Wilk ministerstwu człekiem? Rząd Tuska chce bronić godności... wilków

Rząd Tuska (a konkretnie tzw. Ministerstwo Klimatu i Środowiska) uznał, że wilk jest zwierzęciem, które ma w Polsce... najbardziej czarny PR i należy to zmienić. Na celowniku ideologów znalazły się zakorzenione w polskim języku powiedzenia takie jak „człowiek człowiekowi wilkiem”.
„Wilk w owczej skórze”, „wilczy bilet”, a nawet „wilczy apetyt” – wszystkie te sformułowania mają być niepoprawne politycznie według najnowszych ustaleń rządowych ideologów.

Jest to jedna z tych inicjatyw, przy okazji których zastanawiamy się, czy ktoś stroi sobie żarty, czy też działa na poważnie. Jednak w oficjalnym uzasadnieniu ministerstwa znajdujemy takie rewelacje, jak stwierdzenie, że powiedzenie „wilczy apetyt”... „stygmatyzuje zdrową relację z jedzeniem”. Zaś „wilk w owczej skórze” miałby „utrwalać stereotyp, że wilk ma zawsze złe intencje”.

W ramach osobliwego resentymentu tzw. ministerstwo klimatu i środowiska (jak wygląda „zarządzanie” środowiskiem, widzimy na przykładzie obecnej akcji) sięgnęło aż do roku 1955, kiedy to rząd PRL ogłosił nagrody pieniężne za zabijanie wilków zagrażających ludziom. Ochronę tych zwierząt wprowadzono następnie w latach 90., co spowodowało ich ponowne namnożenie.

Kampania ministerstwa wywołała falę bambinistycznych wynurzeń. Autorem jednego z nich jest Robert Maślak, zoolog Uniwersytetu Wrocławskiego i członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody, który stwierdził, że „język używany wobec zwierząt nie jest niewinny, niestety niesie za sobą konsekwencje”.

​- Piszę od lat o języku myśliwskim, który ma ukryć okrucieństwo polowania. Ale to dotyczy też języka codziennego. Wilk ma być podstępny, krwiożerczy i nienasycony, świnia – brudna, szczur – odrażający, a hiena – bezwzględna. To ludzkie cechy i ludzkie zachowania, którymi obciążamy zwierzęta – powiedział rządowy „ekspert”.

Co ciekawe, nie wszyscy przedstawiciele światopoglądu lewicowo-liberalnego „łyknęli” tę akcję. Skrytykowała ją... wiceprzewodnicząca Nowej Lewicy, Anna Maria Żukowska, uznając, że jest po prostu „idiotyczna”.

​- Pogadajmy może o innych metaforach w języku polskim odnoszącym się do zwierząt: świni, psa, osła, myszy, lisa, kota, niedźwiedzia, kruka. I zaorajmy bajki Ezopa – drwiła z kuriozalnego pomysłu rządu.

Trzeźwą ocenę sytuacji usłyszeliśmy również od językoznawcy, prof. Tomasza Piekota, który zauważył, że tego typu akcja to „literalizm prowadzący do braku zdolności rozumienia metafory i pauperyzacji poczucia humoru”.

Rząd Tuska oczywiście nie przyzna wprost, że to kolejna ideologiczna kampania mająca na celu robienie z Polaków idiotów i uzbrajanie procesów kontrolowania języka dla napiętnowania przeciwników systemu. Urzędnicy ministerstwa nie zadali sobie też trudu wyjaśnienia, dlaczego właściwie godność zwierząt miałaby być językowo chroniona... tak jakby była porównywana z godnością człowieka?

Straszliwe skutki bambinizmu dzikolubów

W podwarszawskim Brwinowie dziki w kwietniu rozszarpały małego psa na oczach jego właścicieli. Na Białołęce – peryferyjnej dzielnicy stolicy – locha oprosiła się pod balkonem jednego z bloków. W Wawrze, także w Warszawie, dziki zaanektowały osiedlową piaskownicę. To tylko kilka incydentów z ogromnej, ale w całości nieznanej liczby. Nie istnieje bowiem ogólnopolska statystyka, pozwalająca ocenić miarodajnie skalę zjawiska panoszenia się dzików w ludzkich siedzibach.

