- I -
Gnieźnieńskie preludium
Odwiedziny gnieźnieńskiej katedry winno się rozpoczynać w jej podziemiach. Tam bowiem, pod współczesną posadzką zalegają najstarsze warstwy budowli sakralnych, te z X wieku, a może i wcześniejsze. Owszem, są to ślady znikome, ale nie chodzi tu o stan ich zachowania, chodzi prędzej o to, że tam, głęboko, na poziomie fundamentów, można przeżyć ów dreszcz czasów przeniesionych z naszej współczesności do źródeł naszej tożsamości. Jakbyśmy wśród tych znikomych reliktów adorowali relikwiarz narodowych początków.
Do wielu schodziłem krypt na świecie, ta gnieźnieńska, w przeciwieństwie do pozostałych, miała dla mnie posmak nie tyle przygody obcowania z zamierzchłością, z czasem jakby zatrzymanym i utrwalonym w kamiennych okruchach, jakie tam można jeszcze oglądać, ale pozwala tę przygodę przeżyć w sposób emocjonalny na własny użytek. Bo to nasza przeszłość, nasza, a więc twoja i moja, nasza własna z tytułu przynależności do tego samego narodu kształtującego swą tożsamość w tym właśnie miejscu.
Bez archeologicznych wskazówek laikowi trudno jest się poruszać w labiryncie murów pochodzących z różnych epok. W ich plątaninie zostało wyeksponowane miejsce grobowca biskupa Radzima Gaudentego, rodzonego brata św. Wojciecha, podkreślone maleńkim relikwiarzem, który z jakąś drobiną kostki pierwszego biskupa misyjnego w kraju Polan został tam umieszczony w ostatnim czasie. Wzruszająca pamiątka.
Przeprowadzone w podziemiach badania archeologiczne sugerują, że pierwsza chrześcijańska świątynia stanęła na Wzgórzu Lecha na miejscu pogańskiego paleniska kultowego. Przemawia za tym warstwa popiołu w dwóch znajdujących się obok siebie miejscach, niedopalone fragmenty drewna, jakieś drobne węgielki. Popiół ten nawarstwiał się, co by znaczyło, że przed posągiem nieznanego z imienia bóstwa co jakiś czas palono święte ognie. W tym przypadku nie zachował się żaden materiał kostny, co by wykluczało składanie bóstwom w ofierze darów ze zwierząt, tym bardziej z ludzi, a takie obrzędy odbywały się u innych ludów słowiańskich. Wystarczy przywołać kronikarskie zapiski zmarłego w 1088 roku Nestora, dziejopisa żyjącego ponad sto lat po chrzcie Mieszkowym. Dociekliwy ruski mnich pisze, jak to wielki książę kijowski, Włodzimierz, przed przyjęciem chrztu uchodził za bardzo religijnego poganina „i postawił bałwany na wzgórzu za dworem teremnym: Peruna drewnianego z głową srebrną i wąsem złotym, i Chorsa, Dadźboga i Strzyboga, i Simargła, i Mokosza. I składali im ofiary, nazywając ich bogami, i przywodzili syny swoje i córy na ofiarę biesom i plugawili ziemię ofiarami swymi”.
Znalezione pod posadzką gnieźnieńskiej katedry drobne fragmenty ręcznie lepionych z gliny naczyń pozwalają datować palenisko na VIII wiek, jeśli nie wcześniej. Jakich bóstw tam przywoływano? Tego nie wiemy. Jan Długosz z nieznanych nam źródeł, nie wykluczone że zaczerpniętych z ustnych opowiadań, dowiedział się, że pogańscy Polanie czcili Ładę, którą kronikarz zidentyfikował z rzymskim Marsem, Dzidzileyla miała być Wenerą, Nyja to Pluton, zaś Jeszsza odpowiadał Jowiszowi, bóstwu podobno najwyższemu w panteonie Polan. Na Wzgórzu Gnieźnieńskim miał istnieć centralny dla tego ludu ośrodek kultowy Nyji, bóstwa opiekującego się duszami zmarłych, którego dziedzictwem były otchłanie świata podziemi.
W materiale archeologicznym nie stwierdzono, aby Polanie wznosili swym bóstwom świątynie z trwałego materiału wzorem ludów starożytnych. Najwidoczniej były to kręgi kultowe, zapewne zadaszone strzechą, jakieś izby wsparte na drewnianych palach, więc musiało to wszystko przepaść bez śladu. Tym bardziej że po przyjęciu chrztu metodycznie je burzono, a pogańskie bóstwa palono, topiono w jeziorach i w rzekach. Nestor, do którego lubię się odwoływać, bo w tamtym czasie nie mieliśmy jeszcze własnych dziejopisów, pozwala nam spojrzeć w ten zamierzchły świat po tym, jak poganin Włodzimierz w końcu przystał na własny chrzest i odstąpił od swych bogów czczonych przez przodków. Rozkazał „bałwany wywracać: owe rozsiekać, a inne na ogień wydać. Peruna zaś kazał przywiązać koniowi do ogona i wlec z góry przez Boryczewo do Ruczaju; dwunastu mężów przystawił bić go kijami. (…) I kazał budować cerkwie, stawiając je na miejscach, gdzie stały bałwany. I zbudował cerkiew Świętego Wasyla na wzgórzu, gdzie stał bałwan Peruna”. W podobnym duchu wyraża się bystry obserwator tamtych czasów, biskup Thietmar odnośnie Reinberna osadzonego w roku 1000 na biskupstwie w Kołobrzegu, jak to ów biskup, wiedziony zapałem oderwania Pomorzan od pogaństwa, „niszczył i palił świątynie z posągami bożków i oczyścił morze zamieszkałe przez złe duchy, wrzuciwszy w nie cztery kamienie pomazane świętym olejem i skropiwszy je święconą wodą”.
