po drugim. Były to artykuły na pierwszych stronach gazetowych na długość kilku szpalt. Bardzo ostro atakuje tam gen. Kiszczaka i zwłaszcza gen. Jaruzelskiego. Pisał tak: „Jest w Polsce taki kościół, który kościołem nie jest. A w tym kościele jest ksiądz, który nie jest księdzem. I ten człowiek pozwala sobie na podważanie, niszczenie wieloletniej przyjaźni narodów Polski i Związku Radzieckiego. Wypowiada się przeciwko tej przyjaźni, atakuje Związek Radziecki. I zdumiewające, szokujące i strasznie smutne jest to, że władze Polski przez palce patrzą na działalność tego księdza“. Toporkow nie zostawia suchej nitki na Jaruzelskim. Kiszczak i Jaruzelski natomiast doskonale rozumieli, że żaden korespondent jakiejkolwiek radzieckiej gazety nie pozwoliłby sobie na taki atak na przywódcę tzw. „bratniego państwa“, gdyby nie miał rozkazu z góry.

Po tych dwóch publikacjach, które nastąpiły jedna po drugiej, Jaruzelski miał powiedzieć do Kiszczaka te słowa: „Zrób coś, żeby on przestał szczekać“. I natychmiast rozpoczęła się operacja kryptonim „Popiel“. W jej efekcie ks. Popiełuszko został zamordowany. Bezpośrednią przyczyną tej operacji były naciski z Moskwy. Skąd wiemy, że padły słowa? Otóż później, od stycznia 1985 do kwietnia 1990 trwały operacje, do których zaangażowano kilkuset funkcjonariuszy SB oraz kilkuset tajnych współpracowników, gdzie inwigilowano m. in. Rozmowy Róży Pietruszki, żony płk Adama Pietruszki – funkcjonariusza MSW, który został skazany w procesie toruńskim. Został on uznany za przywódcę tej bandyckiej, przestępczej grupy, a wiemy, że nim nie był. Oczywiście, był to bandyta i łotr, który ma wiele rzeczy na sumieniu, ale to nie on wymyślił tą zbrodnię. On był tylko jednym z elementów tej zbrodni. Jego podsłuchiwana żona przedstawiła to swojemu synowi Jarosławowi w taki sposób, że to po publikacjach w „Izwiestii“ Ślepak powiedział do Kiszczaka słowa“Zrób coś, żeby on przestał szczekać“, a Kiszczak zlecił ojcu – czyli płk Adamowi Pietruszczce – wszczęcie tej operacji. Te rozmowy były nagrywane, część z nich ocała i dotarł do tych nagrań prokurator Andrzej Witkowski.

Tak więc to Moskwa była tą pierwszą iskrą, która spowodowała zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki, ale nie tylko do tego ograniczała się jej rola. Jak odkrył prokurator Andrzej Witkowski, na miejscu uprowadzenia byli nie tylko oprawcy z SB, monitorowali ich działania także ludzie Wojskowej Służby Wewnętrznej. Sześć osób. Witkowski poznał ich nazwiska, przesłuchiwał ich. Troje osób powiedziało: „Powiemy prawdę, ale niech Pan pokaże, że nie jest Pan szaleńcem, który rzuca się z motyką na słońce“. Wtedy prokurator pojechał do prof. Chrzanowskiego, ministra sprawiedliwości, oraz Stanisława Iwanickiego, wiceministra sprawiedliwości, był to 1991 r. Prosił ich o wsparcie. Mówił, że ma sześć osób, które były na miejscu uprowadzenia. To ludzie z WSW, trzeba poddać ich zeznania weryfikacji. Chcę zeznawać, ale pod warunkiem gwarancji bezpieczeństwa dla siebie i swoich rodzin. Zamiast gwarancji, odebrano śledztwo Witkowskiemu.

W wyniku tego śledztwa Andrzej Witkowski, dowiedział się, że przebieg tego zadania monitorowali także oficerowie GRU. Pojawiają się konkretne postacie. Innymi słowy, Rosjanie nie tylko uruchomili całą tą przestępczą machinę, ale też obserwowali później przebieg sprawy.
Andrzej Witkowski wciąż chce pokazać rosyjski wątek w tej zbrodni. On jest dość szczegółowy, nie o wszystkim jeszcze wolno nam mówić. Wciąż nie tracimy nadziei, że ta sprawa pójdzie tak, jak powinna, czyli drogą procesową. Wierzymy w to, że będzie można pokazać całą tą przestępczą machinę także z udziałem radzieckim, dzisiaj powiedzielibyśmy – rosyjskim. Ta zbrodnia miała wymiar międzynarodowy.

Wiemy o tym, że nawet w III RP ginęły osoby, które miały jakiś związek z tą sprawą. Czy nawet teraz prawda może być aż tak niewygodna dla służb?

