- II -
Gniezno, czyli spotkanie św. Wojciecha
Przez stulecia do gnieźnieńskiej katedry wchodziło się przez gotycki portal wypełniony odlanymi w brązie drzwiami ze scenami misji i męczeństwa św. Wojciecha. Scen tych jest osiemnaście. Zamknięte w kwaterach, czyta się je od dołu do góry lewego skrzydła i od góry do dołu skrzydła prawego w porządku chronologicznie ułożonych wydarzeń. Nie sposób tu wszystkie te sceny omawiać. Warto wybrać
jedną czy też drugą, by je głębiej przestudiować, najlepiej posiłkując się dobrą reprodukcją. Oto zasiadający na tronie cesarz Otto II wręcza Wojciechowi pastorał, znak władzy biskupiej. Scena jest tak precyzyjnie wykonana, z taką dbałością o szczegóły, że może się kojarzyć ze starochrześcijańskimi sarkofagami z marmuru, kiedy na ich bocznych ścianach odkuwano przedstawienia nawiązujące do życia zmarłego. Jak paradnie układają się powłóczyste szaty dostojników kroczących za biskupem! Rzecz dzieje się nie na ziemiach polskich, lecz niemieckich, gdzie ojciec cesarza, Otton I, odtworzył w 962 roku Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, przyjmując koronę Karola Wielkiego. Albo sceny pogańskich Prusów. Ich wojowie wyglądają na barbarzyńców, są pół nadzy, mają długie, groźne wąsy, nieuczesane głowy, uzbrojeni są w tarcze.
Trzy ostatnie sceny - dolne z prawego skrzydła – przedstawiają wysłanników Bolesława Chrobrego do Prusów, którzy odważają złoto za ciało zabitego Wojciecha, po czym czcigodne szczątki niosą w procesji, by je godnie złożyć w gnieźnieńskiej katedrze – wydarzenie z roku 997. Nie wykluczone że Prusowie zamordowali biskupa dla korzyści materialnych, zapewne mając świadomość, jak wielkim był on przyjacielem polskiego księcia. Zapewne wiedzieli, że Wojciech nie był byle kim. Że otrzymał godność biskupią i wręczony mu przy tej okazji pastorał od samego Ottona II w 983 roku na spotkaniu z cesarzem w Weronie. Co więcej, zginął tylko sam Wojciech, podczas gdy Prusowie puścili wolno towarzyszących mu Radzima Gaudentego, jego brata, oraz współtowarzysza misyjnej wyprawy Benedykta. Można wnosić, że uczynili to z rozmysłem, by ci ocaleni mogli cało i zdrowo powrócić na Bolesławowy dwór i donieść o całym zdarzeniu, spodziewając się od polskiego księcia wysokiego okupu za ciało książęcego przyjaciela.
Może w tym miejscu nasuwać się wątpliwość - jak to możliwe, ażeby Prusowie przetrzymywali zwłoki przez dłuższy czas i by nie uległy rozkładowi do chwili zjawienia się emisariuszy Bolesława? Jakąś odpowiedzią na tę wątpliwość może być kronikarski zapis Wulfstana, anglosaskiego kupca, który w relacjach o Estach, czyli o Prusach, do których dotarł około 890 roku po odbyciu tygodniowej żeglugi z miasta Hedeby, tak pisał: „mają taki zwyczaj: gdy umrze tam jakiś człowiek, niespalony leży on w swoim domu u rodziny i przyjaciół jeden miesiąc lub niekiedy dwa: królowie zaś i inni wysoko postawieni ludzie o tyle dłużej, ile więcej mają bogactw; niekiedy przez pół roku nie są oni spaleni i leżą na wierzchu w swoich domach. (…) Estowie posiadają taką umiejętność, że potrafią wytwarzać zimno. I dlatego nieboszczyk leży tak długo i nie rozkłada się, ponieważ działają na niego zimnem”. Jak postąpili ze zwłokami Wojciecha - nie wiadomo. W końcu szczęśliwie dotarły do Gniezna.
