W ciągu kilku dni szef polskiej dyplomacji dwukrotnie uderzył we własne państwo.
Najpierw w Ankarze zadrwił, że prezydenci Polski i Ukrainy rozwiązują problem, który „sami stworzyli”. Tymczasem kryzys wywołał Wołodymyr Zełenski, nadając jednostce wojskowej imię Bohaterów UPA, formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu. Spór jest historyczny, a Polska jest w nim ofiarą.
Minister, który zrównuje ofiarę z katem, nie broni polskiej racji stanu. Dwa dni później Radosław Sikorski oznajmił, że „MSZ rozmawia z Koreą Północną i Iranem, więc oczywiście także z Pałacem Prezydenckim”. Postawił demokratycznie wybranego prezydenta własnego państwa w jednym szeregu z reżimami zbrodniczymi. To nie jest atak na Karola Nawrockiego, lecz na Polaków, którzy go wybrali. Takie słowa nie są złośliwością, brzmią niebezpiecznie. Polska klasa polityczna jest rozbita, a Sikorski wystawia to rozbicie na widok zagranicy – robi widowisko, które z satysfakcją ogląda Moskwa. Kreml nie musi nic robić. Jego pracę wykonuje szef polskiej dyplomacji.
Hanna Shen
za:niezalezna.pl