Chcę bardzo wyraźnie zaznaczyć, że moja refleksja nie usiłuje zrównać życia i działalności św. Jana Pawła II i kard. Henryka Gulbinowicza. Zaznaczam to bardzo wyraźnie, a ponieważ wiem, że czytają te słowa także i tacy, którzy mają proces percepcji nieco sprofilowany inaczej – podkreślam – nie porównuję obu postaci. Natomiast chcę
zapytać się o proces zniesławiania.
Od jakiegoś czasu jest sprawą nieskrywaną, że pontyfikat św. Jana Pawła II ciąży różnym postępowym katolikom, nie mówiąc o niekatolikach ze swej natury przecież bardzo postępowych. Nauczanie o wartości życia ludzkiego, wbrew przeliczaniu tego życia na mniej użyteczne i bardziej użyteczne. Ukazywanie prokreacji jako współdziałania w dziele stwórczym Boga, a nie jako reprodukcji, którą można nabyć jako usługę. Ukazywanie wartości cierpienia i starości w świecie kultu zdrowia i ciała. Obrona nierozerwalności małżeństwa i wskazywanie, że sensem małżeństwa jest świętość życia. Uczenie, że wolność oderwana od prawdy staje się zagładą człowieka i społeczeństw. Nauka o solidarności realnie pojętej. I nauka o miłosierdziu nie spłyconym i zbanalizowanym, ale takim które mierzy się miarą szczególną – „dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. To, i bardzo wiele innych przekazów jest niewygodnych. Bo one porządkują nasz świat, wprowadzają w nim ład i porządek. To nauczanie otwierało drzwi Chrystusowi, a my przywykliśmy przecież żyć za zamkniętymi drzwiami. To, co zrobił Jan Paweł II, to nie był bezsensowny „raban” (bezsensowny bo nie ukierunkowany na jakiś konkret), to była rewolucja ducha.
I oto teraz to wszystko ma być zdyskredytowane, bo… Bo co? Bo są domniemania, przypuszczenia, jest raport (bardzo nie rzetelny, jak mówią ci, co go przeczytali, pozbawiony choćby w części źródeł, na których miałby się opierać…). Raport zresztą też niczego w odniesieniu do św. Jana Pawła II nie stwierdza. Ale stwierdzają to media, politycy, część z nas, podobno katolików, przywiązanych do Kościoła.
Okazuje się zatem, że moc pomówienia jest porażająca. Ma moc dowodową w pośmiertnym procesie. I w tym kontekście zdumiewa mnie proces dotyczący kard. Gulbinowicza. Proces, rozpoczęty oskarżeniem sprzed 3 lat, wysuniętym wobec 94-letniego człowieka. Proces, którego wyrok był ogłaszany w sytuacji, gdy oskarżony nie mógł powiedzieć słowa obrony, przeprosin, wyjaśnienia… Wyrok był ogłaszany w stanie agonii oskarżonego.
Dla wielu dziennikarzy centralnym problemem stała się ta część sentencji wyroku, która stwierdziła, że Kardynał ma zapłacić jakąś kwotę na rzecz fundacji mającej wspierać osoby – ofiary przestępstw seksualnych w Kościele. I jest problem – w jaki sposób Zmarły ma zrealizować wyrok sądu?
Przed paru laty, gdy toczyła się dyskusja o dekomunizacji w Polsce, Prezydent RP oponował przeciw odbieraniem pośmiertnie stopni, odznaczeń, orderów, ludziom, o których za życia wiedzieliśmy, że są zbrodniarzami, czynnymi funkcjonariuszami aparatów represji. Kardynałowi pośmiertnie odbiera się coraz to więcej… To jednak, co najbardziej boli to fakt, że dokonuje się ze współdziałaniem Kościoła.