Polecane

Gofry zamiast husarii

Projekt „Marka Polska” okazał się nie tyle promocją kraju, ile lustrem, w którym odbiła się cała mizeria pewnego sposobu myślenia o polskości. A ponadto – i być może to był główny, choć ukryty cel projektu – zbudowano sprawny mechanizm „przytulania” publicznego grosza przez „swoich”.

Zażenowanie wywołał słynny już raport prof. Barbary Mróz-Gorgoń „Polaków portret własny”. Tekst, który polskiego podatnika kosztował prawie 200 tys. zł, okazał się kompromitacją. Mnóstwo prostych błędów rzeczowych, np. że Katowice leżą w północnym centrum Polski, a Wrocław na północnym zachodzie. Tłumaczono, że dokument był napisany przez sztuczną inteligencję, a potem nikt go nie sprawdził. Tyle że, po pierwsze, to nie AI wzięła owe 200 tys., a po drugie, nie rozumiem, jaki program AI i w jaki sposób został użyty. Bo dziś ogólnie dostępna AI, za którą płaci się 20 euro miesięcznie, takich absurdalnych błędów by nie popełniła. Sprawą zajmuje się prokuratura, a pełnomocniczka rządu ds. promocji marki Polski złożyła dymisję. Tyle że po prokuraturze ministra Waldemara Żurka nie spodziewałbym się zbyt wiele, a Mróz-Gorgoń w żaden sposób nie przeprosiła, tylko żaliła się, że spadł na nią hejt i ona w takich warunkach nie może dalej pełnić swej misji. 

Ale to nie jeden raport jest tu problemem. Problemem jest cała „filozofia” propagowania Polski w świecie. Za miliony złotych powstała kampania Poland. More than you expected („Polska. Więcej, niż się spodziewasz”), która miała olśnić widzów w Niemczech, Hiszpanii, we Włoszech, w Wielkiej Brytanii i USA. Efekt? Kopernik w okularach przeciwsłonecznych na plaży, Robert Lewandowski z gofrem w dłoni, którego nawet nie nadgryzł, i – najbardziej żenująca ze wszystkiego – kilkusekundowa rola Lecha Wałęsy, który na tle stoczni ściska dłoń aktora Jessego Eisenberga. To nie promocja. To wizerunkowa porażka. Zagraniczni widzowie, poproszeni o ocenę, najczęściej nie wiedzieli, co właściwie jest reklamowane. Marek Magierowski, były ambasador Polski w USA, celnie sparafrazował hasło: More damage than you expected („Więcej szkód, niż się spodziewałeś”). 

Trudno się dziwić, że ludzie zatrudniani przez obecnie rządzących produkują takie gnioty. Bo jak można promować kraj, którego się właściwie nie rozumie albo którego się wstydzi? Tam, gdzie powinna być duma z tysiąca lat kultury, chrztu Polski, Jagiellonów, husarii, Sienkiewicza, Chopina, Bitwy Warszawskiej, Solidarności i Jana Pawła II, dostajemy poszatkowany teledysk z celebrytami i goframi, i nieszczęsnym Wałęsą, który pogubił się jako TW „Bolek”. To nie jest promocja. To pedagogika wstydu przebrana za marketing: przekonanie, że polskość sama w sobie jest „ciężka”, niemodna, że trzeba ją rozcieńczyć znaną twarzą, żeby dało się ją strawić. 

Tymczasem recepta jest prosta, choć wymaga czegoś, czego widocznie zabrakło: wiary we własne dziedzictwo. Nie trzeba „budować marki”. Wystarczy pokazać to, co mamy. I pokazać to bez kompleksów. Kraków i Wawel, Gniezno i Ostrów Lednicki, Wieliczkę, Malbork, szlak drewnianych kościołów, Zamość, Wilanów. Wystarczy opowiedzieć tysiącletnią historię narodu, który przetrwał rozbiory, dwie okupacje i komunizm, a mimo to nie zatracił swej tożsamości, nie przestał śpiewać polskich pieśni, budować dobra narodowego i… modlić się w tysiącach kościołów, sanktuariów i kaplic. Patriotyzm nie jest strategią PR – jest postawą. I to autentyczne umiłowanie ojczyzny i jej dziejów, a nie jakaś agencja jest najlepszym ambasadorem polskości. Dziedzictwo nie potrzebuje reklamy. Potrzebuje ludzi, którzy się go nie wstydzą. Prawdziwa marka Polski nie rodzi się w studiu montażowym. Rodzi się z prawdy i z dumy. Reszta jest tylko goframi, których nikt nie nadgryza. 

Dariusz Kowalczyk SJ

za:idziemy.pl