Oczywiście, że tak. Popatrzmy na nazwiska, jakie pojawiają się na wstępie: Mazowiecki i Geremek, którzy właściwie przez cały czas byli tuzami III RP. Byli przedstawiani jako jej największe autorytety. Wyjaśnienie sprawy morderstwa ks. Jerzego Popiełuszki zburzyłoby cały mit. Mit tego, że 4 czerwca 1989 r. Polacy usiedli przy Okrągłym Stole i się dogadali. Śledztwo Andrzeja Witkowskiego pokazuje, że wszystko zaczęło się nad umęczonym ciałem ks. Popiełuszki. Pokazuje podłość tych ustaleń. Pokazuje, że 4 czerwca był tylko teatrem, że zostaliśmy potwornie oszukani. Że cała III RP była jakby kontynuacją PRL-u. Tak naprawdę, ta sprawa zburzyłaby bardzo dużo z tego, co wiemy o najnowszej historii Polski, zburzyłaby mit bardzo wielu autorytetów.

Ukazałaby też pewne bardzo delikatne i bardzo przykre sytuacje w naszym Kościele. W internecie dostępne są wypowiedzi ks. Kaczmarka, postulatora procesu beatyfikacyjnego o Andrzeju Witkowskim czy  choćby o mojej skromnej osobie, jako o ludziach szukających sensacji. Twierdzi, że nie ma już czego szukać w sprawie, w której wszystko zostało wyjaśnione. Andrzej Witkowski zaciskał zęby, bo chciał, żeby ta wypowiedź była zweryfikowana drogą procesową. Poprosił mnie o to, więc również milczałem. Ale dziennikarz „Gazety Krakowskiej“, Piotr Litka, w lutym tego roku nie przemilczał tej sprawy. Nie gryzł się w język tak, jak Andrzej Witkowski. Opublikował to, co prokurator wiedział od wielu lat. Mianowicie, że ks. Tomasz Kaczmarek, postulator procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki, był agentem SB. Są jeszcze inne postaci, o których w tym miejscu nie chciałbym mówić. To powinno pójść drogą procesową. Powiem tylko tyle – kiedyś prawda o kilku bardzo ważnych postaciach naszego Kościoła wyjdzie na jaw. I nie będzie to prawda wesoła. Dla mnie i dla wielu innych osób. Nie jest niczym wesołym, jeżeli obserwuje się bardzo ważnych hierarchów, którzy rzeczywiście popadli w bardzo niebezpieczne związki, a wciąż pełnią  ważne funkcje kościelne. Boją się, że ta przeszłość ich dogoni. To jest bardzo przykre i bolesne.

Jest wiele takich bardzo przykrych sytuacji, ale może jeszcze nie czas, by o tym mówić. Może przyjdzie taki moment, że będzie można powiedzieć więcej. Ja tylko wskazuję, gdzie leży przyczyna tego, że tak trudno wyjaśnić tę sprawę także dziś. Ks. Małkowski odbył w tej sprawie rozmowy z prezydentem Dudą, z premier Szydło, z ministrem Ziobro, także z Jarosławem Kaczyńskim, prosząc o przywrócenie śledztwa prokuratorowi Witkowskiemu. Każdy odpowiedział: „Dokończy, dokończy, ale nie teraz. Najpierw proces kanonizacyjny“. Tyle, że kanonizacja może być za rok, a może być i za 50 lat. Innymi słowy, ostatnie pokolenie, które pamięta ks. Jerzego nie pozna prawdy. To jest ostatni moment. My wierzymy jednak, że finał może być tylko jeden – prawda zwycięży. I tak będzie i tym razem.

za:www.fronda.pl

***

Kierowca ks. Popiełuszki – zdrajcą czy bohaterem? Czy w końcu poznamy prawdę nt. morderstwa ks. Jerzego? |NASZ WYWIAD z ks. Małkowskim

Telewizjarepublika.pl Proszę księdza, ksiądz też znajdował się na liście Służby Bezpieczeństwa kapłanów, przeznaczonych „do uciszenia”. Miał ksiądz na niej numer 1, nawet przed ks. Jerzym Popiełuszką. Czy wiedział ksiądz o tym? Jeśli tak, jak postępowała z księdzem Służba Bezpieczeństwa?

Ks. Stanisław Małkowski: Żyłem w świadomości ciągłego podsłuchu i obserwacji, ale nie tak ostentacyjnej i natrętnej, jak ta, której doświadczył ks. Jerzy. Owszem, czasem widziałem, że za mną jechali, wyprzedzali i nagle hamowali, żeby dać znak, że są przy mnie. Wiedziałem, że wchodzą do domu, kiedy chcą, wiedziałem o włamaniach i pewnych stratach z tym związanych, były wezwania na przesłuchania, na które ja się nie zgadzałem na udzielanie odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Prędko się dowiedziałem, że byłem na tej liście, już nie pamiętam kiedy i od kogo. Przyjąłem to ze spokojem, a nawet pomyślałem, że to zaszczyt być na liście z ks. Jerzym, a to, że zmieniono kolejność, potraktowałem jako znak woli Bożej. Pan Bóg ma dla mnie jeszcze jakieś zadania do wykonania w życiu.

Dziennikarz śledczy, Wojciech Sumliński, dotarł do dokumentów świadczących o tym, że kierowca ks. Jerzego Popiełuszki – Waldemar Chrostowski – był tajnym współpracownikiem SB. Jak podkreśla w swoich książkach Wojciech Sumliński, dokumenty te zniszczono w 1989 roku cyt. „z powodu braku jakiejkolwiek wartości operacyjnej”. Ksiądz znał Chrostowskiego osobiście? Jaką on był wówczas osobą? Czy ksiądz miał jakieś przeczucia z nim związane? Kim w końcu jest kierowca ks. Jerzego – zdrajcą czy bohaterem?

