Przeczytałem kilka tygodni temu artykuł Williama Kilpatricka, konserwatywnego pisarza i publicysty. Autor podejmował w nim spojrzenie na rewolucję Black Lives Matter w Stanach Zjednoczonych. Ujmował ją przez pryzmat nowej religii. Tworzą ją ludzie, którzy uwierzyli, że otrzymali specjalne objawienie o naturze społeczeństwa. Odkryli bowiem, że społeczeństwo amerykańskie jest nieodwracalnie rasistowskie i heteronormatywne, a zatem musi zostać zburzone.
Jak pisze ci ludzie, wyznawcy nowej religii „religii przebudzenia” „byli ślepi, ale teraz widzą. Spali, ale teraz się obudzili. Uważają też, że powinno się przebudzić ciebie - nawet jeśli do uświadomienia sobie prawdy tej ich religii potrzeba gwałtownej okupacji ulic i placów w mieście”.
Kilpatrick pisze, że jest to religia fundamentalistyczna. Bardziej radykalna niż islam, bowiem w islamie można znaleźć umiarkowanego islamistę, a w przypadku „przebudzonych” – nie. Ci, którzy nie stosują się do katechizmu tej religii - heretycy - są szybko wyrzucani. Podobnie jak w przypadku innych fundamentalistycznych wierzeń, ta nowa religia odwołuje się nie do rozumu, ale do emocji. A dowodem wiary jest powtarzanie bezmyślnych haseł i żarliwe przejawy zaangażowania.
Ci ludzie nie wierzą w żadną Najwyższą Istotę. Szukają odpowiedzi na życiowe problemy nie w Bogu, ale w Państwie.
I tu może jest jedyna różnica między rewolucją Black Lives Matter w wersji amerykańskiej a jej polską mutacją, którą nazwałbym Feminists Lives Matter (życie feministek ma znaczenie). Bowiem bojowniczki i bojownicy z naszych ulic, wyznawcy naszej rodzimej „religii przebudzenia” szukają odpowiedzi na życiowe problemy w Unii Europejskiej, która jest dla nich ich istotą najwyższą.
Poza tym wszystko jest bardzo podobnie, by nie rzec tak samo. Jest to religia buntu. Bez względu na ich bezpośrednio artykułowaną skargę (rasizm, aborcja), ostateczna skarga „przebudzonych” ludzi jest przeciwko Bogu i porządkowi, który On stworzył. Jest to w szczególności bunt skierowany przeciwko ustanowionej przez Boga instytucji małżeństwa między jednym mężczyzną a jedną żoną, przeciwko wspólnocie życia i miłości.
Za kilka dni siądziemy przy wigilijnych stołach. W jakimś sensie pusty talerz na tym stole może będzie dedykowany komuś bliskiemu, kto z racji rygorów pandemicznych nie będzie mógł z nami być. Tym mocniej, tym bardziej odczytamy wartość bliskości rodzinnej, wartość miłości. Odczytamy na nowo, że to, co w nas najpiękniejsze ujawnia się w tę noc i w ten dzień świąteczny dzięki temu, że Bóg rodzi się Dzieckiem. Rodzi się. I rodzi się dzieckiem.
Czy można pogodzić to świętowanie narodzin Boga Człowieka z przynależnością do sekty „przebudzonych”?
Stawiam to pytanie – pozornie retoryczne. Ale niestety tylko pozorne. Bowiem okazuje się, że dla jakiejś części z nas wyrazem „otwartego”, „postępowego” katolicyzmu jest poparcie w strajkach przeciw Bogu, narodowi i małżeństwu. Życzmy sobie byśmy spojrzeli na to wszystko rozumem i światłem wiary. Bo to odróżnia nas od bezrozumnych sekciarzy.