Polecane

Unia Europejska zabija polskie prawo

Szacunek dla języka polskiego nakazuje m.in. unikanie zbędnych i nadmiernych obcych zapożyczeń, jeśli myśl można wyrazić przy użyciu języka ojczystego. Kilkaset lat temu Mikołaj Rey napisał przypominany do dziś różnym kosmopolitom i służalczym uczonym „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.

Język polski ma bogatą historię. Za używanie go w miejscach publicznych wielu naszych przodków zapłaciło cierpieniem, a nawet życiem. Język polski jest dziś niedocenianym skarbem narodowym, niszczonym jednak, psutym i wulgaryzowanym. Odrzucanym przez kosmopolitów i unijczyków pasożytujących na Polsce, przez wielu prawników i sędziów, którzy swą zdradę Rzeczpospolitej chowają za śmieszną, żałosną nowomową „dublerów”, „neosędziów” czy „prawem, jak oni je rozumieją”. Przez różnych zadymiarzy antypolskich, wprowadzających do języka polskiego bluzgi w rodzaju na „j”, „w”, „p” i tak dalej, czy obrazki z ośmioma gwiazdkami.

Rada Języka Polskiego w większości akceptuje to potem i zatwierdza jako aktualizację języka polskiego i nowoczesny składnik jego kultury. Ochyda! Jesteśmy świadkami niszczenia polskości i jego dorobku także w dziedzinie polskiej komunikacji językowej. Zgoda na odrzucenie i psucie własnego języka narodowego rodzi skutki negatywne także w obszarze nauki, prawa i prawodawstwa.

Włączenie Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku poprzedził dziesięcioletni okres stowarzyszenia Polski z tą organizacją. W tym czasie Polska miała dostosować, czyli zharmonizować swój system organizacyjny i prawny z systemem organizacyjnym i prawnym Unii Europejskiej. Oznaczało to transponowanie do polskiego języka prawa i języka prawniczego ogromnej liczby nowych pojęć i nowych sensów słów czerpanych z języka angielskiego, francuskiego czy bujnej, niezrozumiałej nowomowy urzędników brukselskich, wykorzenionych już całkowicie ze wszelkich tradycyjnych systemów i siatek pojęciowych.

System unijnych regulacji, np. rozporządzenia, stał się częścią polskiego systemu prawa bez konieczności nawet ich publikacji w Dzienniku Ustaw. Od 2004 roku, a nawet wcześniej, na terenie RP ma miejsce proces obowiązywania dwóch różnych systemów prawnych, autonomicznych i równoległych obok siebie, różnych co do realizowanych celów, wartości i pojęć, często posługujących się różnymi nazwami, siatką pojęciową, nieprzekładalną na język polski. Na system prawa tworzonego według konstytucyjnego, hierarchicznie zbudowanego prawa polskiego, uchwalonego w procedurach demokratycznych, nakładana jest sieć niezhierarchizowanych regulacji unijnych, pochodzących od aparatu wykonawczego, urzędniczego, wytworzonych w niedemokratycznych trybach.

Oba te porządki, polski i unijny, obowiązują w Polsce równocześnie, obok siebie, autonomicznie, często w sprzeczności. Blok unijny realizuje przy tym sprzeczne z polskimi interesy i cele gospodarcze, społeczne i polityczne. Prawo polskie ma realizować cele dośrodkowe i narodowe. Prawo unijne cele odśrodkowe, ponadnarodowe, wspólnotowe.

Interesy te są w większości sprzeczne. Polski system ma budować suwerenność narodową, unijny tę suwerenność ograniczać i wyłączać. W razie sprzeczności tych unijnych regulacji z polskimi ustawami, te unijne mają pierwszeństwo przed tymi ustawami w stosowaniu bezpośrednim, o czym mówi artykuł 91 konstytucji. Ale nie mają one pierwszeństwa przed polską konstytucją, o czym mówi artykuł 8 ust. 1 konstytucji. Pierwszeństwo przed wolą polskiego suwerena, to jest wolą narodu stanowiącego prawo, czyli ustawy przez swych przedstawicieli w Sejmie, jest niespójnością wewnętrzną w samej konstytucji, która przecież w artykule 4 deklaruje, iż władzę zwierzchnią w RP sprawuje Naród, a nie Unia Europejska z swoimi przepisami mającymi mieć jakieś pierwszeństwo przed wolą Narodu, czyli ustawami. A tak niekonsekwentnie stwierdza artykuł 91 Konstytucji. Obowiązywanie więc w Polsce najpierw na mocy dziesięcioletniego układu stowarzyszeniowego, a potem od 2004 na mocy traktatu o przyłączeniu Polski do Unii Europejskiej, dwóch znoszących się w celach i systemach wartości porządków prawnych, to jest obok demokratycznie tworzonego porządku prawnego polskiego, systemu unijnych, niedemokratycznie tworzonych regulacji unijnych, budujących podporządkowanie Polski centrali Unii, wywołało bardzo szkodliwe następstwa prawne w orzecznictwie oraz w dydaktyce i nauce prawa.

