Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego kończył się wiec studencki w obronie relegowanych kolegów, gdy z autobusów zaparkowanych w pobliskich alejkach wysypał się szary tłum ormowców i tajniaków ubranych po cywilnemu, którzy zaatakowali pałkami rozchodzącą się już młodzież.
Powstała panika, część studenckiego tłumu rzuciła się do bramy, część została rozbita na niewielkie grupy, które pałowano w różnych miejscach dziedzińca. Razy spadały zarówno na plecy studentów, jak i studentek. Akcja przeniosła się szybko na ulicę, gdzie czekały inne oddziały gotowe do pacyfikacji. Pędzono ludzi po całym Krakowskim Przedmieściu, także przypadkowych przechodniów, nawet takich, co uciekali do kościoła św. Krzyża i próbowali chronić się w jego przedsionku. Pałowano ich na schodach, gdy stłoczyli się pod drzwiami świątyni.
Pogrom w Dniu Kobiet
Wyglądało to na regularny pogrom urządzony przez PRL-owskie służby państwowe w oficjalne święto kobiet, 8 marca 1968 r. Tyle że pogrom nieudolnie zakamuflowany: atakujący tłum stanowili tajniacy poprzebierani za robotników, a także, jak dziś wiadomo – przyznał to sam gen. Jaruzelski – studenci szkół oficerskich ubrani po cywilnemu. Te sceny, dziś powszechnie znane dzięki zapisom filmowym, powtarzały się w następnych dniach po 8 marca, gdy miasto przemierzały pochody protestacyjne od uniwersytetu po politechnikę, rozpędzane przez oddziały milicji, ZOMO i ORMO. Po tych demonstracjach odbywały się przez kilka tygodni wiece studenckie w Audytorium Maximum UW. Represje w marcu 1968 r. skierowane były przeciwko wszystkim protestującym studentom bez względu na ich pochodzenie społeczne, klasowe czy rasowe, poglądy czy ideologię.
Wydarzenia Marca 1968 nie były jakimiś wyjątkowymi, oderwanymi represjami władz PRL; trudno je wyodrębnić z całego ciągu wcześniejszych. Poprzedziła je w styczniu konfiskata „Dziadów” na scenie Teatru Narodowego oraz wywołane tym protesty środowiska pisarzy na burzliwym zebraniu w lutym 1968 r. Jednak, jak dziś wiadomo, tzw. wydarzenia Marca były raczej zakończeniem całego ciągu wydarzeń, który zaczął się w połowie roku poprzedniego. (...)
Od przemówienia Gomułki w czerwcu 1967 r., w którym mówił o „piątej kolumnie” i syjonizmie, rozpoczęła się oficjalna, odgórna, by tak rzec, państwowa kampania antysemicka. (...)
Wydarzenia Marca 1968 były zatem ostatnim aktem antysemickiej kampanii, wywołującym już jednak szerszy opór i protesty społeczności akademickiej w całym kraju. Jak dziś wiadomo dzięki IPN (Marzec 1968 w dokumentach MSW, t. 1, 2008), objęły one nie tylko środowiska studenckie, ale też młodych robotników i uczniów szkół średnich, których wśród zatrzymywanych i aresztowanych było więcej niż studentów. Była to więc rewolta całego dorastającego w warunkach PRL młodego pokolenia, zapewne również pod wpływem „Praskiej Wiosny” i prób reformowania komunizmu.
W ciągu kilku tygodni protesty zostały jednak stłumione. Zablokowane zostały również, zapewne nie bez udziału władz sowieckich, ewentualne zmiany na szczytach władzy, do których protesty te mogły się przyczynić; do przejęcia władzy szykowała się wpływowa grupa „partyzantów” Moczara, ministra spraw wewnętrznych. Nastąpiły tylko niewielkie zmiany personalne, m.in. Spychalskiego zastąpił bardziej „profesjonalny” Jaruzelski, szczególnie podatny, jak dziś wiadomo, na wpływy sowieckie. Stało się to wkrótce bardzo potrzebne, kiedy w sierpniu doszło do inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację; brało w niej udział Ludowe Wojsko Polskie z gen. Jaruzelskim na czele.