Znałem w związku z ks. Jerzym, czyli kiedy spotykałem ks. Jerzego, to spotykałem i Waldemara Chrostowskiego, który był obok i służył ks. Jerzemu jako kierowca. Ks. Jerzy był zasadniczo ufny, przyjazny, życzliwy wobec ludzi, niekiedy wręcz naiwny, więc kiedy ostrzegano go przed Chrostowskim, jako postacią wątpliwą, nieszczerą, mój znajomy ksiądz, który wraz z ks. Jerzym oraz Chrostowskim bywał zapraszany razem z ks. Jerzym, nie to, że czekał w samochodzie, tylko wchodził tam, gdzie był zaproszony ks. Jerzy. Mój kolega ksiądz też to zauważył, że tzw. mowa ciała, czyli spojrzenie, sposób wypowiadania się, świadczył o nieszczerości Chrostowskiego. Ostrzegali oni ks. Jerzego przed Chrostowskim, ks. Jerzy tych ostrzeżeń nie przyjmował, ufał Chrostowskiemu, potem to zaufanie słabło i wtedy SB-cy zorganizowali pożar mieszkania Chrostowskiego. Ten pożar spowodował, że ks. Jerzy Chrostowskiego zaprosił do siebie uznając, że skoro jest on prześladowany to nie może być podejrzewany o jakiekolwiek kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa, że to nie jest ich człowiek. Przez ten pożar przywrócono zaufanie ks. Jerzego do Chrostowskiego, a nawet Chrostowskiego umieszczono w mieszkaniu ks. Jerzego, na plebanii.

Sąd w sprawie Chrostowskiego orzekł, że kierowcę ks. Jerzego „osądzi historia”...

To dość dziwne, historia? Sąd jest od czego? Ta historia opiera się o tym co było i co jest. Mając wiedzę, zgadzam się z tym, co na temat Chrostowskiego mówił, mówi, pisał i pisze, dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński.

Minęły już 32 lata od morderstwa ks. Jerzego. Wiemy, że wersja przedstawiona podczas „procesu toruńskiego” jest – delikatnie mówiąc – daleka od prawdy. Śledztwo w tej sprawie dwa razy odbierano prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu. Jak ksiądz myśli, dlaczego wciąż nie znamy prawdy na temat śmierci ks. Popiełuszki i czy możemy liczyć na to, że śledztwo wróci do prokuratora Witkowskiego?

Prokurator Andrzej Witkowski w rozmowie z Leszkiem Pietrzakiem, opublikowanej jako książka „Szukając sprawców zła”, wyraził gotowość na powrót do śledztwa ws. przyczyn, okoliczności i zamierzonych skutków, celów zamordowania ks. Jerzego i był na tropie uczestników tej drugiej ekipy, która go zamordowała i był bliski skonstruowania aktu oskarżenia wobec Kiszczaka i Jaruzelskiego. I wtedy nagle – czy to najpierw Wiesław Chrzanowski czy Witold Kulesza – po przywróceniu śledztwa, po dłuższym czasie zresztą, za sprawą prezesa Jarosława Kaczyńskiego, to takie nagłe odsunięcie go od śledztwa, wcześniej osłabienie jego zespołu i takie niejasne początkowo motywy tych dwóch decyzji, świadczą o tym, że są jakieś czynniki państwowe i kościelne bardzo zainteresowane tym, żeby to śledztwo nie było kontynuowane, nie wyjaśniło mordu na ks. Jerzym, żeby nie wyjaśniło prawdy. I pytanie – czy te naciski są tak silne, że nie da się ich pokonać, czy też prawda, która wyzwala, prędzej czy później zwycięży? Wolałbym, żeby zwyciężyła prędzej niż później, tym bardziej, że czas upływa, świadkowie czy sprawcy umierają. Andrzej Witkowski być może jeszcze jest gotów podjąć to śledztwo, ale negatywna opinia wyrabiana mu przez jakichś podpowiadaczy i świadkiem tego była pani reżyser Maria Dłużniewska, która wraz z filmem „Ksiądz” była w Gdyni i gdy powiedziała – prosiłem ją o to, bo ja nie pojechałem do Gdyni – aby poprosiła o przywrócenie śledztwa ws. ks. Jerzego. Po jej prelekcji podchodziło do niej niezależnie kilka osób, wyrażając się bardzo negatywnie o Andrzeju Witkowskim i mówili, że „jeżeli czegoś nie wiemy to i tak się nie dowiemy”, że „śledztwo nie ma żadnego sensu”. Była to zorganizowana akcja podważania zaufania i kwestionowania sensu wznawiania śledztwa ws. mordu na ks. Jerzym. Jeżeli te czynniki sprawcze ukryte, nie będą odsunięte od tej sprawy, jeżeli prokuratura i to nie IPN-owska, bo większe uprawnienia ma prokuratura podległa ministrowi sprawiedliwości, pan Ziobro ma swoich informatorów, kiedy prosiłem go o to, żeby uczynił wszystko, co może, żeby to śledztwo wznowić, okazał pewną rezerwę. Czas pokazał, że w tej sprawie nie zrobił nic. Pytanie więc, kto się znajdzie taki, kto ten – jak określają dziennikarze śledczy – „mord założycielski III RP”, będzie w świetle prawdy rozpoznany. O co tu i komu chodziło? Jeżeli cele w pełni nie zostały spełnione, tak, jak miały być spełnione to trzeba ujawnić i zamiar i konsekwencje faktyczne. Konsekwencją faktyczną było porozumienie ponad podziałami, czyli to, co się obrazowo określa „sojusz >>różowych<< z >>czerwonymi<<”. Po zamordowaniu ks. Jerzego, jeszcze przed jego pogrzebem, na zasadzie „nad śmiercią ks. Jerzego, podajemy sobie ręce”. I powstaje III RP – kontynuacja PRL-u – która trwa do dzisiaj, mimo pewnych korzystnych zmian, jakie w Polsce nastąpiły w ubiegłym roku i jakie następują, ale nie tego pragnie ks. Jerzy z nieba i nie tego pragną ci, którzy chcą być wierni jego postawie szukania prawdy, która wyzwala. Prawda w jego kazaniach, homiliach, cały czas się powtarzała.

