Lalka Bolesława Prusa, obok Ziemi obiecanej Władysława Reymonta, to do tej pory nie w pełni doceniane dziewiętnastowieczne polskie powieści. Powoli przekonujemy się, że to są arcydzieła. W programach szkolnych były uczniom skutecznie obrzydzane. Potem już jako osoby dorosłe rzadko po nie sięgaliśmy by świadomie odkrywać genialność i niezwykłą literacką urodę tych zapisanych słów, i to także dotyczy odbiorców poza granicą naszego kraju. W niedawnym wywiadzie doktor Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej wyznał, że
w dorosłym życiu już czterokrotnie zaglądał do Lalki, zawsze znajdując w niej nowe ciekawe elementy. A pochylając się nad powieścią Lalka, pamiętamy, że poza romantyczną miłością jej głównego bohatera Stanisława Wokulskiego do zimnej wyrachowanej arystokratki Izabelli Łęckiej, mamy tu rozległy portret wszystkich warstw społecznych tamtego czasu, a poza tym to literacki pomnik dziewiętnastowiecznej Warszawy. A nagle się okazało, że całość jest to atrakcyjny materiał dla twórców teatralnych. Taki znaczący największy przykład to Teatr Dramatyczny w Warszawie, a przeniesieniem tej historii na scenę zajęło się dwóch obcokrajowców, to Mikita Iłynczyk reżyser Białorusin co prawda o polskich korzeniach, który od lat współpracuje z naszymi teatrami. On wplótł w treść przedstawienia sentymentalną rodzinną opowieść związaną z jednym z pierwszych egzemplarzy tej powieści, a drugi twórca to Goran Injac Serb, który zajął się dramaturgią tego literackiego tekstu. Niestety przedstawiona przez nich historia wydaje się być obok powieści Prusa. Tak dla przykładu Izabella na scenie, to nie elegancka arystokratka, a bardzo współczesna dziewczyna, która jako kuratorka wystawy oprowadza po galerii sztuki współczesnej. Jest w śmiesznym kostiumie dziwnie niedostosowanym do miejsca i w makijażu ukrywającym urodę tej młodej aktorki. Trudno zatem uwierzyć, że tak bezkrytycznie kochał ją Wokulski. Za pewne ciekawie przebiegała praca nad spektaklem, ale trochę się dziwię, że Wojciech Faruga dyrektor Teatru Dramatycznego doświadczony twórca, reżyser nie wpłynął na poprawienie błędów inscenizacyjnych, niezgodnych z tradycyjnym odbiorem opisanych przez Prusa historii. Natomiast z punktu widzenia marketingu teatralnego zapewniona została niemal tłumna frekwencja. Na widowni widzimy bowiem klasy licealne pod opieką nauczycieli. Dlatego tu poza wieczornymi przedstawieniami są poranki, ale jak zauważyłam nie wszyscy wytrzymują do finału. Niestety wygląda na to, ze ta kolejna szansa popularyzacji dzieła została zaprzepaszczona.
Ewa Heine