Rosjanie poddają Polskę szczególnym naciskom swojej tajnej machiny dezinformacyjnej – zarządzaniu refleksyjnemu. W Polsce jest tylko jeden naukowiec, który bada tę technikę oddziaływania na przeciwnika, ale właściwie nikt nie przekłada ważnego zagadnienia na język bezpieczeństwa państwa.
Termin „zarządzanie refleksyjne” – jako dosłowne tłumaczenie „рефлексивное управление” (refleksiwnoje uprawlenie) – jest mało czytelny i niezrozumiały. Jego treść zaś odpowiada metaforze słynnego agenta CIA Jamesa Angletona, że gra z sowieckimi agenturami przypomina gabinet luster, w którym nigdy do końca nie wiesz, co jest prawdą, a co nie. Natomiast w przypadku tego „zarządzania” lustra podstawiają Rosjanie, tak by obserwować też nasze reakcje, by wiedzieć później, jak nami sterować i jakie działania wywołać.
Jak ustawić lusterka?
Dr Michał Wojnowski, który analizuje ten wynalazek Kremla, twierdzi, że pierwsze sowieckie pomysły na specjalne bodźcowanie przeciwnika powstały już w latach 60. w środowisku młodych filozofów i naukowców na Uniwersytecie w Moskwie. Vladimir Lefebvre rozpoczął wtedy rozważania nad możliwością oddziaływania na przeciwnika, zwłaszcza że świat wkraczał – jeszcze dość niezdarnie, tylko na płaszczyźnie wojskowej – w erę komputerów, które opierały się m.in. na cybernetyce, czyli również na sterowaniu. Jeśli wpiszesz na wyświetlacz kalkulatora „plusika”, to liczby się zsumują, a jeśli rozpalisz w ludziach strach przed wojną, to będą (paradoksalnie) sprzeciwiali się zbrojeniom we własnych krajach.
W najnowszym, 185. numerze dwumiesięcznika „Arcana” dr Wojnowski jeszcze bardziej zagłębia się w niuanse sowieckich i postsowieckich strategów. W artykule „Moskiewskie Koło Metodologiczne” śledzi losy ludzi, którzy opracowywali procesy sterowania społeczeństwami, choć w czasach ZSRS nie byli jeszcze uwzględniani przez władze najwyższe – za Władimira Putina to się zmieniło. „Te techniki obejmują m.in. tworzenie różnych projektów politycznych, przygotowanie i prowadzenie kampanii wyborczych oraz zakładanie partii, stowarzyszeń i innych podmiotów wywierających wpływ na politykę danego kraju” – pisze Wojnowski.
Jako narzędzia zarządzania refleksyjnego autor podaje np. zimnowojenną frazę o „pokojowym współistnieniu”, osłabianie jedności świata niekomunistycznego, a z bardziej uniwersalnych instrumentów – wykorzystywanie historycznych antagonizmów. Komuniści pragnęli zdobyć „naukową wiedzę o przyszłości”, chcieli przewidywać zachowania przeciwnika po różnych swoich operacjach politycznych. Nieprzypadkowo zajmowało się tym, utworzone 1 maja 1954 r., Centrum Komputerowe nr 1 Ministerstwa Obrony. Rosjanie chcieli wniknąć w umysł obiektu swojego ataku, wierzyli, że „myślenie, percepcję i działanie jednostki ludzkiej, grup, społeczeństw i narodów można »zaprogramować«”.
60 lat temu...
Jednym z głównych wizjonerów tej koncepcji był Gieorgij Szczedrowicki (1929–1994), który w Akademii Nauk ZSRS (Rada Cybernetyki) prowadził specjalne seminarium, gdzie uczestnicy wcielali się w różne role, by sprawdzić swoje reakcje i zachowania. W czasie pieriejstrojki Michaiła Gorbaczowa, pod koniec lat 80., jak twierdzi Wojnowski, „ruch gier organizacyjno-działaniowych (aktywnościowych) stał się najpopularniejszym ruchem społecznym wśród intelektualistów i menedżerów średniego szczebla”. Zarządzanie refleksyjne miało być stosowane nie tylko do manipulowania wrogiem, ale także własnym społeczeństwem. Chodziło o to, by ukształtować mieszkańców ZSRS tak, aby pracowali wydajnie, byli posłuszni władzy i nie mieli powodów do sprzeciwu.