Teraz słychać głosy, żeby „nie ruszać śledztwa, bo to zaszkodzi procesowi kanonizacji”. Swego czasu, gdy trwał proces beatyfikacyjny, słyszeliśmy że „to może zaszkodzić procesowi beatyfikacji” – argument ten wysuwał pewien kapłan, bardzo bliski ks. Jerzemu – jak się później okazało – współpracownik TW bezpieki. A dzisiaj ten sam argument słyszałem z ust o. Gabriela Bartosiewicza, promotora procesu beatyfikacyjnych. On po spotkaniu z Andrzejem Witkowskim, kilka miesięcy temu w Domu „Amicus” koło kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie, gdzie ja też mogłem parę słów powiedzieć, bo mnie o to poproszono, usłyszałem, że „nie wolno tej sprawy ruszać, bo to zaszkodziłoby procesowi kanonizacyjnemu ks. Jerzego”. Na całej sali rozległ się szmer, pewna aktorka krzykiem próbowała go uciszyć. Ojciec wstał i wychodząc, powiedział jakiemuś mężczyźnie „powiedziałem to, co miałem powiedzieć”, co budzi podejrzenie, że ten mężczyzna był jakimś oficerem prowadzącym, nie daj Boże.

Są służby specjalne, które są zainteresowane, a w pewnej mierze przedstawiciele władz, ale oni są dezinformowani, żeby tej sprawy nie ruszać, bo to „zaszkodzi”. Komu zaszkodzi? A może komuś pomoże? Te resztki dziedzictwa PRL-u, pokaźne, które jeszcze w Polsce trwają, wreszcie trzeba przezwyciężyć i pokonać. Wymaga to odwagi i pewnej stanowczości charakteru. Są ludzie, którzy się ustawiają jakoś tak z wiatrem, nie chcą pod wiatr, tylko idą z wiatrem. Ksiądz Jerzy był zupełnie daleko, żeby iść z wiatrem i iść z prądem, więc trzeba go naśladować.

Rozmawiała Lidia Lemaniak

za:.telewizjarepublika.pl

***

Męczeństwo księdza Jerzego Popiełuszki. Prawda wciąż nieznana

Odważne przeciwstawianie się złu, dopominanie się o prawdę, bezgraniczne umiłowanie Kościoła i polskości, w kręgach patriotycznych zyskały Księdzu Jerzemu Popiełuszce miano „Piotra Skargi naszych czasów”. Z tych samych powodów był on znienawidzony przez komunistyczną władzę.

Osaczanie

Osoba Księdza Jerzego była tematem gorączkowych narad nie tylko w kierownictwie antykościelnego Departamentu IV MSW, ale też wśród najwyższych rangą dygnitarzy PRL, z generałami Jaruzelskim i Kiszczakiem włącznie.

Kapłana nękano na wiele sposobów. Rychło znalazł się pod obserwacją licznych konfidentów SB. Agentura próbowała skłócić go z kościelnymi zwierzchnikami. Wszczynano przeciw niemu postępowania karne, zatrzymywano go w areszcie, straszono anonimami obiecującymi nagłą śmierć. Tak zwani „nieznani sprawcy” zdewastowali samochód księdza, innym razem cisnęli w okno mieszkania cegłę z materiałem wybuchowym.

Reżimowa telewizja i gazety zniesławiały go bez pardonu. Kampanią nienawiści, która niedługo miała wydać krwawy owoc, dyrygował minister komunistycznego rządu i jego rzecznik, Jerzy Urban, który też osobiście porwał za pióro. Za szczególnie znaczący wypada uznać tekst „Seanse nienawiści”, opublikowany 19 września 1984 roku w tygodniku „Tu i Teraz”:

„W kościele księdza Popiełuszki urządzane są seanse nienawiści. […] Ks. Jerzy Popiełuszko jest więc organizatorem sesji politycznej wścieklizny. [...] Cóż z tego, że ks. Popiełuszko mierzi, skoro w dzisiejszej wykształconej Polsce polityczni magicy są wciąż skuteczni. […] Bardzo to smutne, ale prawdziwe, póki ma swoją klientelę ks. Popiełuszko i wzięciem cieszą się jego czarne msze, do których Michnik służy i ogonem dzwoni.”