Unijna terminologia i prawna unijna siatka pojęciowa w zasadzie zaciemniają istoty regulowanych zjawisk. Polska nauka prawa, szczególnie publicznego, tj. administracyjnego czy konstytucyjnego, ale też prawa finansowego i rolnego, doznały zniekształceń i destrukcji. Widoczne jest zatrzymanie rozwoju polskiej nauki w wymienionych obszarach, a w to miejsce bujnie rozwinęło się służalcze interpretowanie i uzasadnianie urzędniczego bełkotu unijnego, którego mimo to i tak nikt nie rozumie. Przez to działania organów stosujących to unijne prawo nie są możliwe do własnej oceny przez adresatów tego prawa i kontroli ewentualnych nadużyć na ich podstawie dokonywanych. Przedsiębiorcy, podatnicy, rolnicy są bezbronni wobec całkowitej niejasności sensu, treści i celów tych regulacji. Niestety, dzisiejsza nauka prawa nie walczy z tymi językowymi szkodami, skupiając się na wmawianiu skołowanym adresatom prawa w Polsce genialności tych ogólnych, a w istocie publicystycznych, a przez to przecież nic nieznaczących pojęć i rozwiązań.

Nauka np. polskiego prawa gospodarczego po 1994 roku już się nie rozwija. Nie ma prac na temat np. wolności gospodarczej, co jest pojęciem fundamentalnie dla gospodarki kluczowym, bo w regulacjach unijnych takie zjawisko, a nawet pojęcie nie istnieje. Unia Europejska posługuje się pojęciem „swobody gospodarczej”, który jest zasadniczo różny w treści od pojęcia „wolność gospodarcza”. Włączenie Polski do Unii Europejskiej zahamowało rozwój polskiej nauki prawa. Rozwija się radosna apologetyka każdego choćby najbardziej szkodliwego dla Polski działania unijnych komisarzy. Polska prawnicza siatka pojęciowa, jej odradzające się po 1989 tradycje, po 1994 roku zostały zaniechane, wyhamowane. Można zrozumieć konieczność przyjęcia niekiedy międzynarodowo uznanych zwrotów technicznych. Jednak język obowiązujących obecnie w Polsce i na język polski tłumaczonych aktów prawnych Unii Europejskiej to zbiór słów, wytrychów zamazujących istotę zjawisk, ułatwiających manipulację takim w cudzysłowie prawem jego treścią, wyłączające lub ograniczające kontrolę stosowania takiego prawa.

Na koniec kilka przykładów terminów „prawa” obowiązującego w Polsce, zrodzonego w urzędniczych lewackich głowach. To określenia, które ograniczyły i wyłączyły tradycyjne pojęcia prawne języka polskiego. Gdy uda się kiedyś Polsce wydostać z unijnej opresji, odtworzenie polskiej siatki pojęciowej prawa będzie bardzo trudne. Polscy prawnicy i politycy zdradzili polską naukę i język prawa. Jeszcze tylko kilka przykładów tej precyzji obecnej, mającej miejsce w aktach prawnych Unii Europejskiej, akceptowanej przez polską naukę czy również przez orzecznictwo polskich sądów.

Na przykład „interoperacyjność”, „aktywna inkluzja”, „beneficjent rzeczywisty”, „dyskryminacja pozytywna”, „podejście horyzontalne”, „inteligentna energia”, „osie priorytetowe”, „inteligentne specjalizacje”, „moduły”, „życzliwa interpretacja”, „dokument”, „ośrodki doskonałości”, „swobody”, „dopłaty”, „perspektywa”, „pakiety”, „gender” i tak dalej. Każde z wymienionych pojęć może być dowolnie interpretowane przeciwko adresatom.

Krystyna Pawłowicz

za:wnet.fm/2026/04/10/krystyna-pawlowicz-ue-zabija-polskie-prawo