Czy nie inaczej było w państwie Mieszka I i Bolesława Chrobrego? Jeśli nie znajdujemy pogańskich idoli w materiale archeologicznym, to dlatego że spotkał je podobny los, jaki spotkał bóstwa pogańskie na Rusi Kijowskiej. Do polskich zbiorów trafiło bardzo niewiele figurek pozwalających przypisać im kultowe przeznaczenie, a te, które są, rzeźbione najczęściej w drewnie i zachowane w bardzo złym stanie, nie dają żadnej rękojmi przy próbie odtworzenia na ich podstawie wierzeń ludów słowiańskich.
W krakowskim Muzeum Archeologicznym znajduje się jeden obiekt godny najwyższej uwagi, kamienny słup wydobyty w 1848 roku z dna rzeki Zbrucz na Podolu, rzeki przed II wojną światową stanowiącej granicę Polski ze Związkiem Radzieckim. Jest to wysoki na 2 metry i 60 centymetrów monolit w kształcie słupa o czterech ścianach, regularnie wycięty i opracowany na gładko. Wszystkie cztery boki pokryte są płaskorzeźbą wypukłą, przedstawiającą w trzech poziomach postaci ludzkie. Na najwyższym poziomie każda ze ścian słupa została przeznaczona dla całopostaciowych wyobrażeń ludzkich, dwóch mężczyzn i dwóch kobiet. Charakterystyczny jest układ rąk tych ludzi, tak jakby chcieli coś niewidocznego przytulać do piersi. Na ich twarzach maluje się jakby przerażenie. Wzrok ich skierowany jest w nieokreśloną dal na cztery strony świata. Głowy mają nakryte wysokimi czapami. Stoją z opuszczonymi wzdłuż ciała i szeroko rozpostartymi ramionami. Najniższy poziom został przeznaczony dla wyobrażeń ludzi z rękoma uniesionymi ku górze, jak gdyby w geście sugerującym podtrzymywanie jakiejś konstrukcji. Na temat tego wyjątkowo dobrze zachowanego i wydobytego z mułu rzecznego zabytku pisano wiele już w XIX wieku, fascynowano się nim głównie w okresie zaborów, ale nikomu jak dotąd nie udało się wyczerpująco rozszyfrować znaczenia figur. Wszyscy są zgodni, że słup ten musiał mieć znaczenie kultowe i ceremonialne dla Słowian przed X stuleciem zamieszkujących tamte strony.
Gnieźnieńskie Wzgórze Lecha jako miejsce kultu pogańskiego mogło być odwiedzane przez misjonarzy na długo przed przyjęciem chrztu przez Mieszka I. Oprócz paleniska w podziemiach katedry archeolodzy natrafili na ślady kamiennej konstrukcji sugerującej rodzaj oratorium datowanego na pierwsze dziesięciolecia X wieku. Z momentem przyjęcia chrztu przez Mieszka I na miejscu owego przedchrześcijańskiego miejsca kultu przystąpiono do wznoszenia kościoła z prawdziwego zdarzenia na planie liścia koniczyny. Świątynia ta z jakiegoś powodu długo nie przetrwała, skoro tuż po śmierci Mieszka I w 992 roku, jego syn, Bolesław Chrobry przystąpił do budowy kolejnej świątyni na tym samym miejscu, ale już w oparciu o plan prostokąta ubogaconego obecnością apsydy. Według słów niemieckiego kronikarza, biskupa Thietmara, ten trzeci już kościół padł ofiarą nieznanego bliżej pożaru w roku 1018. Krótko po tej katastrofie władca przystąpił do wznoszenia nowej, bardziej solidnej i znacznie okazalszej świątyni. Miała przestrzenną nawę, której bieg zamykała apsyda, po bokach dostawiono dwa pomieszczenia, jakby dwie nawy boczne, też zakończone dwiema, ale już mniejszymi apsydiolami. I dodano od frontu dwie wieże. Ten kościół, rozpoczęty przez Bolesława Chrobrego, mocno podniszczony podczas najazdu czeskiego księcia Brzetysława w roku 1038, pozostawał w budowie jeszcze za Władysława Hermana. I dotrwał do roku 1331, kiedy spalili go Krzyżacy. To po tej katastrofie arcybiskup Jarosław Bogoria Skotnicki w roku 1342 zabrał się za budowę aktualnej katedry w stylu gotyckim.
Pokonując rozliczne burze dziejowe, często profanowana, jak przez Szwedów w XVII wieku, czy przez okupantów niemieckich, którzy kościół zamienili na salę koncertową z portretem Adolfa Hitlera w miejscu usuniętego z prezbiterium ołtarza, świątynia przetrwała do końca II wojny światowej.
W 1945 roku czerwonoarmiści, popisując się zręcznością w strzelaniu z dział, za cel obrali sobie wieże katedry, te pod ostrzałem artyleryjskim zawaliły się, rujnując jej wnętrze, a wzniecony pożar dopełnił zniszczeń.
Ale katedra stoi.
I ma się pięknie.
Ogromny wysiłek katolickiego społeczeństwa to sprawił, tak bardzo umęczonego przez niemieckich okupantów i srodze doświadczanego przez radzieckich i polskich komunistów przez kilkadziesiąt lat trwania reżimu.