Chyba nawet Urbanowi było wstyd podpisać się imieniem i nazwiskiem pod tymi wypocinami, bowiem sygnował je pseudonimem Jan Rem. Co istotne, w tekście zabrzmiały groźne nuty:

„[…] upiory, które żoliborski magik polityczny wypuszcza spod ornatu same pozdychają. [...] Jakaś ilość ludzi nowoczesnych i rozumnych przecież już dziś dlatego właśnie sympatyzuje z polityką PZPR, że razi ich krzykliwe pustosłowie strony przeciwnej, mierzi zbiorowa histeria i irracjonalny fanatyzm.”

Rozumni i nowocześni

Istotnie, w słowa Urbana wczytywał się uważnie cały zastęp „nowoczesnych i rozumnych”, gotowych przeciwstawić się „fanatyzmowi” kapłana z Żoliborza.

Najpierw pojawił się pomysł, aby księdza zabić, wyrzucając go z pędzącego pociągu. Podczas takiej akcji trudno ustrzec się niepożądanych świadków, zatem „rozumni i nowocześni” przedstawiciele IV Departamentu uznali, że łatwiejsze będzie upozorowanie wypadku samochodowego.

13 października 1984 roku na szosie Ostróda — Olsztynek, w woj. olsztyńskim, zespół esbeków wypatrywał volkswagena golfa, którym ksiądz Jerzy, w towarzystwie kierowcy Waldemara Chrostowskiego oraz działacza „Solidarności” Seweryna Jaworskiego, wracał z Gdańska do Warszawy. Kiedy pojazd ukazał się w zasięgu wzroku, dowodzący esbekami kapitan Grzegorz Piotrowski ujął w dłoń spory kamień, szykując się do rzutu. Plan był prosty – kamień miał roztrzaskać przednią szybę wozu, dezorientując kierowcę; samochód najprawdopodobniej wylądowałby w przydrożnym rowie. Co miało nastąpić potem, jeśliby pasażerowie przeżyli? Esbecy uwzględnili różne możliwe okoliczności. Mieli ze sobą zarówno łopaty, worki i kamienie, jak i kanister z paliwem...
 
Zamach nie udał się. Kierowca księdza, widząc osobnika szykującego się do rzutu, zareagował błyskawicznie. Skręcił wprost na zakapiora, zmuszając go do ucieczki.

Zbrodnia…

19 października 1984 roku, dokładnie miesiąc po opublikowaniu „Seansów nienawiści” Urbana, zapowiadających „zdychanie upiorów żoliborskiego magika”, zespół kapitana Piotrowskiego uderzył znowu.

Ksiądz Jerzy wracał właśnie z Bydgoszczy, gdzie w tamtejszym kościele p.w. Polskich Braci Męczenników odprawił Mszę świętą, a następnie poprowadził nabożeństwo różańcowe. W drodze towarzyszył mu Waldemar Chrostowski, który zaledwie kilka dni wcześniej wywiózł go szczęśliwie z opałów. Niedaleko Górska ich samochód został zatrzymany przez trzech osobników, podających się za patrol milicji drogowej. W rzeczywistości byli to porucznicy SB Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, dowodzeni przez znanego nam już kapitana Piotrowskiego.

Chrostowski zdołał wyrwać się napastnikom i zbiec. Natomiast księdza Popiełuszkę, skrępowanego i upchniętego w bagażniku, wywieziono w stronę Włocławka. Po drodze esbecy zatrzymywali się kilkakrotnie. Kapłana bito drewnianą pałką (m.in. otrzymał co najmniej 14 ciosów w głowę) oraz pięściami. Oprawcy założyli ofierze na szyję pętlę, przemyślnie połączoną z więzami – każde poruszenie rąk czy nóg powodowało jej zaciskanie się.

Słudzy wojującego ateizmu pastwili się nad wikarym bez opamiętania - potem lekarz dokonujący sekcji zwłok powie zszokowany, że w całej swej karierze zawodowej nie widział takich obrażeń wewnętrznych! Wreszcie Piotrowski, nasyciwszy się zwycięstwem nad bezbronnym, wydał komendę:

- Kamulki do nóg!
 
Jerzego wepchnięto w wór, obciążony kamieniami. Być może kapłan wciąż jeszcze żył, kiedy oprawcy wtaszczyli ów pakunek na tamę we Włocławku, by zaraz cisnąć go, z kilkunastometrowej wysokości, prosto w toń.

…i kara

Najbardziej zaskakującym aspektem sprawy był fakt, że władze zdecydowały się na wytoczenie procesu bezpośrednim sprawcom zbrodni.

Wraz z Piotrowskim i jego dwoma pomagierami na ławie oskarżonych zasiadł też pułkownik Adam Pietruszka, zastępca dyrektora Departamentu IV MSW. Proces starannie wyreżyserowano, czyniąc z niego kolejny element wojny propagandowej, jaką władze toczyły z Kościołem. Piotrowski miotał oszczerstwa pod adresem kleru, szeroko transmitowane przez telewizję. Przytaczał zmyślone zbrodnie duchownych (np. oskarżył arcybiskupa Ignacego Tokarczuka o kolaborację z Gestapo w czasie okupacji niemieckiej – dopiero po wielu latach kłamca raczył przyznać, że był to wymysł resortu). Natomiast prokurator posunął się do postawienia znaku równości miedzy ekstremizmem oskarżonych a „ekstremizmem” ich ofiary.

