Donald Tusk ostrzega przed rosnącą w siłę AfD. Warto jednak zapytać, kto przez lata przygotowywał grunt pod jej sukces i dlaczego partia ta trafiła na tak podatny grunt.
W swej długiej działalności politycznej rozmawiałem z wieloma niemieckimi przywódcami. Z prezydentem Horstem Köhlerem i z kandydatką SPD na prezydenta – prof. Gesine Schwan; z przewodniczącym Bundestagu Norbertem Lammertem i przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Hansem-Gertem Pötteringiem; z przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych Volkerem Rühe (byłym ministrem kanclerza Kohla), z b. premierem Saksonii Kurtem Biedenkopfem i z premierem Turyngii Bodo Ramelowem; z generałem Jörgiem Schönbohmem i z Ralphem Giordano, niemiecko-żydowskim pisarzem, który został autorytetem Związku Wypędzonych.
O tym, jak przyjaciele Donalda Tuska pomogli w rozwoju AfD
Oczywiście pracowałem też na co dzień z założycielami Alternatywy dla Niemiec, Berndem Luckem i Hansem-Olafem Henkelem, z którymi należeliśmy do jednego klubu w Parlamencie Europejskim. Ale to nie od nich, lecz od jednego z najbardziej prominentnych polityków CDU usłyszałem kiedyś, że największym problemem Niemiec jest imigracja, bo „w meczecie słuchają kazań po turecku, wracają po pracy do domu i oglądają w kablówce telewizję turecką, właściwie tylko w pracy mówią po niemiecku, zresztą w tym czasie, gdy są w pracy, ich żony pilnują dzieci w piaskownicy i same z sąsiadkami rozmawiają po turecku”. Było to parę lat przed arabską wiosną i śródziemnomorską falą imigracji, która potem nastąpiła. Mój rozmówca mówił więc przede wszystkim o niemieckich Turkach.
Jeśli przypomniałem na początku większe grono moich niemieckich rozmówców, to po to, by zanonimizować tę opinię, przedstawioną w prywatnej rozmowie, której autor być może nie chciałby wygłaszać publicznie. A zaznaczyć muszę, że nie padły tam żadne brutalne słowa. Było to raczej pomieszanie dość typowej chadeckiej bezradności, zwykłego niepokoju o przyszłość i ludzkiej goryczy, że wszystkie wysiłki integracyjne przynoszą tak niewielkie rezultaty.
Przypomniałem sobie tę rozmowę, gdy znalazłem podobne wypowiedzi, wygłaszane również przez dysydentów z CDU, w książce Łukasza Grajewskiego „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę”, której lekturę wszystkim polecam. AfD nie wyszła bowiem z jakichś neonazistowskich otchłani, ale powstała i rozwinęła się jako reakcja na problemy niemieckiego społeczeństwa i wyraża jego nastroje. Szczególnie jako odpowiedź na politykę Angeli Merkel. Owszem, AfD to reakcja na jej radykalny zwrot w lewo – politykę imigracyjną, „klimatyczną” i genderową, ale także kontynuacja jej polityki: dwa gazociągi Nord Stream, które pozwalają być dziś Alternatywie dla Niemiec strażniczką „tego, co dobre” w polityce ostatnich rządów Republiki Federalnej.
Donald Tusk szuka dziś „zadowolonych z postępów AfD”. Powinien poszukać tych, którzy byli zadowoleni, gdy w Niemczech pozbawiano reprezentacji nawet najbardziej umiarkowanych wyborców prawicy. Nie mam zresztą najmniejszych wątpliwości, że gdy przyjdzie pora, młodsi koledzy obecnego premiera świetnie porozumieją się z przywódcami Alternatywy, akceptując Niemcy – właśnie wedle znakomitej Tuskowej formuły – „takie, jakie są”. No właśnie, a jakie są?