Można tylko przytaczać liczby dla poszczególnych miast albo regionów i widać, że zjawisko staje się coraz częstsze. Warszawskie Lasy Miejskie informują, że w 2023 r. otrzymano 4,7 tys. zgłoszeń dotyczących dzików, rok później – już 5,1 tys., a w ubiegłym roku aż 8,8 tys. W Białymstoku w 2025 r. takich zgłoszeń było 98, a w tym roku tylko do 9 kwietnia już 83. W Olsztynie przez cały ubiegły rok były 184 zgłoszenia, a tylko w pierwszym kwartale tego roku już 91. Niektórzy specjaliści twierdzą, że Warszawę penetrują już nie dziki dzikie, ale nowy rodzaj ich miejskiej populacji, znacznie mniej płochliwej i agresywnie zawłaszczającej miejską przestrzeń.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że polskie prawo maksymalnie skomplikowało sprawę pozbywania się dzików z miast. Mamy tutaj koszmarnie skomplikowany zbieg różnych regulacji. Aby stwierdzić, kto odpowiada za działania wobec tych zwierząt, jaką one mogą mieć formę i jakie wymogi powinny zostać spełnione, trzeba zajrzeć do Ustawy prawo łowieckie, Ustawy o samorządzie gminnym oraz Ustawy o ochronie zwierząt. Mówimy tutaj nie tylko o samej możliwości podjęcia działań, ale także o tym, kto je sfinansuje, co angażuje z kolei Ustawę o finansach publicznych oraz wymaga odpowiedniego dostosowania budżetu gminy. Zadanie, które wydaje się oczywiste i proste, okazuje się tkwić w plątaninie przepisów. Do tego trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że wskutek występowania na terenie UE afrykańskiego pomoru świń przemieszczanie dzików z terenów miejskich do lasów czy na wieś jest zabronione. Źródłem problemu jest rozporządzenie Komisji Europejskiej, które sparaliżowało takie działania na terenie całej Unii. Dotyczy to również dzików, a KE nie zamierza zmieniać tutaj prawa.

To paradoks przeregulowanego do maksimum państwa: wobec rosnącego problemu obywatele oczekują szybkich, skutecznych i dość oczywistych działań, a tymczasem urzędnicy tkwią w gąszczu przepisów i często nie są w stanie ruszyć palcem.

Sam mieszkam tuż pod Warszawą – choć formalnie moja miejscowość to wieś, w praktyce niczym nie różni się już od wspomnianych wcześniej bardziej peryferyjnych dzielnic. Na lokalnym forum coraz częściej pojawiają się obrazki i informacje ukazujące dziki w bezpośredniej bliskości domów albo na ulicach. Ogromna część mieszkańców pyta, co nasza gmina zamierza zrobić z problemem, ale pojawiają się również komentarze, powielające znany od lat schemat: to dziki były tu pierwsze, zły człowiek zajął im ich tereny i nie ma prawa domagać się, aby z nich zniknęły. Osoby wyrażające taki pogląd nie wskazują jednak, co w takim razie należy czy można począć.

Pojedynczy komentujący to jedna sprawa, ale jak na zawołanie w obronie prawa dzików do zakłócania nam spokoju w miastach występują też, jakżeby inaczej, prozwierzęce organizacje oraz wszelkiej maści dyspozycyjna wobec zagranicznych ośrodków lewica.

Pamiętają państwo aferę z reklamami internetowymi, promującymi pana Rafała Trzaskowskiego w czasie kampanii wyborczej w ubiegłym roku, które produkować miała Akcja Demokracja – lewicowa jaczejka, finansowana przez kilka lat między innymi z Funduszy Norweskich? W centrum tej afery, w której przewijał się także rządowy NASK – centralna instytucja polskiego państwa, gdy idzie o kontrolę internetu – pojawiał się Jakub Kocjan, wicedyrektor Akcji Demokracja, odpowiedzialny za kampanie społeczne. Akcja Demokracja bierze na tapet wszystkie modne skrajnie lewicowe tematy, w tym agresywne ataki na myśliwych i łowiectwo. Jej najnowsza inicjatywa to petycja, prezentowana w następujący sposób: „Rzeź dzików w Warszawie nie może trwać ani chwili dłużej! Mieszkanki i mieszkańcy stolicy protestują, zaapeluj wraz z nimi o zaprzestanie zabijania tych zwierząt i wdrożenie zmian, które będą opierały się na współczesnej wiedzy naukowej. Miasta to przestrzenie wielu gatunków, dziki są z nami od zawsze, nie od dziś. Warszawa nie jest wyjątkiem!”.

W samej petycji czytamy: „Apelujemy o zaprzestanie zabijania dzików na terenie miasta Warszawy. Działania takie są nie tylko głęboko nieetyczne, ale również budzą poważne wątpliwości co do ich zgodności z obowiązującymi przepisami prawa oraz zasadami ochrony zwierząt i przyrody, a także narażają mieszkańców na traumę”. W tym momencie pod tym absurdalnym, szkodliwym apelem podpisało się ponad 8 tys. osób.

Niestety, Akcja Demokracja nie wspomina o traumie właścicieli rozszarpanego przez dziki psa – choć przecież emocje psiarzy powinny być jej bliskie – ani o strachu rodziców dzieci z przedszkola na Białołęce, naprzeciwko którego locha złożyła miot.