7 lutego 1985 roku ogłoszono wyrok. Piotrowski i Pietruszka zostali skazani na 25 lat więzienia, Pękala na 15, Chmielewski na 14 lat. Proces nagłośniono propagandowo jako przejaw PRL-wskiej praworządności. Po cichu zaś skracano wyroki, a skazanym zapewniano specjalne warunki odbywania kary. Ostatecznie Chmielewski opuścił celę już po 4 i pół roku odsiadki, Pękala po 5, Pietruszka po 10, a Piotrowski po 15 latach. Faktycznie przebywali za kratami jeszcze mniej, jako że korzystali z licznych zwolnień. Piotrowski w więzieniu otrzymał płatną fuchę drukarza, a na przepustkach dorabiał jako korepetytor matematyki.

Specjalne traktowanie morderców kontynuowano także w czasach Trzeciej Rzeczypospolitej. Tylko w okresie od marca 1991 do sierpnia 1994 roku Piotrowski spędził na przepustkach i bezdozorowych widzeniach poza terenem zakładu karnego aż 203 dni i 6 godzin, następnie przez 265 dni korzystał z przerwy w odbywaniu kary, a po powrocie do celi w okresie od marca 1995 do sierpnia 2001 roku wykorzystał kolejnych 225 dni zwolnień.

Błądząc we mgle

Mało kto wierzył, że grono winnych ogranicza się do czterech skazanych.

Same władze rozpowszechniały poprzez swą agenturę plotki o „spisku twardogłowych komunistów” przeciw „umiarkowanej linii” generała Jaruzelskiego. Teza zyskała wielu zwolenników, także wśród części hierarchii kościelnej, o czym agentura meldowała z satysfakcją.

Jaruzelski, jak się zdaje, zrazu rzeczywiście był skłonny oskarżyć swego potencjalnego rywala, generała SB Mirosława Milewskiego, członka Biura Politycznego i sekretarza KC PZPR - o „polityczną, a może i osobistą odpowiedzialność” za uprowadzenie księdza. Jednakże mógł to być jedynie element walki między partyjnymi koteriami. Ostatecznie Milewskiego odsunięto od ważnych stanowisk i wysłano na emeryturę, nie stawiając mu żadnych zarzutów.

Na przestrzeni lat pojawiło się mnóstwo teorii, niektóre o niewątpliwie esbeckim rodowodzie. Głoszono, że księdza zamordowała... „Solidarność” i kler (zapewne chcąc rzucić cień na nieskalany wizerunek władz PRL…); że uprowadzenia i mordu dokonał wywiad zachodni, zainteresowany destabilizacją kraju; że grupa Piotrowskiego przekazała porwanego innemu zespołowi esbeków, albo też oddziałowi GRU, bądź KGB, albo dostarczyła go na teren sowieckiej jednostki wojskowej.

Spekulowano, że ksiądz był przetrzymywany i torturowany przez kilka dni – ponoć jacyś świadkowie widzieli, że w nocy z 25 na 26 października 1984 roku „ktoś” wrzucał do Wisły „coś podobnego do ciała ludzkiego”. Bądź, że zwłoki znaleziono wcześniej, niż to podano oficjalnie.

Pojawiło się też absurdalne twierdzenie, jakoby zamiarem Piotrowskiego była jedynie chęć „dokuczenia” (!) kapłanowi; że dopiero podczas porwania „sprawy wymknęły się spod kontroli”. Dwa worki z kamieniami, przygotowane przez oprawców do zatopienia zwłok Popiełuszki i jego kierowcy, rzekomo miały posłużyć „tylko do zamaskowania miejsca ukrycia księdza”. Autorzy tego scenariusza całkowicie zignorowali wcześniejszą próbę „dokuczenia”, polegającą na sprowokowaniu katastrofy samochodowej.

Niektórzy oskarżali o współudział w spisku kierowcę wikarego. Przekonanie o współpracy Waldemara Chrostowskiego z SB wyraził w roku 2006 prezes IPN Janusz Kurtyka. Wszakże trzy lata później prof. Jan Żaryn stwierdził, że w archiwach nie ma żadnych dowodów na agenturalność kierowcy. Jest prawdą, że bezpieka nadała Chrostowskiemu kryptonim „Desperat”, ale – wbrew różnym dezinformacjom – nie był to pseudonim TW (tajnego współpracownika). Chrostowski został zakwalifikowany jako ZO (zabezpieczenie operacyjne) – co mogło oznaczać zarówno szpicla, jak i osobę inwigilowaną. Sceptycy podkreślali, że gdyby Waldemar Chrostowski był uczestnikiem spisku, to zgodnie z mafijnymi regułami gry jego mocodawcy zadbaliby o zatarcie śladów, szybko usuwając podwykonawcę zbrodni ze świata żywych.

