Polecane

Prof. Andrzej Nowak-Skąd się bierze rokosz?

Kiedy niezadowolona mniejszość obywateli może stać się istotnie groźna dla całości Rzeczpospolitej? Współczesna opozycja, zwana niekiedy totalną, być może nie jest świadoma, jak bardzo polskie, wręcz staropolskie tradycje reprezentuje. Choć może nie te najlepsze.

Przychodziło mi to skojarzenie do głowy nieraz, kiedy pisałem ukazujący się właśnie V tom „Dziejów Polski“. W jego chronologicznych ramach (1572–1632, od śmierci Zygmunta Augusta do końca długiego panowania Zygmunta III) mieszczą się nie tylko wielkie zwycięstwa oręża polskiego, litewskiego i kozackiego – jak Kircholm, Kłuszyn czy Chocim (1621), nie tylko sny Rzeczpopolitej o imperium, lecz także narodziny postawy, którą dziś obserwujemy. W latach 1606–1607 Rzeczpospolitą sparaliżowała wojna domowa. Naprzeciwko legalnej władzy króla i popierającej go wiekszości senatorów i posłów stanęła wówczas opozycja, która zdecydowała się obalić tę władzę wszystkimi siłami, nawet w sojuszu z zewnętrznymi nieprzyjaciółmi kraju. „Ojcem chrzestnym” tej formacji był Jan Zamoyski.

Człowiek, który swoimi talentami, zasługami i pazernością zdobył pozycję pierwszego magnata w Koronie, nie mógł pogodzić się, że w stworzonym przez niego systemie wolnej elekcji na króla wybrany został „szwedzki przybłęda” Zygmunt III, a nie on – wielki kanclerz. Robił więc od początku panowania tegoż króla, co mógł, żeby odsunąć go od tronu, ośmieszyć, skompromitować.

Nic lepiej nie oddaje jego nastawienia niż zdanie, jakie w jednym z ostatnich listow do kanclerza napisał najbliższy wtedy powiernik planów i zarazem teść kanclerza, Stanisław Tarnowski: „Póki nie będzie bardzo źle w Polszcze, nie będzie dobrze”. Wyrażają te słowa mentalność frakcji: im gorzej dla kraju (jak długo rządzą nim ci, których chcemy obalić), tym lepiej będzie dla nas, dla naszej partii. Zamoyski powierzył teściowi szczególne zadanie: miał zebrać wszystkie dokumenty z czasów rokoszu przeciw Zygmuntowi I z roku 1537, zgromadzić wszelkie argumenty na rzecz nowego buntu przeciwko władzy królewskiej.

Bunt wybuchł tuż po niespodziewanej śmierci Zamoyskiego. Pierwsze w nim skrzypce grali Mikołaj Zebrzydowski, który uważał się za ideowego następcę kanclerza, a także lider protestantów, czujący się „naturalnym” panem Litwy książę Janusz Radziwiłł (syn hetmana Krzysztofa, zwanego Piorunem, a ojciec bohatera „Potopu” – księcia Bogusława) oraz dziki awanturnik Stanisław Stadnicki, zwany slusznie Diabłem.

Nie miejsce, by streszczać historię rokoszu (kto ciekaw, przeczyta w V tomie „Dziejów”). Warto tu postawić pytanie: kiedy niezadowolona mniejszość obywateli może stać się istotnie groźna dla całości Rzeczpospolitej? Odpowiedzi na tę kwestię można szukać właśnie w odmętach rokoszu sandomierskiego.

By z nich coś wydobyć dla zrozumienia dalszej ewolucji ustroju i praktyki politycznej w polsko-litewskim państwie, trzeba wyróżnić w rokoszu jak gdyby trzy poziomy przyczyn, motywów. Jeden wypełniała kontynuacja, a raczej dalekie echo szlacheckiego ruchu republikańskiego, z jego rzeczywistym lękiem przed zbytnią koncentracją władzy w ręku monarchy i jego urzędników.

Drugą warstwę, czy raczej źródło przyczyn rokoszu stanowiły magnackie ambicje do podporządkowania Rzeczpospolitej woli oraz interesom konkretnego rodu, żeby to na nim koncentrowały się nadania i urzędy z królewskiej nominacji, i jemu tylko wierne powiatowe „ślimaki” (jak z pogardą magnaci nazywali swoich szlacheckich klientów) zawsze były górą nad tymi, których forują rody konkurencyjne. Od Radziwiłłów i ich naśladowcy w Koronie Jana Zamoyskiego ambicje te będą się odradzać pod różnymi herbami, nierzadko wykorzystując zaczerpnięte z pierwszej, republikańskiej warstwy hasła i emocje.

Trzeci wreszcie poziom fermentu politycznego w Rzeczpospolitej początku XVII wieku tworzyły pretensje innowierców, którzy zaczęli tracić grunt pod nogami, kiedy kontrreformacja zagarnęła pokojowo większość dusz tej szlachty, która jeszcze tak niedawno, za Zygmunta Augusta, przyjmowała z otwartymi ramionami wyznania ewangelickie.

To, co tworzyło punkt wyjścia poza wspólnotę Rzeczpospolitej, to połączenie postawy urażonego magnata z przekonaniem, że religijna, mniejszościowa tożsamość jest ważniejsza od lojalności wobec państwa, w którym tradycja polityczno-kulturowa i wynikająca z niej rzeczywistość prawna jest oparta na więzi z Rzymem, z katolicyzmem. Można to ująć jeszcze inaczej: Rzeczpospolita kończyła się tam, gdzie szacunek dla obywatelstwa (niezależnie od wyznania) był przekreślony przez lojalność wyznaniową/mniejszościową. Janusz Radziwiłł, który wkrótce został nie zięciem elektora brandenburskiego, w Rzeczpospolitej dobrego miejsca dla siebie nie znajdował – skoro nie mógł jej (i króla) podporządkować swojej woli, tak jak przed nim Zamoyski. To, co go od Zamoyskiego różniło, to wybór postawy kosmopolitycznej, śmiało przekraczającej granice lojalności państwowej. Nie był na tej drodze pierwszy, ale też oczywiście nie ostatni… •

„Nigdzie nie znajdziecie nędzniejszej wylęgarni szumowiny i łajdactwa” – powiedział Altman o amerykańskim episkopacie. Na koniec zwrócił się do biskupów ze Stanów Zjednoczonych. „Pokutujcie i złóżcie już teraz rezygnacje, ponieważ wasza mitra jest waszym ciężkim kamieniem młyńskim” – wezwał.

za:www.gosc.pl