Przyglądając się głównym scenom z Drzwi Gnieźnieńskich, na ogół pomijamy ich obramienie, czyli bordiurę – szeroki, ozdobny pas z motywami, na które składają się nie tylko sploty gałązek winnej latorośli z owocami winogron, ale i przedstawienia figuratywne, niektóre groteskowe, jak scena psa goniącego za umykającym zającem. To znów widzimy miniaturowe scenki odcinania z winnego krzewu kiści winogron i wyciskania z nich soku przez miażdżenie stopami owoców w cebrzyku. W scenach polowań widać myśliwych, jednych mierzących z łuku, innych godzących oszczepem w zwierzę w galopie. Niektóre zwierzęta są trudne do zidentyfikowania, wśród nich groźnie wyglądające gryfy. Pojawia się nawet lew o bujnej grzywie. Wszystko to wykonane jest z niezwykłą dbałością o najdrobniejszy szczegół, jakby miano do czynienia z grawerunkiem na monetach. Z tym że monety w XII wieku, kiedy te drzwi odlewano, były jeszcze bardzo nieporadne, i to nie tylko w Polsce, ale i we wszystkich krajach Europy.
Badacze zastanawiają się co do autorstwa Drzwi Gnieźnieńskich. Wskazują na Polskę, gdzie miały być odlane w drugiej połowie XII stulecia, krótko po śmierci Bolesława Krzywoustego, czyli po 1138 roku. Co więcej, przywołują imiona dwóch ich wykonawców, niejakich Petrusa i Luitinusa, bo taki dało się rozszyfrować napis wytłoczony na zawiasie lewego skrzydła. Ale skąd te odniesienia do winnej latorośli i do winogron? To prawda, w Polsce średniowiecznej i u nas zakładano winnice. W tym przypadku chodzi o coś więcej - o symbolikę. W chrześcijaństwie winne grona posiadają głębokie i wielorakie odniesienia, by wspomnieć chociażby cud Eucharystii podczas konsekracji wina, czy też by przywołać biblijną winnicę Pańską, a tą ma być lud Boży. Nawiązanie w sztuce do tych szlachetnych roślin może kojarzyć się z przeświadczeniem, że już w tamtych, odległych czasach ludzie ówczesnych elit powszechnie uświadamiali sobie, że i Polska przynależy do kręgu kultury śródziemnomorskiej. Wraz z chrztem Mieszka I weszła do rodziny narodów cywilizowanych.
Skąd obecność lwa? Czyżby ktoś mógł wejść w posiadanie tego groźnego zwierzęcia? O wielbłądzie wiemy, że w nieznanych okolicznościach znalazł się w stajniach Bolesława Chrobrego i musiał stanowić niebywałą atrakcję, skoro książę przekazał zwierzę w prezencie odwiedzającemu go w Gnieźnie Ottonowi III. Wieki później podobnie postąpił Władysław Jagiełło, obdarował wielbłądem hufiec czeskich rycerzy, którzy wsparli króla w bitwie pod Grunwaldem.
Obecnie szczątki św. Wojciecha spoczywają w paradnym relikwiarzu w kształcie trumny, całej ze srebra, wykonanej w 1662 roku przez Piotra van der Rennena w Gdańsku. Na jej wieku w pozycji półsiedzącej widnieje postać biskupa w szatach liturgicznych, z pastorałem w prawej ręce i z księgą w lewej. Sześć orłów o rozpostartych skrzydłach dźwiga trumnę, tę z kolei podtrzymują dodane w XIX wieku postaci czterech mężczyzn na klęczkach. Mają reprezentować cztery stany Rzeczypospolitej, wtedy, kiedy je odlewano w srebrze, będącej jeszcze pod zaborami: duchowieństwo, szlachtę, mieszczan i chłopów. Baldachim nad relikwiami przypomina cyborium znad papieskiego ołtarza bazyliki św. Piotra z tą różnicą, że polski egzemplarz został wykonany w drewnie, rzymski zaś z brązu wziętego z blach pokrywających Panteon. Ale te same salomonowe kolumny, ta sama kompozycja według wzoru Gian Lorenzo Berniniego. Obecny relikwiarz jest wtórny, wcześniejszy został bluźnierczo zniszczony przez szwedzkich luteranów w 1656 roku, a musiał być piękny, o czym świadczy szczęśliwie zachowana wierzchnia płyta grobowa wykonana w marmurze w 1480 roku, arcydzieło polskiego gotyku.
