Węgierski zwrot i dusza Europy

Kiedy w maju Péter Magyar odbierał w Budapeszcie premierską przysięgę, w Brukseli nie kryto radości. Po latach rządów Viktora Orbána instytucje unijne odetchnęły z ulgą: oto nowy węgierski premier poleciał spotkać się z Ursulą von der Leyen i zapowiedział „konstruktywne” podejście do unijnej polityki. Bruksela natychmiast

obiecała pełne wsparcie i perspektywę odblokowania miliardów z funduszy unijnych. Pytanie brzmi jednak: co konkretnie tak bardzo podoba się europejskim decydentom w nowym rządzie Węgier? 

Kilka dni po zaprzysiężeniu posłowie partii Tisza złożyli projekt nowelizacji konstytucji. Zakładał on m.in. wykreślenie zdania, że „ochrona konstytucyjnej tożsamości i kultury chrześcijańskiej Węgier jest obowiązkiem każdego organu państwa”. Ten zapis był dotychczas konstytucyjną kotwicą węgierskiej tożsamości. Premierowi Magyarowi się jednak nie podoba, bo nie podoba się wysokim urzędnikom UE. I pomyśleć, że podczas wizyty w Polsce węgierski szef rządu złożył kwiaty pod pomnikiem Jana Pawła II i nawiedził katedrę wawelską. W każdym razie pod wpływem społecznych protestów (w ciągu 2,5 doby zebrano 40 tys. podpisów sprzeciwu) Magyar ogłosił, że usunięte zostanie tylko drugie zdanie artykułu, nie zaś odniesienie do kultury chrześcijańskiej jako takiej. Ale to tylko gra na uspokojenie nastrojów. Powrót do tej sprawy jest kwestią czasu. 

Warto w tym kontekście zapytać się, jaką Europę mieli na myśli ci, którzy przed 70 laty ją budowali. Robert Schuman, twórca Planu Schumana i pierwszy przewodniczący Parlamentu Europejskiego, pisał wprost: „Demokracja zawdzięcza swoje przetrwanie chrześcijaństwu. Powstała w dniu, w którym człowiek został powołany, by w jego ziemskim życiu urzeczywistniła się braterska miłość wobec wszystkich”. W swoim testamencie politycznym twierdził, że „ruch europejski nie różni się od obrony cywilizacji chrześcijańskiej”. Konrad Adenauer uważał, że stworzenie reguł rządzących Europą wymaga odniesienia do wspólnych wartości, które odnajdował w chrześcijaństwie. Alcide De Gasperi, postulując integrację europejską, mówił o „konsorcjum wolnych narodów”, które powinny zachować własną tożsamość, i przestrzegał przed technokratyczną „czapą” odcinającą państwa od korzeni. Schuman i De Gasperi są sługami Bożymi, tj. trwają ich procesy beatyfikacyjne. Dla nich Europa nie była jakimś czysto świeckim projektem ideologicznym. Była cywilizacyjną wspólnotą, której spoiwem jest chrześcijańskie rozumienie godności osoby ludzkiej. 

Tymczasem dzisiejsza Unia Europejska, która tak entuzjastycznie powitała Magyara, promuje zupełnie inny model. To Europa, w której z unijnych traktatów z premedytacją usunięto odniesienie do chrześcijańskich korzeni, w której ideologia gender/LGBT i aborcjonizm stają się obowiązującym paradygmatem, a chrześcijańska tożsamość milionów obywateli jest lekceważona. To Europa, której instytucje przez lata blokowały Węgrom fundusze właśnie m.in. za ochronę chrześcijańskiej tożsamości kulturowej i za politykę migracyjną opartą na konstytucyjnym mandacie strzeżenia tejże tożsamości. Ich radość z nowego węgierskiego premiera jest wymowna: nareszcie ktoś, kto „rozumie” brukselską ideologię. 

Nie chodzi tu o bezkrytyczną obronę całej spuścizny Orbána ani o negowanie uzasadnionych reform instytucjonalnych, jakie Magyar zapowiada. Chodzi o fundamenty, o duszę Europy. Gdy z tekstów prawnych znika zapis o kulturze chrześcijańskiej, nie znika samo tylko słowo. Znika zobowiązanie. Znika pamięć. I powoli znika Europa – ta prawdziwa, głęboka, której wielcy przywódcy już wkrótce mogą zostać podniesieni do chwały ołtarzy. Oby ich beatyfikacja stała się dla współczesnych Europejczyków nie tylko historycznym gestem Kościoła, ale pytaniem o to, czego naprawdę chcemy dla naszego kontynentu.  

Dariusz Kowalczyk SJ

za:idziemy.pl/komentarze/wegierski-zwrot-i-dusza-europy/5207