Rozpocznę od sprawy, która stanowi dla mnie pewną trudność. Przywołuje wspomnienia sprzed kilku niemal dni – dni koncertu chrześcijańskiego pod Jasną Górą. Obraz tłumów ponownie został uwidoczniony w dniu 15 sierpnia. To były tłumy zdecydowanie mniejsze niż bywało to przed laty, w większości ludzie oddzieleni od siebie miarą społecznego dystansu, ale jednocześnie zgromadzeni w wielkiej wspólnocie manifestującej swoją wiarę.
Za kilka tygodni przeżywać będziemy beatyfikację prymasa Stefana Wyszyńskiego. Pasterza, który swoim geniuszem duszpasterskim gromadził setki tysięcy ludzi. Do czasu pielgrzymek Jana Pawła II do Polski nie było porównywalnych zgromadzeń wspólnoty ludzi wierzących. Beatyfikacja ma się odbyć w sposób niemal kameralny. I to właśnie stanowi pewną trudność, jak wiem nie tylko moją trudność. Bo trudno zrozumieć, dlaczego koncert muzyki chrześcijańskiej może zgromadzić w wolnej przestrzeni tysiące ludzi, a dlaczego beatyfikacja jednego z największych synów tej ziemi musi być obłożona obostrzeniami?
Jeśli wspominam tę trudność to nie dlatego by utyskiwać, ale by poszukiwać w niej sensu, który zostaje nam dany od Boga. Wielkość Księdza Prymasa, jego genialny plan duszpasterski, unikalny i bezprecedensowy w dziejach Kościoła w Polsce zrodził się w miejscu izolacji. Może jest to dla nas jakaś wskazówka. Może właśnie w tym czasie naszego poczucia osamotnienia, nie dopełnienia byciem w wielkiej wspólnocie, Bóg daje nam szczególny znak. Zwykliśmy od lat przeżywać różne uroczystości kościelne w pewnym rytmie. Są przygotowania, jest eksplozja entuzjazmu i świętowania, dzielenie się przeżyciem a potem… nic. A właśnie zamiast tego „nic” powinno dziać się wiele. Powinniśmy rozkładać owo świętowanie na dni codziennej pracy, wysiłku wzrastania w świętości. Warto, abyśmy podjęli nauczanie prymasa Wyszyńskiego. Abyśmy wydobyli z niego kilka znaczących elementów.
Sądzę, że niezwykle ważnym na nasze dziś jest zrozumienie wkładu prymasa Wyszyńskiego w dzieło odnowy soborowej Kościoła powszechnego i Kościoła w Polsce. Ważne jest zrozumienie stylu wdrażania owej reformy soborowej w naszym Kościele lokalnym. Ważne jest dostrzeżenie tego, że dzieło Soboru wcale nie sprzeciwiało się i nie sprzeciwia tradycji Kościoła. Tak jak Prymas wdrażając reformy soborowe, także te liturgiczne, potrafił łączyć je z tradycyjną pobożnością i był jak nauczyciel ewangeliczny, który potrafi łączyć rzeczy stare i nowe czyniąc je narzędziem ewangelizacji.
Z wielkim niepokojem od pewnego czasu zauważam, jak bardzo wielu prawomyślnych katolików deprecjonuje Sobór, choć w istocie przedmiotem ich krytyki są niektóre deformacje reformy soborowej czynione rękami nie Ojców Soboru, ale zwykłych duszpasterzy czy rad parafialnych. Warto ten aspekt wkładu Prymasa w Sobór Watykański II wydobyć i podjąć w rozważaniach przez tygodnie i miesiące, które przyjdą po wydarzeniu jego beatyfikacji. Nie straćmy szansy, jaka jest nam dawana.