Nie miał szczęścia św. Wojciech do swojego grobowca. Ani relikwii. Pierwszy sarkofag, zapewne kamienny, ufundowany przez Bolesława Chrobrego, przepysznie ozdobiony złotem i srebrem przez cesarza Ottona III, padł ofiarą łupiestwa Brzetysława w 1038 roku. Można zapytać: co sprowadziło czeskiego księcia ze swoimi wojami do Gniezna, tak daleko na północ od Pragi? Okoliczności wskazują, że celem jego w końcu ryzykownej wyprawy, była chęć zagrabienia relikwii Wojciecha, przecież biskupa Pragi. Podówczas Czesi nie mieli jeszcze relikwii własnych świętych, a posiadanie takowych podnosiło prestiż państwa w całej Europie. Wojciech był kanonizowany zaledwie dwa lata po śmierci. Aktu tego dokonał Grzegorz V w 999 roku. Czeski kandydat do chwały ołtarzy, król Wacław I, zamordowany w kościele w 929 roku, jako chrześcijański męczennik natychmiast został uznany świętym, niemniej musiał czekać aż osiemset lat na oficjalne i kanoniczne papieskie zatwierdzenie kultu, dokonane przez Benedykta XIV. Czeski kronikarz, Kosmas, przekazał nam informację o wtargnięciu do katedry gnieźnieńskiej wojów Brzetysława w obecności biskupa Sewera biorącego udział w grabieżczej wyprawie. Przy tym najeźdźcy dokonali straszliwej profanacji, „ażeby porwać święte ciało. Ponieważ było złożone za ołtarzem, tuż przy ścianie i nie mogło być inaczej wydobyte aniżeli przez zburzenie ołtarza, ręce bezbożne z nieuczciwym i dzikim umysłem zatrudniają”.
Wewnątrz grobu spoczywał sarkofag, a w nim znajdowały się szczątki męczennika. Wydobyto je, z należną czcią owinięto w jedwab i załadowano na wozy. A tych ponoć była setka - tyle zrabowanych bogactw unosili ze sobą Czesi do Pragi. Przepadł wspaniały szczerozłoty krzyż, tak ciężki, że jako łup wojenny był uroczyście wnoszony do praskiego kościoła przez dwunastu duchownych. Zrabowali złoty ołtarz, dar Ottona III. Podobnie złoty tron darowany Chrobremu w Akwizgranie przez cesarza. Do cna ogołocili katedralne archiwum.
Odwiedzających dziś katedrę św. Wita na Hradczanach w Pradze pozdrawia spoczywająca na marmurowej tumbie, tuż pod chórem nad wejściem, figura św. Wojciecha, patrona Pragi i całych Czech - odległe echo Brzetysławowego najazdu na Polskę. Jego relikwie przetrzymywane we wspaniałym relikwiarzu stanowią najcenniejszy obiekt w obrębie świątyni. Nigdy Czesi nie wyrazili zgody, pomimo licznych próśb, ażeby choć cząstkę kości oddzielić i przekazać ją Polsce.
Jak do tego mogło dojść, ażeby w swym łupieżczym pochodzie przez połowę Polski nie spotkał się Brzetysław z żadnym oporem ze strony polskich wojów? Okazja do wyprawy na Gniezno była znakomita. Nastał w państwie polskim okres ogólnego zamieszania, rozprzężenia, niepewności, wewnętrznych zamieszek. Państwo stanęło na krawędzi rozpadu. Po śmierci Mieszka II w 1034 roku i pod nieobecność jego następcy, Kazimierza, który z matką przebywał w Niemczech, wystąpili przeciwko władzy centralnej lokalni możnowładcy. Do buntu zerwał się ciągle jeszcze pogański lud zagrożony w swych pradawnych wierzeniach postępem obcej im nowej wiary chrześcijańskiej. Pozostawiona bez należytej osłony wojskowej Wielkopolska padła ofiarą straszliwego spustoszenia. Posuwając się na północ Czesi zniszczyli wiele grodów po drodze, w tym Poznań. Giecz poddał się najeźdźcom bez walki. Straszliwa bitwa rozegrała się na wyspie Ostrowa Lednickiego. W drodze powrotnej do Pragi Brzetysław zagarnął nawet Śląsk. Nieodrobiona lekcja historii!