Jarosław Kaczyński na Marszu: "Mamy dziś dwa języki - ludzie co innego mówią w domu, a co innego publicznie. Jak w PRL!"
"Czy sprawiedliwie są traktowane wielodzietne rodziny, których duża część żyje w stanie nędzy? Czy rozrastanie się w naszym kraju stanu nędzy jest sprawiedliwe?" - pytał zebranych na Marszu Jarosław Kaczyński.
Premier Jarosław Kaczyński podczas przemówienia na Marszu Wolności i Solidarności zorganizowanym przez Prawo i Sprawiedliwość w Warszawie, przygotował bardzo płomienną mowę. Oto co powiedział do zebrnych: "Dziękuję za to, że jesteście. Woda, deszcz, a jesteście w kolejnym marszu - marszu wolności, solidarności i niepodległości. Zacznę dzisiaj od solidarności - i to nie tylko dlatego, że przed 32 laty władza uderzyła w NSZZ "Solidarność", ale także z innego powodu. Solidarność jako relacja z innymi ludźmi jest czymś niesłychanie ważnym, bez solidarności nie ma wspólnoty, nie ma przede wszystkim wspólnoty narodowej, Polski. A przecież przyszliśmy tutaj dla Polski. Ale solidarność nie może być płytkim przeżyciem emocji, czczą deklaracją. Nie może być nawet głębszym przeżyciem w czasie jakichś ważnych uroczystości. To musi być coś bardzo realnego (...) czy Polska jest dzisiaj krajem sprawiedliwym? - pytał Kaczyński. I odpowiedział: "Pozwolę sobie odpowiedzieć w państwa i w imieniu milionów Polaków: po stokroć nie! Spójrzmy na sferę pracy - pracownikom odbierane są dzisiaj podstawowe prawa, likwidowane jest prawo pracy, zastępują je śmieciowe umowy. Niskie są płace - znacznie niższe niż te, które powinny wynikać z naszego poziomu zamożności jako narodu. To szkodzi naszej gospodarce. Całkowicie zniknęła ochrona pracy - można mówić, że nastąpił uwiąd ochrony pracy. Pracownicy traktowani są w wielu miejscach w sposób haniebny. Ale w tej chwili mówię o tych, którzy mają pracę, a jak wielką niesprawiedliwością jest bezrobocie, szczególnie wśród młodych".
I kontynuował: "Czy sprawiedliwie są traktowane wielodzietne rodziny, których duża część żyje w stanie nędzy? Czy rozrastanie się w naszym kraju stanu nędzy jest sprawiedliwe? Czy sprawiedliwie są traktowani mieszkańcy wsi i małych miast, gdzie likwidowane są szkoły, biblioteki, posterunki policji, stacje sanepidu i mnóstwo innych instytucji? Likwidowane sa miejsca pracy i obniżany jest poziom bezpieczeństwa. To wielka niesprawiedliwość, która dotyczy ogromnej części Polaków!".
Chyba najciekawszym momentem wystąpienia lidera PiS była mowa o polskiej wolności i jej kondycji. "Bez wolności nie ma Polski i narodu polskiego. Istotą polskości jest wolność. Pytanie o polską wolność dzisiaj jest ważne i istotne, w tym wypadku odpowiedź jest smutna. Wolność jest dzisiaj w naszej ojczyźnie na różne sposoby ograniczana. Mamy atak na wolność ze strony władzy. Przypomnijmy sobie choćby sprawę strony internetowej Antykomora i wprowadzenia ABW. (...) Mamy także ataki na kibiców - nie chodzi tu o awanturników, ale tych, którzy mają w rękach niepodobające się władzy napisy. Mieliśmy atak na wolność w sprawie nauki - pamiętamy sprawę książki o Wałęsie. Ta władza nie chce wolności i wie, że gdy ta wolność byłaby pełna, to nie mogli utrzymać się, by rządzić. Ale ten atak ze strony władz to dalece nie wszystko - mamy też atak ze strony polskich sądów. (...) Są w Polsce ludzie, o których nie można napisać książki, nie można napisać, co naprawdę w życiu robili. Trzeba to zmienić i my to z całą pewnością zmienim". I na koniec Kaczyński powiedział o wolności w polskiej nauce: "W wielu polskich instytucjach, które powinny być oazą wolności, tej wolności nie ma. Jeżeli ktoś jest po naszej stronie, to dotyka go ostracyzm, a często utrata pracy. (...) Mamy dwa języki - ludzie co innego mówią w domu, a co innego publicznie. Jak w PRL!".
