Polecane

1 września Unrug zapomniał niemieckiego, a Dulkiewicz zapomniała polskiego

Admirał Józef Unrug przyszedł na świat pod Berlinem, w I wojnie światowej służył w cesarskiej marynarce i komenderował niemiecką szkołą okrętów podwodnych, a 1 września 1939 roku przestał rozumieć po niemiecku. Aleksandra Dulkiewicz urodziła się w Gdańsku i mówi po polsku bez cienia obcego akcentu. Tylko że 87 lat później, na Westerplatte, zabrakło w jej przemówieniu jednego polskiego zdania — tego o tym, kto tę wojnę zaczął. 


„Po pierwszym września zapomniałem języka niemieckiego”

Urodził się 7 października 1884 roku w Brandenburgu koło Berlina, w rodzinie pruskiej szlachty von Unruh, której przodek uzyskał polski indygenat i osiadł w Wielkopolsce. Ojciec, Tadeusz, był generałem gwardii pruskiej. Sam Unrug do końca I wojny światowej służył w cesarskiej marynarce — dowodził flotyllą i komenderował szkołą okrętów podwodnych. A 19 maja 1919 roku zgłosił gotowość służby w marynarce odrodzonej Polski. 

W 1925 roku został dowódcą Floty, w 1933 awansował na kontradmirała, tuż przed wojną objął dowództwo Floty i Obrony Wybrzeża. Hel skapitulował 2 października 1939 roku o godzinie jedenastej, jako ostatnia broniąca się twierdza Wojska Polskiego. Potem była niewola: siedem kolejnych obozów i pięć i pół roku, aż do 29 kwietnia 1945 roku, gdy Amerykanie wyzwolili Murnau.

    Według relacji przytaczanej przez biografa admirała odwiedził go w obozie kuzyn, niemiecki generał Walter von Unruh. Namawiał, kusił, mówił po niemiecku. Unrug odpowiadał po francusku, przez tłumacza. „Nie wygłupiaj się, znasz niemiecki” — zniecierpliwił się krewny. „Po pierwszym września zapomniałem języka niemieckiego” — usłyszał w odpowiedzi. Obywatelstwa III Rzeszy admirał nie przyjął, propozycji stanowiska w Kriegsmarine także. Biograf policzył ponad czterysta książek, które Unrug przeczytał za drutami, po angielsku i po francusku. Ani jednej po niemiecku.

Wojna ślepa i głucha, czyli sprawca nieznany

We wtorek 1 września 2026 r. o 4.45, przy Wartowni nr 1, znowu zawyły syreny. Prezydent Gdańska zaczęła dobrze: „Wielu z nas, gdy 1 września wstaje świt, najpewniej myśli o gotowych do walki bohaterskich obrońcach Westerplatte i Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku”. Potem przemówienie skręciło. „Wojna to niestety nie tylko męska rzecz. Wojna nie zna płci ani wieku, jest ślepa i głucha” — mówiła. I dalej, już o blokadzie Leningradu: „Niemal 900 dni ludzie uwięzieni w swoich domach zmagali się ze skrajnym niedostatkiem i mrozem”. „Nawet milion cywilów straciło życie”.

    To prawda, w tym wystąpieniu były także niemiecki obóz Kulmhof, sowieckie deportacje Polaków do Kazachstanu i gwałt jako metoda prowadzenia wojny — „wiedziały o tym kobiety w wyzwalanym przez Armię Czerwoną Gdańsku, a dziś wiedzą te na froncie w Ukrainie”. Wyzwalanym - brzmi to dla polskiego ucha fałszywie, sformułowanie rodem z PRL. To jednak mniejszy problem. Większym jest pomijanie przez prezydent Gdańska sprawców. Nie pada zdanie o tym, kto 1 września 1939 roku o 4.45 napadł na Polskę. I nie pada zdanie kto napadł na Polskę z drugiej strony, kilka dni później, 17 września.

Ktoś może powiedzieć, że Leningrad oblegali przecież Niemcy, więc to również opowieść o niemieckiej zbrodni. Owszem. Tylko że wybór przykładu też jest wypowiedzią. Kiedy stoi się na Westerplatte, w rocznicę napaści na Polskę, w kolejnym roku pełnoskalowej wojny Rosji z Ukrainą, i szuka się obrazu cierpiącego cywila, to znalezienie go akurat nad Newą nie jest przypadkiem. Czy ktokolwiek wyobraża sobie mera Petersburga, który 22 czerwca pochyla się nad losem bombardowanego Drezna? Przecież wojna, jak twierdzi Dulkiewicz, jest ślepa i głucha, a w lutym 1945 roku w ogniu nad Łabą też ginęli cywile — nie pytani o płeć ani o wiek.

