Polecane

Ks. prof.Paweł Bortkiewicz TChr-W imię Boże

„Drodzy Amerykanie, skończę tak jak zacząłem - przysięgą. Przed nami wszystkimi i przed Bogiem daję wam słowo, że zawsze będę z wami, zawsze będę bronił konstytucji, zawsze będę bronił demokracji, zawsze będę bronił Ameryki (…) Razem napiszemy amerykańską historię nadziei, a nie strachu. Jedności, a nie podziałów”. To fragment przemówienia nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Joe Bidena.

Recepcja tych słów wyznacza mi pewną epokę historyczną i polityczną. Z dzieciństwa pamięta radość i satysfakcję, że prezydentem największej potęgi światowej został katolik, prezydent Kennedy. Dziś, informację o katolicyzmie nowego prezydenta Ameryki przyjmuję delikatnie mówiąc jak wiadomość o zwycięstwie Legii Warszawa w Lidze Mistrzów. To znaczy szczerze życzę i panu Bidenowi żywej przynależności do wspólnoty katolickiej i życzę mistrzom Polski sukcesu na arenie europejskiej.

Pamiętam już z okresu młodości i dojrzałego życia, jak ekscytowały mnie słowa „konstytucja” czy „demokracja”. Dziś „konstytucja” rozpisana na potężnym torsie TW Bolka czy w ustach pana Bidena odbija się we mnie czkawką. A to, że bóg demokracji zawiódł, tego dowodem są choćby właśnie wybory amerykańskie.

Bezprecedensowy atak na wolność słowa, zwłaszcza w mediach społecznościowych, knebel, cenzura – to są elementy nowoczesnej demokracji, za którą tęsknią niektórzy w naszym państwie, a którą co jakiś czas serwują nam mędrcy unijni.

Nie ukrywam, że piszę te słowa z goryczą. Bo odsłaniany dystans między czasami,  nie tak przecież odległymi, które naznaczone były dumą, nadzieją, godnością a tym, co dzisiaj zostały ze skorodowanych wartości – to doświadczenie goryczy.

Przemówienie nowego prezydenta Ameryki jest tak typowe dla politycznych mów, że można się zastanawiać, czy nie ma jakiegoś wspólnego ghost writera, czyli pisarza widmo, który tworzy podobne teksty prezydentom wszystkich krajów, systemów politycznych, bloków?

„Będę prezydentem wszystkich Amerykanów. […] „Musimy zakończyć tę wojnę - czerwonych kontra niebieskich, miejskich kontra wiejskich, konserwatywnych kontra liberałów”.
A można to zamienić na „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”…

To, co wyróżnia przemówienie amerykańskiego prezydenta w stosunku do wielu innych to przywołanie imienia Boga. „Daję słowo przed Bogiem, że będę bronił Ameryki i konstytucji”.

Nie wiem, ilu polityków zdaje sobie sprawę z ciężaru tych słów. Z tego, że imię Boga przywołane wprost to odwołanie się do Boga, który pisze w ludzkich serca swoje prawo. Prawo moralne.

„Jeśli człowiek burzy ten fundament, szkodzi sobie: burzy ład życia i współżycia ludzkiego w każdym wymiarze. Zaczynając od wspólnoty najmniejszej, jaką jest rodzina, i idąc poprzez naród aż do tej ogólnoludzkiej społeczności, na którą składają się miliardy ludzkich istnień”. To słowa św. Jana Pawła II sprzed 30 lat.

Nie jestem pewien, czy „katolik” Biden je słyszał. Czas pokaże. Ale skoro padło to przywołanie Boga jako świadka nowej kadencji, to ten Świadek będzie jej Sędzią.