Kto jeszcze pamięta, jak u stóp Matki Bożej śpiewaliśmy, że „Już dzisiaj zależy od polskiej młodzieży następne tysiąc lat”? Było to u schyłku XX w., naznaczonego wojnami światowymi oraz totalitaryzmem brunatnym i czerwonym. Byliśmy młodzi, życie było przed nami.
Nie było w nas zgody na siermiężny świat, w którym żyli nasi rodzice, zginający karki pod komunistycznym jarzmem, usiłujący za cenę kompromisów moralnych „załatwić” przydział na mieszkanie, zrealizować talon na buty i cukier… Nam marzyło się coś więcej. Czuliśmy się spadkobiercami bohaterskich obrońców Westerplatte i pokolenia Kolumbów, którzy jako dwudziestolatkowie poszli do powstania warszawskiego, by walczyć o wszystko, co najświętsze. Kościół był dla nas ostoją wolności, a sutanna wzbudzała na ulicy szacunek, jak mundur przed wojną.
Wiosna Solidarności to był nasz czas. Uczestniczyliśmy w strajkach i w ulicznych manifestacjach. Rozprowadzaliśmy „bibułę” i prowadziliśmy długie nocne dysputy. Zapełnialiśmy świątynie i przykościelne salki. Udział w spotkaniach ze św. Janem Pawłem II traktowaliśmy jako moralny obowiązek, umocnienie i źródło inspiracji. Dumnie nazywaliśmy się pokoleniem JPII. Masowo chodziliśmy w pielgrzymkach na Jasną Górę, trzeba było nawet utworzyć samodzielną pielgrzymkę dla studentów. Śpiewaliśmy religijne i patriotyczne pieśni, wznosząc palce ułożone w kształcie litery V i przewiązane różańcem. Szykany ze strony SB i MO tylko nas utwierdzały w poczuciu, że jesteśmy po właściwej stronie.
Kiedy jednak zaczęła się transformacja, okazało się, że wielu z nas jest już zbyt żądnych władzy i sukcesu, by trwać przy dawnych ideałach. Zachłysnęliśmy się fałszywą koncepcją wolności od wszystkiego. Zajęliśmy się „gonieniem Zachodu”, słuchaliśmy tych, którzy mówili, że pierwszy milion trzeba ukraść. Z Kościołem zrobiło się nie po drodze, pojawiły się hasła „księża na księżyc” oraz „wczoraj czerwoni, dzisiaj czarni”. Nawet św. Jana Pawła II w czasie jego pielgrzymki do Polski w 1991 r. większość ówczesnych elit (także postsolidarnościowych) odrzuciła, gdy wzywał nas do opamiętania i rozsądku. Był to zarazem czas Światowych Dni Młodzieży na Jasnej Górze. Papież nieprzypadkowo oparł wówczas swoje przesłanie na słowach z „Apelu jasnogórskiego”: jestem, pamiętam, czuwam. W wielu przypadkach jednak pozostały nam po tym spotkaniu tylko fotografie i wspomnienia.
Wchodząc w trzecie tysiąclecie, nie przekazaliśmy naszych młodzieńczych ideałów kolejnemu pokoleniu. Zresztą, sami nie byliśmy im wierni. Zabrakło „wymagania od siebie, choćby inni od nas nie wymagali”. Dotyczyło to i duchownych, i świeckich. Urządziliśmy się w świecie, poszliśmy z nim na kompromis. Z bólem słucham wyznań moich byłych studentów o ich dorosłych już dzieciach, które nie utożsamiają się ani z Kościołem, ani z Polską. To w jakimś stopniu efekt naszych zaniedbań, z których pozostaje nam zrobić sobie rachunek sumienia i podjąć nawrócenie.
Z drugiej strony trzeba sobie postawić pytanie: Co by z nami było, gdybyśmy w swoim czasie tak szlachetnych ideałów i wielkich doświadczeń nie mieli? Nigdy przecież nie było tak, żeby wszyscy uczestnicy wielkich wydarzeń zachowali i przenieśli w przyszłość ich ducha. Wśród tych, którzy w sierpniu 1944 r. walczyli o Polskę wolną od nazizmu i od komunizmu, też nie wszyscy w oporze wobec tego ostatniego wytrwali do końca. Podobnie nie wszyscy ludzie Solidarności dochowali potem wierności jej ideałom. Nawet w ewangelicznej przypowieści o siewcy tylko niektóre ziarna wydają plon i nie zawsze jest to plon stokrotny. Ale siać trzeba.
Młodzi od zawsze mają w sobie bunt przeciwko temu, co jest zastane. W ten sposób podkreślają swoją podmiotowość i odrębność. A jednocześnie potrzebują zakotwiczenia w rówieśniczej wspólnocie, potwierdzenia, że są częścią swojego pokolenia. Przeżywają swoisty przymus bycia dokładnie takimi, jak ich rówieśnicy. Chcą uczestniczyć w tworzeniu spraw wielkich i niepowtarzalnych. Jeśli nie będą to np. Światowe Dni Młodzieży, to będzie „róbta, co chceta” w Jarocinie albo jakiś czarny marsz.
Ostatnie sondaże wskazują, że młodzież znowu zaczyna być konserwatywna – podobnie jak przed dziesięciu laty – tylko teraz jeszcze bardziej niż wówczas areligijna. Dlatego, jako ludzie Kościoła, mamy w tej sprawie wiele do nadrobienia. Potrzeba z naszej strony radykalnego, klarownego, autentycznego i odrobinę kontrkulturowego świadectwa wiary. Tylko szaleństwo, choćby lekkie, jest w stanie porwać młodzież. Tej szansy nie wolno nam przespać.
ks. Henryk Zieliński
za:www.idziemy.pl