Radosny pochód i niemiecki pancernik

Siedem lat temu ta sama mówczyni potrafiła mówić inaczej. „Osiemdziesiąt lat temu, tu na Westerplatte, o godzinie 4.45 ciszę rozdarły salwy z niemieckiego pancernika Schleswig-Holstein” — mówiła Aleksandra Dulkiewicz 1 września 2019 roku. Jedno zdanie, konkret, sprawca, nazwa okrętu. Nie było jeszcze wątpliwości kto zaczął. Nie chodzi więc o brak wiedzy pani prezydent. Chodzi o wybór w tym, żeby chronić sprawców przed nazwaniem. Nie wypominać sąsiadom. 

    Pamiętać trzeba, że rok 2019 przyniósł w Gdańsku inną awanturę. Na 80. rocznicę niemieckiego ataku miasto zapowiedziało „marsz życia”, czyli „radosny pochód”, po którym pod Zieloną Bramą „zaplanowano koncert, tańce i wspólne świętowanie”. Po burzy komunikat przeredagowano. Ówczesny szef MON Mariusz Błaszczak mówił, że jest zszokowany, radny Kacper Płażyński — o „kolejnej prowokacji”. Prezydent Gdańska odpowiedziała: „Od rana wypowiadane są kłamstwa na temat uroczystości 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej w Gdańsku”, a organizatorzy tłumaczyli, że „świętowanie” dotyczy pojednania, nie wybuchu wojny.

W 1925 roku został dowódcą Floty, w 1933 awansował na kontradmirała, tuż przed wojną objął dowództwo Floty i Obrony Wybrzeża. Hel skapitulował 2 października 1939 roku o godzinie jedenastej, jako ostatnia broniąca się twierdza Wojska Polskiego. Potem była niewola: siedem kolejnych obozów i pięć i pół roku, aż do 29 kwietnia 1945 roku, gdy Amerykanie wyzwolili Murnau.

    Według relacji przytaczanej przez biografa admirała odwiedził go w obozie kuzyn, niemiecki generał Walter von Unruh. Namawiał, kusił, mówił po niemiecku. Unrug odpowiadał po francusku, przez tłumacza. „Nie wygłupiaj się, znasz niemiecki” — zniecierpliwił się krewny. „Po pierwszym września zapomniałem języka niemieckiego” — usłyszał w odpowiedzi. Obywatelstwa III Rzeszy admirał nie przyjął, propozycji stanowiska w Kriegsmarine także. Biograf policzył ponad czterysta książek, które Unrug przeczytał za drutami, po angielsku i po francusku. Ani jednej po niemiecku.

Wojna ślepa i głucha, czyli sprawca nieznany

We wtorek 1 września 2026 r. o 4.45, przy Wartowni nr 1, znowu zawyły syreny. Prezydent Gdańska zaczęła dobrze: „Wielu z nas, gdy 1 września wstaje świt, najpewniej myśli o gotowych do walki bohaterskich obrońcach Westerplatte i Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku”. Potem przemówienie skręciło. „Wojna to niestety nie tylko męska rzecz. Wojna nie zna płci ani wieku, jest ślepa i głucha” — mówiła. I dalej, już o blokadzie Leningradu: „Niemal 900 dni ludzie uwięzieni w swoich domach zmagali się ze skrajnym niedostatkiem i mrozem”. „Nawet milion cywilów straciło życie”.

    To prawda, w tym wystąpieniu były także niemiecki obóz Kulmhof, sowieckie deportacje Polaków do Kazachstanu i gwałt jako metoda prowadzenia wojny — „wiedziały o tym kobiety w wyzwalanym przez Armię Czerwoną Gdańsku, a dziś wiedzą te na froncie w Ukrainie”. Wyzwalanym - brzmi to dla polskiego ucha fałszywie, sformułowanie rodem z PRL. To jednak mniejszy problem. Większym jest pomijanie przez prezydent Gdańska sprawców. Nie pada zdanie o tym, kto 1 września 1939 roku o 4.45 napadł na Polskę. I nie pada zdanie kto napadł na Polskę z drugiej strony, kilka dni później, 17 września.