Wojnowski krok po kroku rekonstruuje, co się stało z kadrami Szczedrowickiego po rozpadzie komunistycznego imperium – znalazł np. dowody, że Sergiej Ławrow, obecny minister spraw zagranicznych Rosji, też był uczestnikiem spotkań poświęconych zarządzaniu refleksyjnemu. To właśnie w efekcie tych rozważań miały powstać takie określenia, jak „ruski mir”, czyli zespół rosyjskich wartości rozpoznawalnych i budzących respekt oraz nostalgię na posowieckich terytoriach.
Lusterka w Polsce
Jako że te metody są tajne i wykorzystywane przeciwko m.in. krajom NATO, większości współczesnych eksperymentów stosowanych na Polsce możemy się jedynie domyślać. Ciekawym tropem są tutaj inne badania, śp. dr. Jerzego Targalskiego, który opisywał w swojej monumentalnej pracy o pieriestrojce, jak Kreml testował nowe zjawiska społeczne, np. zachowania kapitalistyczne. Przydało się sprawdzić efektywność prywatnych zawodów? Pozwolono estońskim taksówkarzom na własną działalność. Chciano zobaczyć oddolną samoorganizację społeczną? Zachęcono do ekologii przeciw twardogłowym dyrektorom fabryk. Chciano przedłużyć władze komunistów w Polsce? Zorganizowano pięknie wyglądający okrągły stół. A dziś? Gdzie dzisiaj nas się testuje, bodźcuje i wywołuje pożądane przez Rosjan reakcje?
Jeden z ewidentnych przykładów zarządzania refleksyjnego na społeczeństwie ukraińskim widziałem osobiście w drugim roku pełnoskalowej wojny. Pod Bydgoszczą ktoś – do dziś nie wiemy kto – wysypał z wagonów na ziemię ukraińskie zboże. Nagle internet nad Dnieprem zahuczał nie tylko zdjęciami z tego wydarzenia, ale i gotową interpretacją – oto Polacy nie szanują chleba, żywności i wręcz drwią z ukraińskiego cierpienia podczas stalinowskiego ludobójstwa na Ukrainie – wielkiego głodu. Kto w Polsce skojarzył tamten incydent ze zbrodnią lat 30.? Nikt. A na Ukrainie miliony ludzi, tak jakby Polacy specjalnie pastwili się nad pamięcią po ukraińskich ofiarach wczesnego komunizmu. W Polsce zaś co rusz napędza się hasła o „niewdzięczności” Ukraińców albo o „banderowcach na Ukrainie”, gdy zaś zapytani o to w walczącym kraju, obywatele tylko się dziwią: ależ pamiętamy, co dla nas zrobiła Polska, a jacy banderowcy, to Putin mówi, ale żeby Polacy?
Zarządzanie refleksyjne jednak wchodzi głęboko w naturę ludzką, programuje człowieka tak mocno, że nie sposób tego później odkręcić. „Jak mogliście nasze ziarno na ziemię wysypać jak NKWD?!” – słyszałem od Lwowa po Charków. Nie sposób wytłumaczyć ludziom, że w Polsce to naturalna droga protestu (Lepper tak robił często), a zresztą pod Bydgoszczą to tajemnicza sprawa i nie znamy uczestników tej prowokacji. Podobnie operacją rosyjskiej dezinformacji był spór o przepuszczanie imigrantów przez granicę polsko-białoruską. Wtedy bodźcem był „humanitaryzm” i „ludzki odruch”, a reakcją nienawiść do rządu i polskiego munduru. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wokół śp. Lecha Kaczyńskiego wielokrotnie stosowano rosyjskie operacje zarządzania refleksyjnego. Ostrzelanie prezydenckiej limuzyny na gruzińskiej granicy, wcześniej jeszcze rozpętanie afery o rzekomych naciskach głowy państwa na pilota, by lądował w Tbilisi, były „podgotowką”, by 10 kwietnia rozpuścić sprawdzoną manipulację: to piloci i pasażerowie spowodowali katastrofę tupolewa.
A teraz Polska jest pod jeszcze większą presją – jest kluczowym krajem w pomaganiu Ukrainie, choćby przez samo położenie. Ma antyrosyjskiego prezydenta, który może obnażyć przygotowania pod kolejny reset z Moskwą. Nasz kraj jest też w grze o amerykańską obecność w Europie, czego nie chcą i Kreml, i Berlin. Operacje na polskim społeczeństwie są Władimirowi Putinowi potrzebne bardziej niż kiedykolwiek.