za:www.fronda.pl/a/jaroslaw-kaczynski-na-marszu-mamy-dzis-dwa-jezyki-ludzie-co-innego-mowia-w-domu-a-co-innego-publicznie-jak-w-prl,32697.html
Relacja video
http://www.radiomaryja.pl/multimedia/iii-marsz-wolnosci-solidarnosci-i-niepodleglosci-w-32-rocznice-wprowadzenia-stanu-wojennego/
***
Od wprowadzenia stanu wojennego mijają właśnie 32 lata, a w świadomości wielu osób zaciera się nie tylko poczucie, ale też rozumienie tego, kto wówczas był bohaterem, a kto walczył przeciwko społeczeństwu i wypowiedział wojnę własnemu Narodowi.
Władze państwowe fetują Klub Generałów Wojska Polskiego, gdzie zasiadają relikty minionej epoki. 19 września jego członkowie zostali przyjęci w Belwederze przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Ten sam prezydent zapali dziś w oknie Belwederu świecę – symbol pamięci o ofiarach stanu wojennego. Z jednej strony honory dla oprawców, z drugiej – dla ich ofiar. Trudno o większą hipokryzję.
O tym, jak ważne dla głowy państwa było spotkanie z reżimowymi generałami, świadczy obecność na nim sekretarza stanu, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego generała Stanisława Kozieja oraz dyrektora Departamentu Zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi w BBN generała Lecha Konopki. W czasie spotkania prezydent specjalnie wyróżnił 90-letniego gen. Piotra Przyłuckiego, który w stanie wojennym był… komisarzem wojskowym w Ministerstwie Leśnictwa.
Nie tylko prezydent ceni sobie spotkania z „utrwalaczami władzy ludowej”, bo kilkakrotnie spotykał się z nimi także minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak oraz szef Sztabu Generalnego WP generał Mieczysław Cieniuch.
18 września w siedzibie MON zostało podpisane porozumienie dotyczące współpracy ministerstwa z Klubem Generałów, a ministrowi asystowali podsekretarz stanu ds. uzbrojenia gen. Waldemar Skrzypczak, dyrektor Departamentu Wychowania i Promocji Obronności płk Jerzy Gutowski oraz dyrektor gabinetu ministra obrony narodowej płk Piotr Nidecki.
Nie było to oczywiście pierwsze takie spotkanie, bo odbywały się one już wcześniej. Podczas wizyty u prezydenta Komorowskiego funkcjonariusze dawnego reżimu usłyszeli, że „istnieje potrzeba budowy dużej gamy instytucji oddziałujących na społeczeństwo w zakresie szeroko pojętej obronności państwa. Jednym z takich stowarzyszeń jest Klub Generałów Wojska Polskiego, skupiający generałów, których suma doświadczeń życiowych i zawodowych jest godna najwyższego uznania”. Przyjrzyjmy się więc, przed kim chyli czoła głowa naszego państwa.
WRON – reaktywacja
Klub powstał kilkanaście lat temu z inicjatywy generałów Ludowego Wojska Polskiego. Charakterystyczne jest to, że utworzono go w 1996 r., w czasie rządów tzw. postkomuny, czyli SLD. Znaleźli się w nim m.in. członkowie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, np. gen. Józef Baryła, gen. Tadeusz Hupałowski, gen. Zbigniew Nowak, gen. Józef Użycki, gen. Zygmunt Zieliński, gen. Jerzy Jarosz. W gronie jego założycieli są tacy ludzie jak gen. Wojciech Barański, który jako szef Zarządu I Sztabu Głównego WP koordynował akcję użycia polskiego kontyngentu w inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku. W inwazji na Czechosłowację brał udział także Edward Dyski, wówczas dowódca 6. Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej, absolwent moskiewskiej Wojskowej Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR im. Klimenta.