Niestety, obok rzetelnych badaczy, sumiennie oddzielających twarde fakty od własnych hipotez, nie brakło też osób, które na podstawie strzępów informacji próbowały formułować sensacyjne i daleko idące wnioski, w dodatku przedstawiając swe domysły jako dowiedzione pewniki. Następstwem tego był pogłębiający się informacyjny chaos, korzystny tylko dla autorów zbrodni. Jeśli dodamy, że służby specjalne traktują działania dezinformacyjne jako jedną ze swych podstawowych metod pracy (na przykład podsuwając spreparowane materiały skaptowanym bądź naiwnym dziennikarzom), wówczas łatwiej zrozumieć, czemu okoliczności wielu esbeckich niegodziwości wciąż spowija mrok.

„To nie my, to Ruscy!”

Niezależnie od intencji autorów przytoczonych hipotez, wypada zauważyć, że niektóre z nich w sposób oczywisty współgrały z wysiłkami PRL-owskich służb, próbujących odsunąć podejrzenia od Jaruzelskiego.

Przecież twardogłowi komuniści nie mogliby spiskować przeciw I sekretarzowi KC PZPR ot tak, bez zezwolenia Moskwy. A jeśli uznamy, że do zamordowania księdza Popiełuszki musieli pofatygować się do naszego kraju agenci sowieccy, to tylko patrzeć, aż tłum esbeków zakrzyknie ze świętym oburzeniem: „To nie my, to Ruscy!”, i zażąda rehabilitacji Piotrowskiego i jego ferajny.

Przeciwstawianie „patriotycznych polskich komunistów” (którzy „chcieli dobrze, ale nic nie mogli”) złym Sowietom ma u nas długą tradycję. Chyba każdy dorastający w okresie PRL słyszał przekazywane z ust do ust plotki o przebranych w polskie mundury żołnierzach sowieckich, jakoby tłumiących wystąpienia w Poznaniu i na Wybrzeżu.

- Bo przecież Polak nie mógłby strzelać do Polaka! – bajdurzyli egzaltowani rodacy. W rzeczywistości było wielu takich, co mogli strzelać - i strzelali, wcale nie oszczędzając amunicji.

W latach 90. próbowano uwolnić od odpowiedzialności zomowców winnych masakry w kopalni „Wujek” (1981), wskazując jako sprawców „tajną grupę KGB” (bądź czechosłowackiej StB). Uaktywniły się też kręgi usiłujące wybielić generała Jaruzelskiego, forsujące dość karkołomną tezę, iż wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku było akcją wymierzoną w… zakusy Kremla; miało bowiem ocalić nasz kraj przed jakoby niechybną sowiecką interwencją.

Wypada zapytać: w jakim celu Moskwa miałaby wikłać się w interwencję, skoro pacyfikację naszego kraju przeprowadzili sprawnie „polscy towarzysze”? Z jakiej racji „tajne grupy KGB” masakrowałyby strajkujących, kiedy z ochotą czyniło to ZOMO? I wreszcie po co Łubianka uruchamiałaby swoje zespoły skrytobójców, jeżeli na miejscu było dość pachołków z SB?


Casus Becket

Wszystko to oczywiście nie oznacza, że sowieckiego udziału w spisku być nie mogło. W świecie tajnych służb trudno wykluczyć cokolwiek.

Jednakowoż możliwe jest znacznie prostsze wytłumaczenie. Generał Jaruzelski domagał się od podwładnych „uciszenia” księdza. W dniu 13 września 1984 roku miał podobno zwrócić się do Kiszczaka słowami:

- Załatw to, niech on nie szczeka!

Niewątpliwie żądania generała przekazywano służbom. Od czasów słynnej kwestii króla Henryka II skonfliktowanego ze św. Tomaszem Becketem („Czy ktoś mnie uwolni od tego klechy?”) tyrani mają zwyczaj wypowiadania swych życzeń w formie zawoalowanych rozkazów, które potem przedstawiają jako niewinne figury retoryczne.

Jednak nawet w przypadku, gdyby lista morderców ograniczała się do czterech skazanych sprawców, nawet gdyby okazali się oni tylko nadgorliwcami, którzy błędnie odczytali intencje zwierzchników - wcale nie umniejsza to winy systemu i nie zdejmuje odpowiedzialności z władz PRL. Mordercy skazani w procesie toruńskim byli ideowymi komunistami. To służba w SB, panująca tam atmosfera, intensywna indoktrynacja sprawiły, że Grzegorz Piotrowski – który niewiele lat wcześniej przysięgał żonie przed ołtarzem, który kiedyś gorąco modlił się do Boga o ocalenie chorej matki – stał się ateistycznym fanatykiem nienawidzącym Kościoła.

Co więcej, Piotrowski i jego wspólnicy mieli prawo spodziewać się bezkarności. Na przestrzeni trzech lat przed porwaniem księdza Jerzego podwładni Jaruzelskiego i Kiszczaka zamordowali kilkadziesiąt osób, a sprawcom nie spadł włos z głowy. Bywało, jak w Katowicach i Lubinie, że zomowcy strzelali do ludzi jak do kaczek, z bezpiecznej odległości kilkudziesięciu, a nawet kilkuset metrów – a potem uniewinniano ich jako działających w samoobronie. Kiedy w stołecznym komisariacie MO milicjanci zakatowali na śmierć maturzystę, aparat bezpieczeństwa uknuł wielką intrygę, aby winę przypisać sanitariuszom i lekarzom.