Ktoś może powiedzieć, że Leningrad oblegali przecież Niemcy, więc to również opowieść o niemieckiej zbrodni. Owszem. Tylko że wybór przykładu też jest wypowiedzią. Kiedy stoi się na Westerplatte, w rocznicę napaści na Polskę, w kolejnym roku pełnoskalowej wojny Rosji z Ukrainą, i szuka się obrazu cierpiącego cywila, to znalezienie go akurat nad Newą nie jest przypadkiem. Czy ktokolwiek wyobraża sobie mera Petersburga, który 22 czerwca pochyla się nad losem bombardowanego Drezna? Przecież wojna, jak twierdzi Dulkiewicz, jest ślepa i głucha, a w lutym 1945 roku w ogniu nad Łabą też ginęli cywile — nie pytani o płeć ani o wiek.
Radosny pochód i niemiecki pancernik

Siedem lat temu ta sama mówczyni potrafiła mówić inaczej. „Osiemdziesiąt lat temu, tu na Westerplatte, o godzinie 4.45 ciszę rozdarły salwy z niemieckiego pancernika Schleswig-Holstein” — mówiła Aleksandra Dulkiewicz 1 września 2019 roku. Jedno zdanie, konkret, sprawca, nazwa okrętu. Nie było jeszcze wątpliwości kto zaczął. Nie chodzi więc o brak wiedzy pani prezydent. Chodzi o wybór w tym, żeby chronić sprawców przed nazwaniem. Nie wypominać sąsiadom. 

    Pamiętać trzeba, że rok 2019 przyniósł w Gdańsku inną awanturę. Na 80. rocznicę niemieckiego ataku miasto zapowiedziało „marsz życia”, czyli „radosny pochód”, po którym pod Zieloną Bramą „zaplanowano koncert, tańce i wspólne świętowanie”. Po burzy komunikat przeredagowano. Ówczesny szef MON Mariusz Błaszczak mówił, że jest zszokowany, radny Kacper Płażyński — o „kolejnej prowokacji”. Prezydent Gdańska odpowiedziała: „Od rana wypowiadane są kłamstwa na temat uroczystości 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej w Gdańsku”, a organizatorzy tłumaczyli, że „świętowanie” dotyczy pojednania, nie wybuchu wojny.

To nie była zwykła wojna

Tylko że 1 września nie jest w polskim kalendarzu rocznicą przegranej bitwy ani nawet początek krwawej wojny. Wojen brutalnych i okrutnych Europa przeżyła wiele. Ta jedna zmieniła wszystko: przesunęła granice naszego państwa o setki kilometrów, odebrała Lwów i Wilno, pochłonęła blisko trzy miliony polskich Żydów i w sumie blisko sześć milionów obywateli Rzeczypospolitej — co szóstego, jak przypomniał we wtorek prezydent Karol Nawrocki. Obróciła w gruz majątek prywatny i dorobek gospodarczy dwudziestolecia, a na koniec oddała Polskę na blisko pół wieku pod but Moskwy.

    Ranek 1 września jest dla Polaków dniem szczególnym i dlatego mównica na Westerplatte nie jest zwykłą mównicą. Widać to było tego samego poranka. Nawrocki apelował stąd do kanclerza Niemiec: „Załatwmy sprawę reparacji i zadośćuczynienia”, i przypominał, że „pamięć o 1 września wymaga od nas prawdy i odpowiedzialności”. Nawet Donald Tusk, który na taśmach Republiki mówił o sobie wprost „ja Niemiec”, powiedział rzecz, której zabrakło gospodyni uroczystości: „Odpowiedzialność za II wojnę światową spada na hitlerowskie Niemcy i sowiecką Rosję. Tu nie ma dwuznaczności”.

Premier i prezydent, spierający się o wszystko, tego jednego ranka nazwali sprawców wprost. Prezydent Gdańska wymieniła Niemców przy Kulmhof i Armię Czerwoną przy gwałtach w Gdańsku, ale nie wtedy, gdy mówiła o tym, kto wojnę wywołał. Pamięć o cudzych ofiarach (Leningrad czy Niemki w Gdańsku) jest cnotą dopiero wtedy, gdy nie zastępuje pamięci o własnych i nie rozmywa granicy między napadniętym a napastnikiem. Czyj interes obsługuje narracja, w której wojna przychodzi sama, znikąd, jak burza z gradem? 
Unrug przez pięć i pół roku nie wziął do ręki ani jednej niemieckiej książki, żeby nie pomylić języka ofiary z językiem sprawcy. Jego szczątki wróciły do Polski dopiero w 2018 roku i spoczęły na Oksywiu, po drugiej stronie zatoki. Od prezydenta Gdańska nikt nie wymaga aż takiej ascezy — może czytać Deutsche Welle i oglądać ZDF. Wystarczyłoby to samo zdanie, które ona sama wypowiedziała siedem lat wcześniej, o salwach z niemieckiego pancernika. Czy naprawdę tak trudno je sobie przypomnieć akurat na Westerplatte 1 września?

Miłosz Manasterski 

za:tvrepublika.pl/W-Telewizji-Republika/1-wrzesnia-Unrug-zapomnial-niemieckiego-a-Dulkiewicz-zapomniala-polskiego/221067