Ataki w latach 1967-1968 Gomułki oraz Moczara, który rywalizował o władzę i jak wiele na to wskazuje, prowokował wydarzenia marcowe, miały nie tylko podłoże antysemickie, jak chce tego marcowa legenda późniejszej lewicowej opozycji. Były także wymierzone przeciw wszystkim środowiskom krytycznym wobec władzy komunistycznej – inteligencji, środowiskom naukowym i akademickim, w szczególności przeciw tradycji narodowej oraz Kościołowi – niedawno wszak skończyły się wspaniałe masowe obchody Millenium, zwalczane przez partię i wszystkie władze PRL. Zakaz grania „Dziadów” w Teatrze Narodowym nie był przecież aktem antysemickim, podobnie jak nie był nim atak na środowisko pisarzy po ich protestach w sprawie zdjęcia spektaklu. Była to próba zniszczenia wszystkich środowisk stwarzających niebezpieczeństwo powstania opozycji wobec wszelkiej władzy komunistycznej w Polsce. Wielu pisarzy było represjonowanych do końca życia, wśród nich Paweł Jasienica, Andrzej Kijowski czy Stefan Kisielewski, który ucierpiał może nawet bardziej od ofiar marcowych, pobity dotkliwie przez „nieznanych sprawców”.
(...)
„Rewolucja łagodna”
Marzec 1968 nie był zatem jedynym i oderwanym wydarzeniem tylko o charakterze antysemickim, był skierowany przeciw całemu środowisku akademickiemu i dlatego wywołał szersze protesty. Był też poniekąd skutkiem ubocznym walk na szczytach władzy komunistycznej, wydarzeniem prowokowanym w celu dyskredytacji, osłabienia czy obalenia przeciwnika politycznego. Wyróżnionym, odrębnym i samodzielnym wydarzeniem Marzec’68 stał się dopiero w późniejszej legendzie stworzonej pod koniec lat 1970. przez lewicową opozycję z kręgu KOR-u, która po części wywodziła się z ludzi wspierających na początku system komunistyczny w Polsce. Podkreślano w niej motywy antysemityzmu, jakby funkcjonował on osobno poza panującym systemem komunistycznym, jakby nie był jego częścią i instrumentem oficjalnej propagandy w nieustającej walce z realnymi oraz urojonymi przeciwnikami władzy ludowej. Motywy antysemickie wyolbrzymiono i niepostrzeżenie przeniesiono z władz politycznych PRL na całe społeczeństwo, na wszystkich Polaków, skłonnych rzekomo do stałego, niezmiennego antysemityzmu. W kolejnych interpretacjach wydarzeń Marca 1968 podnoszono nie tyle komunizm Gomułki i Moczara, co ich antysemickie „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, powtarzając oskarżenie z lat 1940. Podkreślano też społeczne poparcie dla haseł antysemickich wyrażane na masowych wiecach organizowanych wówczas w bardzo wielu zakładach pracy.
Już jednak w roku 1968 nikt jako tako umiejący czytać nie wierzył w bełkot partyjnej propagandy, w hasła walki z „rewizjonizmem, kosmopolityzmem, syjonizmem”, w szczekaczkę „Trybunę Ludu” i kłamstwa jej reżimowych dziennikarzy, w prawdę partyjnych wieców, na których spędzeni, bierni robotnicy o obojętnych i martwych twarzach trzymali w rękach transparenty z hasłami, których nawet nie rozumieli. (...)
Wystarczy to wszystko sobie przypomnieć, by przestać wierzyć w masowy antysemityzm 1968 r. To bowiem nadal był komunizm, miał co najwyżej różne oblicza, odmiany, odcienie, okresy, zakręty i kryzysy. Mimo zmian w czasie i ludziach, jako system trwał, podupadał i powracał, zdradzając jednych, a na ich miejsce wynosząc innych. Jeśli w latach 1967-1968 panował antysemityzm, czemu oczywiście nie przeczę, był to antysemityzm władz PRL, antysemityzm polityczny, zorganizowany, narzucony, należący do systemu komunistycznego.
