Z pewnością są sytuacje, w których lepiej jest milczeć niż wypowiadać słowa. Zwłaszcza, gdy taką sytuacją jest cierpienie, w którym wszelkie słowa brzmią pustym dźwiękiem. Zamiast słów potrzebna jest obecność, potrzebny jest znak solidarności, wsparcia.
Takie myśli przychodzą po tragedii w Chorwacji, która dotknęła polskich pielgrzymów zmierzających do Medjugorje. Sądzę, że zdecydowana większość z nas czuje potrzebę milczenia niż komentowania. Ale jednocześnie pomimo tej zgody co do milczenia, pulsuje w nas, drga, nie kiedy krzyczy pytanie dlaczego? Dlaczego taka tragedia, dlaczego tyle śmierci? Dlaczego w takim czasie i w takim miejscu? Dlaczego w czasie takiej pielgrzymki?
Jeśli ośmielam się podjąć refleksje w tym temacie, to bardziej może dla siebie niż dla kogoś, bo te pytania są i moim udziałem.
Tragiczna śmierć dokonana w czasie pielgrzymki… A może coś niedobrego stało się z naszym pielgrzymowaniem? Może zaczęliśmy traktować znaki naszego pielgrzymowania jako już pełną rzeczywistość?
Może zapomnieliśmy, że to nasze wędrowanie i na Jasną Górę, i do sanktuariów maryjnych, i do miejsc objawień, i do Rzymu, do grobów Apostołów i do Santiago - że wszystko to jest znakiem tej najgłębszej pielgrzymki, tego wędrowania, w którym zostało nam powiedziane – „ojczyzna nasza jest w niebie”?
Może ta śmierć przypomina nam jaki jest ostateczny kres tego wędrowania, jakie jest jego przeznaczenie.
Może ta śmierć przypomina, że pielgrzymka to nie tylko wspólnota, to nie tylko radosne śpiewy i doświadczenie trudu, pielgrzymka to ostatecznie przejście ze śmierci do życia. Przejście poprzez śmierć.
Nie wolno nam, jak sądzę, mierzyć wydarzeń duchowych prostą miarą automatyzmów: dobry człowiek jest nagrodzony, zły człowiek jest ukarany.
Biblia i wiara wciąż nam przypominają, że to dobry człowiek bywa poddany próbie. To przykład Abrahama, to przykład Hioba, to nade wszystko doświadczenie krzyża Chrystusa.
Nie upraszczajmy zatem życia, bo jest ono bardziej złożone niż spekulują to głowy filozofów i teologów.
Życie jest doświadczeniem, a w tym doświadczeniu wpisany jest krzyż.
Z wysokości krzyża Chrystus Pan nie wygłasza kazania o cierpieniu, nie głosi też wykładu z zakresu teodycei - usprawiedliwienia Boga.
Może wydać się, że jest wręcz przeciwnie, że z Jego ust płynie ta poruszająca skarga: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”.
Ale wiemy, że te słowa są słowami Psalmu, są słowami modlitwy.
Dramatyczny szept Chrystusa jest ostatecznie całą modlitwę dopowiedzianą dobitnie „Ojcze, w Twe ręce powierzam ducha mego”.
Zarówno krzyż Chrystusa, jak i krzyże naszej współczesności mogą nas prowadzić od pytania do odpowiedzi. Odpowiedzi, którą jest Bóg.
Chrystus przypomina, że On jest, że jest właśnie najbardziej tam, gdzie możemy czuć się opuszczeni, gdzie doświadczamy niemocy i przerażającej samotności - tam właśnie jest Bóg.
I on pozostaje Ojcem - bogatym w miłosierdzie. Nic więcej chyba nie jesteśmy w stanie powiedzieć.
Pozostaje nam stanąć pod tym krzyżem i odkryć szczególną bliskość Boga.
Wtedy ta śmierć nie pójdzie na marne.