Do chóru dzikolubów dołączają takie postaci jak poseł Lewicy Łukasz Litewka, znany ze swoich prozwierzęcych fanatycznych inicjatyw. Litewka oburzał się, gdy zdecydowano o odstrzale stadka dzików, które wtargnęły na ogrodzony teren miejski na Bemowie. „Wszystkie po kilkunastu minutach zostały odstrzelone na oczach mieszkańców (w tym dzieci) i wrzucone do kubłów na śmieci” – grzmiał w internecie.

O straszliwych skutkach bambinizmu pisałem już na PCh24 (i nie tylko) wielokrotnie. W przypadku inwazji dzików mamy do czynienia z bardzo konkretnym działaniem wprost wymierzonym w bezpieczeństwo ludzi. Opowieść o tym, że człowiek zajął ich naturalne tereny albo że „dziki są z nami od zawsze”, jest bezpodstawnym graniem na emocjach. Dziki wchodząc do miast wdzierają się na tereny od dawna zajmowane przez ludzi. Poza tym, gdyby przyjąć optykę obrońców dzików, człowiek nie mógłby w ogóle powiększać granic swoich siedlisk – co w oczywisty sposób jest postulatem absurdalnym. Zawsze bowiem dzieje się to kosztem „dzikiej przyrody”. Zawsze odbiera tereny żabkom, sarenkom, dzikom czy ptaszkom.

Sprawa powinna być oczywista: dziki są dla ludzi groźne, ich obecność na zamieszkanych terenach jest niepożądana, a skoro się nasila, należy podjąć wszelkie możliwe działania, aby ją zredukować. Chyba że – tak jak przedstawiciele prozwierzęcego fanatyzmu lub skrajnej lewicy – uznajemy, że zwierzęta są ważniejsze niż ludzie. Protesty przeciwko odstrzałowi dzików do tego właśnie się sprowadzają. Chciałbym jednak usłyszeć od wygłaszających te opinie, jak w takim razie wyobrażają sobie koegzystencję z dzikami w mieście. A może należałoby zgłosić dalej idący postulat, podobny jak w przypadku entuzjastycznego nastawienia do imigracji: szanowne aktywiszcza z Akcji Demokracja – weźcie dziki do własnego ogródka!

Groza na krakowskim osiedlu. Dzik zaatakował roczne dziecko

Eskalujący od dłuższego czasu problem grasowania dzików po krakowskich osiedlach, ignorowany przez władze miasta, prawie doprowadził do tragedii. Pod kościołem św. Rafała Kalinowskiego doszło do ataku zwierzęcia na ludzi, w którym ucierpiał roczny niemowlak.

Od dłuższego czasu krążą po sieci nagrania z Krakowa, na których widać, jak całe watahy dzików grasują po ulicach, podchodząc pod budynki i zbliżając się do ludzi. Władze nie podjęły decyzji o odstrzale nieczujących strachu przed człowiekiem zwierząt, co musiało doprowadzić do groźnej sytuacji.

W czwartek przed godziną 17 locha razem z małymi wyszła na ulicę przy kościele pw. św. Rafała Kalinowskiego na osiedlu Kliny-Zacisze. Bez żadnej prowokacji ze strony ludzi – jak wynika z relacji świadka – samica zaatakowała wózek z dzieckiem.

​-  Nagle pojawiła się locha z młodymi, która ruszyła na wózek z dzieckiem. Wywróciła cały wózek. Dziecko jest teraz w karetce pogotowia – mówi obecny na miejscu mieszkaniec w rozmowie z portalem LoveKrakow. Stan malucha wymagał widocznie dalszej diagnozy, ponieważ ratownicy zadecydowali o przetransportowaniu go do szpitala.

Z wypowiedzi mieszkańców wynika, że problem w ostatnich dniach się nasilił, a oni boją się chodzić po własnym osiedlu. - Zawsze był problem, ale od kilkunastu dni doszło do zdecydowanego pogorszenia. Powoli mamy problem, aby się poruszać w obawie przed dzikami – wyznaje rozmówca LoveKrakow.

Po niebezpiecznym ekscesie głos zabrał kandydat PiS na prezydenta Krakowa, radny Michał Drewnicki. - Dość. Trzeba wreszcie przestać udawać, że nie ma problemu. Jeśli dotychczasowe metody nie zadziałały trzeba podjąć bardziej zdecydowane kroki. Człowiek, zwłaszcza małe i bezbronne dziecko jest najważniejszy – powiedział.