W latach 1940. Jerzy Goldberg-Borejsza uspokajał, że rewolucja komunistyczna w Polsce będzie łagodna, mając na myśli zapewne miarę rewolucji sowieckiej. Nie była, pociągnęła za sobą tysiące ofiar. Łagodna była dopiero rewolucja Marca 1968. Ofiar nie było, nie licząc razów pałek. To o wiele mniej – mówię to odpowiedzialnie, bo sam ich wtedy doświadczyłem – niż w krytycznych latach 1956, 1970, 1976, 1981-1982.
Wypędzenia?
W legendzie Marca 1968 zacierają się wydarzenia, fakty historyczne, a przede wszystkim odpowiedzialność za nie. Dotyczy to zwłaszcza wyjazdów z Polski obywateli PRL pochodzenia żydowskiego w latach 1968-1970, które dziś chętnie nazwano by wypędzeniami. Był to dalszy ciąg kampanii antysemickiej władz PRL. W rozmaitych interpretacjach Marca 1968 i w zacierającej się pamięci społecznej nie bardzo już jednak wiadomo, kto właściwie jest za tamte wydarzenia odpowiedzialny – władze komunistyczne czy raczej całe społeczeństwo polskie. W legendzie tej pojawia się stopniowo to samo oskarżenie o powszechny antysemityzm polski, które najjaskrawiej, bezpardonowo i bezzasadnie wyraził ostatnio i podsumował w swych książkach J.T. Gross.
Sprawa wyjazdów po Marcu także jest bardziej skomplikowana niż chciałaby tego obiegowa i schematyczna formułka o polskim antysemityzmie. (...)
Nowa polityka historyczna
W legendzie Marca 1968 dokonuje się próba skonstruowania na nowo pamięci i historii powojennej Polski według jednego kryterium i jednego punktu widzenia. Pamięć ta jest nie tylko wybiórcza i subiektywna, ale też zafałszowana i sprymitywizowana, dopisywana ex post – dla bieżących potrzeb i standardów. Nie komunistyczny totalitaryzm jest tu główną osią i problemem, lecz jedynie stosunek Polaków do Żydów. Nie zaczyna się ta historia w 1944 r., a dopiero w 1968 r., z jednym wyjątkiem, którym, zwłaszcza ostatnio, stał się pogrom kielecki w 1946 r. Zagrożenie stanowią w niej nie jak najbardziej realni komuniści różnego rodzaju i pochodzenia, ale wykreowani nagle narodowi komuniści inaczej zwani „endekokomunistami”. Te potworkowate hybrydy słowne powoływane są do gazetowego życia dla tworzenia argumentów o wszechwładnej obecności ideologii narodowej, a raczej nacjonalistycznej, endeckiej – nawet w komunizmie (zabawne samo w sobie).
Kto reprezentuje ów wynaleziony niedawno „endekokomunizm”? Czy nowoczesnym endekiem był robiący czystki antysemickie w wojsku Spychalski, któremu wytykano pochodzenie żydowskie? A może jest nim Gomułka, faktycznie podejrzany o wiadome odchylenie, któremu z kolei wytykano żydowskie pochodzenie żony? Może endekiem, tyle że zagranicznym, ukraińskim i sowieckim zarazem, jest raczej „partyzant” Moczar vel Demko lub Dimko? A czyż narodowcem nie jest „człowiek honoru”, gen. Jaruzelski, tolerujący falę antysemityzmu w wojsku i zaprzyjaźniony z grupą „partyzantów” nacjonalisty Moczara? „O stopniu zażyłości Jaruzelskiego z niektórymi ‘partyzantami’ – pisze w książce Polski rok 1968 (IPN, 2006) Jerzy Eisler – najlepiej świadczy fakt, iż był świadkiem na ślubach Bożeny i Grzegorza Korczyńskich [współpracownik Moczara w GL/AL] w 1965 r. oraz cztery lata później Alfredy i Mieczysława Moczarów”. A więc „człowiek honoru” zaprzyjaźniony był z narodowymi antysemitami zarówno przed, jak i po 1968 r.