Prezydent na Dzień Podchorążego: z Moskalami nie ma żadnych porozumień. Tam jest tylko kłamstwo i chęć zniszczenia
Prezydent RP Karol Nawrocki wziął udział w uroczystości z okazji Dnia Podchorążego w 195. rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego. Prezydent Karol Nawrocki zwrócił uwagę, iż uroczystość z okazji Dnia Podchorążego ma dziś konkretny wymiar i kontekst historyczny, przywołując datę 29 listopada 1830 roku, kiedy młodzi, zakochani w Polsce i wierzący w Polskę wolną i niepodległą ludzie, na czele z Piotrem Wysockim, powiedzieli głośne i stanowcze „nie” imperium Moskali. To wydarzenie, które zostawia nam pewną lekcję, która nie może być obojętna także dla budowania przyszłego i dzisiejszego potencjału Wojska Polskiego, polskiej policji, straży pożarnej i służby więziennej – podkreślił. – W tych młodych ludziach była wola zwycięstwa i świadomość tego, że możemy niepodległość odzyskać, ale zwątpili w nich dyktatorzy Powstania Listopadowego. (…) To się nigdy nie może powtórzyć – dodał.
Prezydent podkreślił, że wydarzenia historyczne stanowią lekcję także dla obecnej Polski i Polaków. – To także lekcja dla nas: z Moskalami ani w XIX wieku, ani w XX wieku, ani w XXI wieku nie ma żadnych porozumień. Tam jest tylko kłamstwo, chęć zabrania ducha i chęć zniszczenia. To lekcja, którą musimy wszyscy odrobić, wierząc głęboko w polskich podchorążych, oficerów i generałów – powiedział.
W co gra władza? Coraz głośniej o szokującym scenariuszu: „KO postanowiła pompować Brauna i jego partię”
Koalicja Obywatelska i partia Grzegorza Brauna grają w jednej drużynie? Tak twierdzi coraz większa liczba polityków prawicy i komentatorów. Z całą pewnością wzrost radykalnej Konfederacji Korony Polskiej kosztem PiS i „dużej” Konfederacji jest na rękę Donaldowi Tuskowi.
- Często się mówi, że Braun w polskiej polityce to głos Władimira Putina. Trudno odmówić temu stwierdzeniu racji, jednak w równej mierze przywódca Korony Polskiej jest głosem Donalda Tuska – pisał niedawno na portalu niezalezna.pl Dawid Wildstein.
Podobne głosy, zwłaszcza w nieoficjalnych rozmowach, słychać od polityków prawicy. Radykalny, skrajnie antyukraiński, rzucający na lewo i prawo oskarżeniami Grzegorz Braun profiluje się jako „jedyny prawdziwy” po konserwatywnej stronie sceny politycznej. Gromadzi w ten sposób kolejne punkciki poparcia, już nie tylko kosztem PiS, ale też Konfederacji Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka. Wiadomo zaś, że Prawo i Sprawiedliwość - o ile może rozważać sojusz z "dużą" Konfederacją, to będzie miało wielki problem z wejściem w koalicję z coraz jawniej prorosyjską Koroną.
Akcja Demokracja robi hałas
Braunowi postanowili pomóc działacze lewicowych organizacji pozarządowych. Akcja Demokracja, znana m.in. z bardzo kontrowersyjnych działań podczas wyborów prezydenckich, kiedy to prowadziła brutalną kampanię negatywną przeciwko Karolowi Nawrockiemu i Sławomirowi Mentzenowi, walczy obecnie o delegalizację Konfederacji Korony Polskiej. Stworzyła w tej sprawie specjalną petycję.
Postulat delegalizacji partii Brauna poparli członkowie rządu: Radosław Sikorski, Marcin Kierwiński i Krzysztof Gawkowski.
Pompowanie
Sęk w tym, że żadnej delegalizacji nie będzie, a przynajmniej nie szybko. Po pierwsze, to bardzo skomplikowany proces prawny. Po drugie – Donaldowi Tuskowi Grzegorz Braun potrzebny jest jak powietrze. Wygrażanie szefowi KKP tylko Brauna uwiarygadnia, stawia go w roli największego zagrożenia dla „systemu”.
- Wygląda na to, że Koalicja Obywatelska już na pełnej postanowiła pompować Brauna i jego partię – skomentował jeden z liderów „TAKdlaCPK” Adam Czarnecki. - W końcu dla nich to win-win - Korona zabierze PiSowi i Konfederacji, a jednocześnie dzięki niej Platforma będzie mogła mówić, że "prawica to szury, a więc głos oddany na PO to głos za normalnością". W tym wszystkim jedyne czego szkoda, to Polski - interes Państwa znów przegrywa z interesem partii - napisał komentator.
- Politycy PO igrają z ogniem, ale czego nie robi się dla władzy – skwitował Czarnecki.
Jakub Maciejewski
za:niezalezna.pl