Na początku wieku z niemieckimi politykami często rozmawialiśmy o historii. Nie dlatego, żebyśmy „obsesyjnie wracali do przeszłości”, ale dlatego, że oni postanowili do niej wrócić. Chodziło o budowę Centrum Wypędzonych i działalność Eriki Steinbach.
Dorzucę więc jeszcze garść wspomnień. Wiele razy mówiłem niemieckim politykom, że powinni przemyśleć fakt, iż u źródeł wojny było systematyczne kwestionowanie przez (tak, tak) niemiecką demokrację, przez Republikę Weimarską, polskich granic, a faktycznie – samego istnienia państwa polskiego. I to zaraz po stu latach niemieckiej okupacji w Poznaniu i Gnieźnie. Jedyną osobą, o której mogę napisać, że to rozumiała, była Gesine Schwan, wspomniana na początku kandydatka na prezydenta Republiki Federalnej.
Generał Schönbohm (wtedy już minister w rządzie krajowym Brandenburgii), kiedy mu to mówiłem, uśmiechnął się jowialnie i powiedział: „Po co do tego wracać, dziś ważna jest nasza Europa Środkowa”. Gdy rozmawiałem z Kurtem Biedenkopfem o konsekwencjach antypolskiej polityki Republiki Weimarskiej (dla nas oznaczały one pół wieku niewoli, w czasie której my wszyscy „byliśmy Ossis”, podczas gdy większość Niemców żyła w wolności), stwierdził, że wojnie są winne nacjonalizmy i że dziś chodzi o to, by Europę od nich uwolnić. Gdy mu zwróciłem uwagę, że kolejne rządy Republiki Weimarskiej współpracowały z ludobójczym reżimem bolszewickim, aż w końcu Hitler zaprosił Stalina do środka Europy, żachnął się, że przecież w czasach Rapallo chodziło tylko o zupełnie zrozumiałą pomoc w… odbudowie armii po traktacie wersalskim.
Byłemu premierowi Saksonii powiedziałem coś jeszcze, w duchu dialogu, że „im mniej będziecie podważać powojenne wysiedlenia (że było to »złamanie prawa międzynarodowego« itp.), tym więcej doświadczycie od nas współczucia i zrozumienia dla cierpień tych, których dramat ten dotknął”. Jednak ta dialogiczna propozycja najwyraźniej Biedenkopfa dotknęła; dumnie uniósł głowę i powiedział: „Ale to było złamanie prawa międzynarodowego”. I takie to były rozmowy.
Wspomnę jeszcze jedną rozmowę, tym razem publiczną, na spotkaniu z Komisją Spraw Zagranicznych Bundestagu. Gdy stanęła kwestia Centrum i historii, poirytowany przewodniczący Rühe, uchodzący wtedy za „ulubionego chadeka Gerharda Schrödera”, powiedział: „Nie zdajecie sobie sprawy, że nasz naród – budując pomnik Holocaustu w Berlinie – zdobył się na akt pokory większy niż którykolwiek naród na świecie”. Dwadzieścia lat później Björn Höcke, lider radykalnego skrzydła AfD, tylko to rozwinął, mówiąc, że Niemcy to jedyny naród, który „postawił pomnik hańby w samym sercu swojej stolicy”. Jednak to nie on pierwszy sugerował, że za wojnę Niemcy już zadośćuczyniły z nawiązką, być może – o wiele za dużą.
Politycy – by uzasadnić swoje stanowisko czy ambicje – z reguły wyolbrzymiają dzielące ich różnice. Opinia publiczna zaś, szczególnie w sprawach międzynarodowych, powinna widzieć zarówno stanowiska poszczególnych przywódców czy partii, jak i trwałe tendencje państw. Alternatywa dla powojennej polityki Niemiec rosła długo. Tym trwalsze mogą więc być efekty takiego procesu. I te właśnie w naszej polityce powinniśmy przemyśleć.
Marek Jurek
za:zero.pl