Na tak skonstruowanej legendzie, w której zatarciu ulegają realne i konkretne stanowiska, różnice i podziały oraz linie konfliktów, zaczęto opierać się również po przełomie 1989 r.
To w świetle tej legendy bardziej zrozumiały staje się sojusz z postkomunistami i tolerancja wobec nich w obawie przed urojoną groźbą odrodzonej endecji, kreowanie nowych przeciwników, już nie komunistów, ale stanowiących główne zagrożenie symbolicznych i hasłowych postaci Polaka-katolika, szowinisty, antysemity, piętnowanie polskości jako nacjonalizmu, utożsamianie jej z faszyzmem – jak w czasach komunizmu.
Jedwabne – Kielce – Marzec 1968
W następstwie tej legendy powstaje z drugiej strony wątek zupełnie osobnej pamięci żydowskiej, martyrologii czasów Holokaustu – stale obecnej i niezmiennej, także po 1989 r. Ta odrębna już pamięć, oderwana od komplikacji wydarzeń wojennych i powojennych, od całego zróżnicowanego kontekstu historycznego, ma funkcjonować według porządku wydarzeń: Jedwabne 1941 – Kielce 1946 – Marzec 1968. Według tego porządku powstaje jakaś nowa polityka historyczna z wizją Polski jako kraju martyrologii żydowskiej i zarazem wszechobecnego antysemityzmu. Wizja to ogólnikowa i prostacka jak w książkach Grossa, ale obliczona na propagandową skuteczność, skonstruowana schematycznie według dzisiejszych założeń poprawności politycznej jako swoista rewizja historyczna w duchu sprawiedliwości dziejowej (marksizm dziedziczny), naprawiania minionego zła i nieustannych rewindykacji.
Według schematu tej polityki historycznej powtarzają się po 1989 r. co jakiś czas kampanie przeciw polskiemu antysemityzmowi. Teraz jest to antysemityzm bez antysemityzmu. Bo jaki to antysemityzm zapanował w Polsce po 1989 r.? Przecież nie realny i groźny, raczej folklorystyczny i na poły wirtualny, wywoływany sztucznie w medialnych kampaniach, prowokowany, by wykreować przeciwników, których potem będzie można zwalczać i ogłaszać to na cały świat.
Ważną częścią składową owej nowej polityki historycznej stała się legenda Marca’68, co świadczy bardziej o wewnętrznym uwikłaniu, problemach z własną tożsamością i lojalnością, z odpowiedzialnością za własne wybory, niż o poczuciu rzeczywistości i obecności innych jeszcze ludzi i społeczności. Przede wszystkim jednak świadczy o braku gruntownego rozrachunku z komunizmem i z jego funkcjonariuszami, o niemożności jego całkowitego potępienia i odrzucenia. Z tego m.in. wynikają oskarżenia o powszechny antysemityzm. Doszukiwanie się go w każdym zachowaniu i wypowiedzi, moralny szantaż i piętnowanie nieomal każdego krytycznego głosu to przejawy albo aberracji, albo metodycznej, przemyślanej strategii nowej polityki historycznej.
Myślę, że niedługo skutecznie rozwinie ją autor pokroju J. T. Grossa w jakiejś nowej pracy, na przykład o Marcu 1968, w którym miał swój osobisty udział. Skorzystam na koniec z jego nowatorskiej metodologii historycznej, według której relacje uczestnika wydarzeń, „naocznego świadka” są najważniejsze i niepodważalne dla rekonstrukcji tychże wydarzeń, nie muszą podlegać weryfikacji, porównywaniu z innymi źródłami historycznymi. Zatem, mówiąc już o sobie jako uczestniku i świadku wydarzeń marcowych, raczej przypadkowym i zmuszonym poniekąd do dalszego w nich uczestnictwa argumentem (dosłownym) pałki (w erystyce argumentum ad baculum), mogę całkiem spokojnie i krótko stwierdzić, że antysemityzm pamiętnego roku 1968 to antysemityzm władz PRL, to antysemityzm komunistyczny, a nie antysemityzm polskiego społeczeństwa, co próbuje się nam wmówić w kolejnych kampaniach. (...)
dr Marek Klecel
za:bialykruk.pl