Wśród założycieli klubu było więcej absolwentów moskiewskiej akademii, jak choćby gen. Jerzy Jarosz, któremu na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zlecono zadanie przygotowania akcji „oswobodzenia” Europy Zachodniej od imperialistów, w celu podjęcia odpowiednich przygotowań został wysłany jako attaché wojskowy do Brukseli. Był zaufanym człowiekiem gen. Jaruzelskiego.
Inny założyciel, również absolwent moskiewskiej akademii, gen. Roman Misztal w okresie stanu wojennego i po jego zakończeniu zaangażowany był w walkę z opozycją, a dokładnie jako szef Zarządu II Sztabu Generalnego (wywiadu) rozpracowywał związki pomiędzy opozycją a zagranicą.
W jednym ze sprawozdań z 1988 r. pisał: „Możliwość odczytania treści korespondencji prowadzonej między wrogimi ośrodkami w kraju i za granicą pozwala organom MSW skuteczniej kontrolować wrogą działalność”. W kręgu zainteresowań i działań operacyjnych podległego Misztalowi departamentu byli także duchowni polscy w Stolicy Apostolskiej.
Akcja infiltracji środowisk opozycyjnych i ich współpracowników na Zachodzie dla gen. Misztala była sprawą priorytetową, a szczególnie ulokowanie w tym środowisku agentury. On też zadbał o to, aby nie zabrakło służb specjalnych LWP na głównej linii frontu, czyli podczas demonstracji organizowanych przez „Solidarność”. Funkcjonariusze podległych mu służb, udając manifestantów, mieli za zadanie tworzyć tzw. zabezpieczenie, czyli pierścień okalający manifestantów, współdziałając z MO, ZOMO i SB. Był to jego osobisty pomysł.
Tym samym gen. Misztal pokazywał swoją lojalność wobec autorów stanu wojennego i głębokie przekonanie o konieczności obrony socjalistycznej Polski. Jego też należy zaliczyć do głównych autorów scenariusza uwłaszczenia postkomunistycznej nomenklatury oraz przejęcia przez funkcjonariuszy tajnych służb PRL znacznego majątku.
Klub reliktów przeszłości
W gronie członków Klubu Generałów znajdziemy wielu ludzi połączonych głęboką przyjaźnią z towarzyszami radzieckimi. Niewątpliwie bogatą przeszłość w tych kontaktach ma gen. dyw. Teodor Kufel, przeszkolony w ZSRS szef Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli kontrwywiadu formalnie podległego MON, faktycznie zaś, jak pisał prof. Wojciech Andrzej Roszkowski, w „Najnowszej historii Polski”: „półanalfabeta, ale wytrawny bezpieczniak, upatrzony na specjalne narzędzie KGB w Polsce” i nazywał go najwierniejszym agentem Moskwy.
Szef bezpieki wojskowej, z przeszłością w AL, w latach sześćdziesiątych kierował walką z Kościołem z ramienia wojska i represjami wobec wziętych do niego alumnów. Był także organizatorem antysemickich czystek w wojsku i prowokacji przeciwko niewygodnym generałom.
Powołał specjalny zespół do rozpracowań, w którego kręgu zainteresowań mógł znaleźć się każdy z prominentnych funkcjonariuszy, zarówno ci związani z nurtem „rewizjonistyczno-syjonistycznym”, jak i niezwiązani z nim, np. Czesław Kiszczak (zastępca Kufla) czy Jaruzelski. Choć należał do frakcji moczarowskiej, to przetrwał zmianę władzy, bo dysponował właściwymi hakami, które pozwoliły mu na uzyskanie w 1971 r. awansu na stopień generała dywizji.
Do klubu należy także Marian Ryba, który w 1945 r. zgłosił się do służby w Urzędzie Bezpieczeństwa. Od 1946 r. był prokuratorem, który oskarżał polskich patriotów i zasłynął tym, że domagał się dla nich surowych wyroków. W 1947 r. żądał kary śmierci dla plut. Władysława Ograbka ps. „Łokietek”, żołnierza Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Dla jego kolegów również zażądał najwyższego wymiaru kary lub bardzo surowego wyroku. Plutonowy Ograbek, jak chciał prokurator Ryba, został zamordowany. To nie jedyna ofiara Ryby.