Sprawę skomentował również Konrad Krajewski z krakowskich struktur Konfederacji, przypominając kompromitującą wypowiedź tzw. rzeczniczki ds. zwierząt w Krakowie, Sabiny Janeczko, która w odpowiedzi na zagrożenie na osiedlach stwierdziła: „Dziki co do zasady nie są agresywne i unikają kontaktu z ludźmi. (...) To element miejskiego ekosystemu”.

Kiedy ideologia i bajki o „dzikach jako elemencie ekosystemu” zderzają się z bezpieczeństwem mieszkańców. Czy musi dojść do tragedii, żeby władze Krakowa przejrzały na oczy?! – pyta Krajewski.

Nie wystarczył pies... Czy musi zginąć dziecko?

W kwietniu w Warszawie dziki rozszarpały psa na oczach właścicieli. W czerwcu w Krakowie dzik potrącił wózek z rocznym dzieckiem, które trafiło do szpitala. Czy w sierpniu będzie musiało dojść do prawdziwej tragedii, żeby władze miejskie poważnie potraktowały problem?

Przyszedł do mnie kolega i pyta pół żartem pół serio: Dlaczego siejesz dezinformację w sprawie dzików? I tłumaczy, że dzik na krakowskich Klinach nie zaatakował celowo, lecz jedynie mijał biegiem wózek z dzieckiem i przypadkowo go zahaczył. Tak samo twierdzi policja.

A ja pytam: Skoro dziecko mogło zginąć albo odnieść poważny uraz, to co to zmienia, czy stało się to przez przypadek czy też podczas ataku?

Nie jestem specjalistą od dzików, ani mieszkańcem miasta (od kilku lat), ale jako publicysta komentuję rzeczywistość i chyba nic nie drażni mnie tak bardzo, jak piętrzące się regulacje, które służą tylko i wyłącznie do tego, by skomplikować nam życie, a mówiąc bardziej metafizycznie – oddzielić nas od rzeczywistości.

Bo rzeczywistość jest w swojej naturze prosta. Pan Bóg stworzył zwierzęta wcześniej niż człowieka, ale poddał je pod jego panowanie. Zwierzę nie posiada własnej podmiotowej godności, lecz podchodzimy do niego z troską i szacunkiem ze względu na naszą własną, ludzką, godność i ze względu na godność Stwórcy.

Jeżeli człowiek zagraża człowiekowi, to mamy moralny dylemat, co z tym zrobić, bo nie możemy tak po prostu zabić. Jednak w przypadku zwierzęcia – a więc istoty podrzędnej względem człowieka – taki dylemat nie występuje. Jeżeli nadmierne rozmnożenie i rozpanoszenie dzików po mieście rodzi poważne ryzyko dla człowieka – należy odstrzelić dziki i urządzić piknik. Tak wyglądałoby to w normalnej – nie przeregulowanej – rzeczywistości.

Jak donoszą strony dla miłośników zwierząt, w tym National Geographic, do spłoszenia albo nawet sprowokowania dzika wystarczy niespokojne zachowanie ze strony... psa. Podobno tak było na krakowskich Klinach.

Mamy więc dziwny impas poznawczy. Z jednej strony widzimy, że dzik nawet przez przypadek może zrobić krzywdę człowiekowi, a sprowokowany może nawet zaatakować, a z drugiej te same media głównego nurtu i władze miejskie jak mantrę powtarzają hasło, że dziki nie są agresywne i że należy z nimi spokojnie i bez obaw współżyć.

Wygląda na to, że mamy też impas prawny i jest to niezwykle wymowne, a wręcz emblematyczne dla naszej rzeczywistości. Tam bowiem, gdzie w miejsce zdrowej doktryny i zdrowego rozsądku wkraczają ideologie i biurokratyczne regulacje, powstaje próżnia wyjątkowo niebezpieczna.

Nie odstrzeliwujemy dzików, bo zatraciliśmy wiedzę na temat hierarchii gatunków. Nie zawstydzamy publicznie szkolnych łobuzów, bo nie pozwalają na to „standardy”. Nie reagujemy na świętokradztwa i profanacje, bo nie ma na to paragrafu, a na otarcie łez dostajemy bliżej nieokreślony zapis o urażeniu „uczuć religijnych”.

Całe otoczenie spowite jest gęstą siecią pojęć, które zatraciły swoje właściwe znaczenie i przekonań, które podryfowały w siną dal, zostawiając za sobą bezpieczny ląd rozumnej oceny. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy dojdzie do tragedii. Gdy zamiast psa zostanie rozszarpany człowiek. Czy wówczas wyszarpiemy z kleszczy czterech różnych ustaw taką interpretację, która pozwoli nam bronić się przed instynktem bezrozumnej przyrody?

Obyśmy do tego momentu nie zwlekali.

Filip Obara

za:pch24.pl/wiadomosci