Esbecy Piotrowskiego nawet po skazaniu korzystali z ochrony władz, które łagodziły im wyroki. A w PRL zarządzanej przez Jaruzelskiego i Kiszczaka „nieznani sprawcy” nadal zabijali ludzi.


Zdradzony

Bolesny był fakt, że Ksiądz Jerzy za życia spotykał się z niechęcią również w środowisku kościelnym. Niektórzy hierarchowie zżymali się, że jakiś prosty wikary przeszkadza im w przyjaznym „dialogowaniu” z komunistami.

Opozycja solidarnościowa z zapałem „zagospodarowała” męczeństwo księdza. W większości były to inicjatywy szczere, ale po latach trudno oprzeć się wrażeniu, że niektórzy dysydenci traktowali żoliborskiego kapłana instrumentalnie, niczym pionka w ich wielkiej grze. Oto bowiem po zawarciu porozumienia z komunistami w 1989 roku część opozycyjnych liderów zaczęła łasić się do niedawnych oprawców.

Adam Michnik, który niegdyś, wedle opinii Urbana miał „dzwonić ogonem na czarnych mszach Popiełuszki”, teraz żądał od Polaków, aby „odpieprzyli się” od Jaruzelskiego, ogłosił publicznie Kiszczaka „człowiekiem honoru” i bez żenady przyznawał się do wódczanej fraternizacji z Urbanem:

- Uważam, że komentarze polityczne i analizy Urbana są bardzo interesujące. A Urban jest uroczym rozmówcą i ma najlepszą whisky, jaką piłem w życiu i z niej nie zrezygnuję.
 

Pamięć o Księdzu Jerzym i innych Męczennikach czasu komuny nagle zaczęła przeszkadzać złotoustym demokratom.

za: www.pch24.plh

***

Duchowni w niezłomnej służbie Bogu i ojczyźnie

Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych honoruje kapłanów, którzy w wierze w Chrystusa służyli swojej ojczyźnie, często tracąc przy tym życie. Ich zaangażowanie w życie społeczne i w walkę o wolną Polskę wymagało wielkiej odwagi i poświęcenia.

Ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci Duchownych Niezłomnych jest — jak napisano w uzasadnianiu projektu ustawy – „wyrazem hołdu dla kapłanów, którzy swoją postawą dawali wyraz swojej wierze w Jezusa Chrystusa, ale też męstwu i niezłomnej postawie patriotycznej oraz niejednokrotnie przelewali krew w obronie swej chrześcijańskiej Ojczyzny  Polski”.

Na przestrzeni całej ponad 1000-letniej historii Polski obecne są postacie odważnych duchownych, którzy swoją postawą świadczyli o wierności Bogu i ojczyźnie. W czasie zaborów Kościół był depozytariuszem polskiej kultury i tożsamości. Kapłani głosili wolność, ale także sami uczestniczyli w walce o polskość, biorąc broń do ręki. Byli obecni na frontach pierwszej wojny światowej, podczas walk z bolszewikami i w utrwalaniu polskiej niepodległości. Także w czasie drugiej wojny światowej i starć z dwoma okupantami duchowni nieśli posługę sakramentalną w najtrudniejszych okolicznościach i wspierali Polaków, jak tylko potrafili.

Szczególnym czasem okazały się rządy komunistyczne w Polsce. Ówczesne władze od początku uznawały duchowieństwo Kościoła katolickiego za grupę antypaństwową, którą trzeba kontrolować i eliminować z życia publicznego. Tych, którzy się sprzeciwiali, likwidowano. Duchowni byli prześladowani, więzieni i zabijani tak jak Żołnierze Niezłomni, z którymi walczyli o wolną Polskę.

Wśród najsłynniejszych postaci są m.in. ks. Michał Pilipiec, ks. Michał Rapacz, ks. Władysław Gurgacz, ks. Stanisław Domański. Wszyscy zostali zamordowani za działalność niepodległościową i krytykę ideologii komunistycznej.

Represje dotykały także hierarchów kościelnych. Internowany został prymas Stefan Wyszyński, którego zwolniono po trzech latach. Aresztowano także bp Antoniego Baraniaka. Został on umieszczony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie i dotkliwie torturowany. W ciągu 27 miesięcy bp Baraniak był przesłuchiwany co najmniej 145 razy. Chciano na nim wymusić zeznania przeciwko prymasowi. Pozostał jednak wierny prymasowi Wyszyńskiemu i Kościołowi.

Władze komunistyczne prześladowały też księży, którzy stanęli w obronie strajkujących robotników. Byli to m.in. ks. Roman Kotlarz czy bł. ks. Jerzy Popiełuszko, którzy zginęli stojąc po stronie współobywateli.

Wszyscy duchowni nazwani niezłomnymi mają wspólną cechę: w dążeniu do wiecznej ojczyzny kochali też tę ziemską i służyli jej z ogromnym poświęceniem. Uczestniczyli w życiu społecznym i w losach narodu, wspierając go na drodze do wolności.

za:opoka.news

***

TAM pamięć o tym co dobre i złe w naszej doczesności nigdy nie ginie. I dlatego sprawiedliwy wyrok otrzyma każdy z nas...

kn