Dokąd zaprowadzą naszą dzielną ekipę rządzących tropy w poszukiwaniu ponoć groźnego przestępcy Zbigniewa Z.? Trzeba wziąć się za najgorszych, najbardziej niebezpiecznych jego popleczników i współsprawców całego zła. Trzeba usunąć wreszcie Amerykanów. Wsadzić ich. Przeczołgać. Wytoczyć im proces, po którym już się nie pozbierają.
Nasi niezawodni staro-sędziowie i prokuratorzy pod wodzą ministra Waldemara Żurka zrobią z nimi porządek. Panie Trump, już się pan bój!
Bo my tu w uśmiechniętej Polsce mamy na wszystko sposób: kiedy nie wiadomo, co począć, kiedy ręce opadają od nadmiaru kłopotów z tą całą cholerną opozycją, stawiamy zarzuty. Jesteśmy w stawianiu zarzutów – tak jak w rzucaniu podejrzeń – po prostu bezkonkurencyjni. No bo od czego jest prawo? Od zwalczania naszych wrogów, to chyba jasne. Trzeba tylko odpowiedniego oręża. Zarzuty to nasza tajna broń. Lepsza niż broń atomowa. Dziś ze strachu trzęsie się nie tylko Zbigniew Z., ale i cała Telewizja Republika. Niech się trzęsą. „Kiedy wieje wiatr historii, trzęsą się portki pętakom” – to już mistrz Gałczyński zauważył. Niech Amerykanie mają się na baczności!
Audiencja z Tuskiem
Przemilczenie tego faktu byłoby wyjściem bezpiecznym: „No cóż, stało się! Może papież nie wiedział, z kim rozmawia, może się łudził. Zostawmy to”. Ale niesmak i konsternacja pozostają. Jeżeli nawet próbuje się osłabić wymowę tego wydarzenia, mówiąc, że rozmowa nie była „serdeczna”, że była przecież krótka, że Leon XIV nie zamierza przyjechać do Polski przed wyborami pomimo zaproszenia, że prezent od polskiego gościa był co najmniej niefortunny, to wszystko nie zmienia niestety zasadniczej wymowy faktu.
Głowa Kościoła przyjęła oficjalnie pana Donalda Tuska. „Znaj proporcje”, mówiło się jeszcze niedawno, „znaj swoje miejsce przy stole” – dodawano. Po prostu pewnych ludzi w swoich domach nie przyjmujemy. Trzymamy ich za drzwiami. Nie dlatego, że nimi gardzimy. Nie przyjmujemy tych, którzy jawnie łamią normy moralne. Nie rozmawiamy z kłamcami. Nie widujemy się z oszczercami. Nie gawędzimy kulturalnie z tymi, którzy źle życzą bliźnim, którzy działają na ich szkodę. Proste? Bo inaczej byśmy ich tak czy inaczej usprawiedliwiali. Kościół aż do lat 60. XX w. posługiwał się formułą najprostszą i najskuteczniejszą wobec takich osób: „Anathema sit!”. Nie trzeba było długich komunikatów i wyjaśnień. Działało zawsze.
Ewa Polak-Pałkiewicz
za:niezalezna.pl