Powszechnie znany jest fakt, że prymas Wyszyński zawarł w 1950 roku w imieniu polskiego Kościoła kompromisowe porozumienie z komunistyczną władzą. Jednak nie znana jest okoliczność, że prymas zawierając ugodę przekroczył posiadane kompetencje, przynależne tylko Stolicy Apostolskiej. Nie wiedzieliśmy także,
jak dalekie, zbyt dalekie, były ustępstwa ze strony Kościoła. Nie wiedzieliśmy, że niemal cały ówczesny Episkopat oraz wielu katolików świeckich byli przeciwni tak daleko idącemu kompromisowi. Prymas Wyszyński bardzo krytykowany pozostał samotny, a mimo to wytrwał przy swej decyzji. Komuniści wkrótce złamali umowę i nadal ograniczali prawa Kościoła, na co prymas Wyszyński zareagował słynnym „Non possumus” i zapłacił za to utratą stanowiska i uwięzieniem. Mimo swej kompromisowej postawy ewidentnie przegrał. Jednak pomimo trzech lat izolacji i samotności nie załamał się.
Nadszedł rok przesilenia 1956 i kardynał Wyszyński powrócił na stanowisko prymasa - umocniony, z ogromnym autorytetem wśród rodaków.
Prymas ponownie zawarł z komunistyczną władzą kompromisową ugodę, tzw. małe porozumienie, korzystne dla Kościoła. Władze także tę ugodę wkrótce złamały. Wówczas także ten drugi kompromis oceniany bywał jako błędny, dominowała opinia, że Wyszyński ponownie przegrał.
Nawet w Watykanie oceniany był jako zdrajca praw Kościoła.
A jednak pojawiły się cenne owoce kompromisu, jak choćby 5 lat religii w państwowych szkołach. Potem zryw Ślubów Narodu, Nowenna Milenijna, wybór kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową. Czy ktoś z krytyków przewidział takie skutki?
Przypominają się słowa abpa Marka Jędraszewskiego, że w ocenie decyzji dostojników Kościoła liczą się nie tylko intencje, ale też ich skutki.
A rozmaite nieoczekiwane skutki pojawiają się nieraz po wielu latach.
Tylko prawidłowo uformowane sumienie zdoła ocenić, jak daleko wolno postąpić w kompromisie, a kiedy już należy koniecznie oświadczyć „Non Possumus”. Ostateczną ocenę pozostawmy Bogu Najwyższemu.