Żyjemy w czasach wielkiej troski o prawa innych. W tym o prawo do niezakłóconego ruchu ulicznego, o prawo turysty do niezmąconego spaceru, o prawa mniejszości seksualnych do publicznego demonstrowania swej dumy, cokolwiek by to miało znaczyć. Niektóre środowiska w Kościele próbują za tym wszystkim nadążyć.
W tym roku arcybiskup Mediolanu Delpini podjął decyzję, która
– jak wyjaśniła jego kuria – podyktowana była „głęboką troską duszpasterską”. Procesja Bożego Ciała nie przeszła ulicami miasta.
Uroczystości odbyły się w katedrze.
Powód?
Intensywny ruch uliczny oraz tłumy turystów.
W tej sytuacji procesja utrudniłaby życie ludziom, a poza tym mogłaby zostać odebrana jako jakaś inicjatywa folklorystyczna.
Mediolan, miasto samochodów, designu, mody i aperitivo, uznał, że procesja eucharystyczna z Najświętszym Sakramentem to za dużo.
Za dużo dla prawowitych mieszkańców i turystów.
Dlatego trzeba skończyć z wielowiekową tradycją.
Niektórzy tłumaczyli, że co innego małe miasteczka i wioski, gdzie nie ma metropolitalnych korków i koncentracji turystów.
Idąc dalej tym tokiem rozumowania, można by dojść do wniosku, że świetnym pomysłem byłoby przeniesienie katedry na prowincję.
Żeby nikomu nie przeszkadzać.
Tymczasem w tym samym czerwcu, kilkanaście dni później, Rzym przeżył kolejną edycję Roma Pride.
Osoby LGBTQ+, które lubią chełpić się swoimi niestandardowymi upodobaniami seksualnymi, utworzyły tęczową, głośną paradę, która wyruszyła z Piazza della Repubblica i przeszła przez Via Cavour, koło Bazyliki Santa Maria Maggiore, w okolice Koloseum.
Oznaczało to zablokowanie głównego autobusowego węzła komunikacyjnego przy dworcu Termini.
Przez kilka godzin zostało zawieszonych lub odesłanych objazdem ponad 30 linii autobusowych.
Turyści przy Termini stali zdezorientowani z walizkami.
Ja musiałem szukać taksówki, by dojechać do bazyliki San Pancrazio, gdzie miałem odprawić Mszę św.
Nikt jednak nie zaproponował, by parady w tym miejscu nie robić, bo może być odebrana jako marna inicjatywa folklorystyczna. Nikt też nie zaproponował, żeby przeniosła się do małego miasteczka. Wręcz przeciwnie! Władze miasta po prostu wydały stosowne komunikaty, zorganizowały objazdy, a reszta „jakoś się ułożyła”.
I tak oto procesja Bożego Ciała – święto ustanowione w XIII w., obchodzone w całym Kościele katolickim, będące publicznym wyznaniem wiary w Eucharystię – to zbyt wielkie utrudnienie dla miasta.
Natomiast parady, które blokują dziesiątki linii autobusowych przez pół dnia, są czymś oczywistym, normalnym i wręcz godnym pochwały.
Przy czym warto zauważyć, że organizatorzy marszów LGBT… nie ukrywają, że specjalnie wybrali czerwiec na tego rodzaju akcje.
Można by się zapytać włodarzy diecezji mediolańskiej, czy w przypadku tęczowych marszy w Mediolanie też zwracają uwagę na „zbyt duże utrudnienia w ruchu”?
Czy raczej w tym przypadku dochodzą do wniosku, że kilka godzin korków to w sumie akceptowalna cena za święto „tolerancji” i „otwartości”.
Smuci, że arcybiskup zrezygnował z procesji ulicami miasta.
Ale jeszcze bardziej smuci to, że ta decyzja została ogłoszona jako wyraz „duszpasterskiej troski”.
Bo mnie się wydaje, że to nie troska, ale kapitulanctwo wobec ducha świata, który od Kościoła oczekuje, by schodził z oczu i nie zakłócał niczyjego spokoju; żeby najlepiej zamknął się w zakrystii.
Chrystus idący ulicami Mediolanu w monstrancji to przeszkoda.
Chrystus zamknięty w katedrze to nowoczesna, wrażliwa duszpastersko opcja. W miejsce procesji Bożego Ciała mają wejść nowe „procesje”. Te tęczowe. Niektórzy katolicy, w tym duchowni, popierają te przemiany.
Bo ich zdaniem katolicyzm nie powinien się narzucać, przemawiać głośno z wnętrza swego dziedzictwa, ale za to powinien nadążać za „duchem czasu”.
Dariusz Kowalczyk SJ
za:idziemy.pl