Na sesji wyjazdowej sądu w Ostrowi Mazowieckiej Ryba oskarżał Władysława Kornelewskiego ps. „Grunt”, „Orlicz”, żołnierza Narodowej Organizacji Wojskowej i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, oraz jego adiutanta Henryka Olczaka ps. „Lew”, którzy także zostali skazani na śmierć. Wyrok został wykonany następnego dnia, więc skazani nie mieli nawet możliwości zwrócić się do Bieruta o akt łaski. Jego sumienie obciąża także mord sądowy na Edwardzie Szałańskim, żołnierzu NZW, zamordowanym w więzieniu w Płocku w 1951 roku. Oskarżał też Witolda Starczewskiego ps. „Wiktor”, „Wiktor-Pobóg” z Torunia, wobec którego sąd także orzekł najwyższy wymiar kary.
Z udziałem Ryby jako prokuratora na sali sądowej zapadały wyroki śmierci nawet dla tak młodych ludzi jak 21-letni Zdzisław Grześko czy 22-letni Marian Nowak z Szubina. Ten sam los podzielili inni skazani w tej sprawie. Ryba był współpracownikiem osławionego sędziego Mieczysława Widaja. Za gorliwość został doceniony i w latach 1956-1968 pełnił funkcję naczelnego prokuratora wojskowego.
Lista generałów, utrwalaczy władzy ludowej, jest dłuższa, znajduje się na niej np. gen. Józef Baryła głęboko zakorzeniony w czeluściach PPR. Baryła był w warszawskim komitecie razem z Marcelim Nowotką, a następnie został dowódcą oddziału AL. Pacyfikował nie tylko podziemie niepodległościowe po wojnie, ale miał także swój udział w pacyfikacji robotników na Wybrzeżu w 1970 roku.
Wówczas jako pierwszy otrzymał do akceptacji wniosek o użycie Wojsk Obrony Wewnętrznej i przekazał go do Sztabu Generalnego. W stanie wojennym był członkiem WRON, a od 1986 r. członkiem Biura Politycznego KC PZPR i drugą, po Jaruzelskim, osobą w partyjnej hierarchii. To jemu Jaruzelski zlecił akcję urabiania ideologicznego młodzieży (w swoim gabinecie zawiesił mapę Polski, na której chorągiewkami zaznaczał odwiedzone w tym celu miejsca) i postawił go na czele Zespołu ds. Patriotyczno-Obronnego Wychowania Społeczeństwa ze Szczególnym Uwzględnieniem Młodzieży.
Celem tego wychowania miało być utożsamianie się młodzieży z ideą internacjonalizmu i oddanie przyjaźni polsko-sowieckiej. Metody osiągnięcia tego celu określił następująco: „Trzeba pokazywać antynarodową postawę przeciwnika politycznego. Należy prowadzić ostrą, bezkompromisową walkę z jawną bzdurą i zakłamaniem prezentowanymi w prasie katolickiej (…)”.
Oczywiście nie mogło w Klubie Generałów zabraknąć gen. Floriana Siwickiego, jednego z autorów stanu wojennego, który należał do jego ścisłego kierownictwa, tzw. dyrektoriatu. IPN oskarżył go o udział w „grupie przestępczej o charakterze zbrojnym”, do której należeli także Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak oraz Tadeusz Tuczapski. Sąd przychylił się do tego oskarżenia, ale – jak to jest w zwyczaju w III RP – wyrok nie zapadł.
Zanim jednak Siwicki przeprowadził akcję pacyfikacji „Solidarności”, zdobył niezbędne doświadczenie w operacji „Dunaj”, dowodząc 2. Armią, wchodzącą w skład sowieckiego zgrupowania gen. Iwana Pawłowskiego. Siwicki miał wówczas pod swoim dowództwem 18 tys. 500 żołnierzy LWP dysponujących 471 czołgami i 542 transporterami opancerzonymi. Trzeba przypomnieć, że w czasie inwazji na Czechosłowację zginęło ok. 100 obywateli tego państwa.
Innym zasłużonym w walce z „wrogami ludu” generałem jest Józef Szewczyk, naczelny prokurator wojskowy w latach 1975-1984. W stanie wojennym domagał się podwyższenia wyroków dla górników z kopalni „Wujek”, obciążając ich winą za śmierć kolegów w starciach z ZOMO w dniu 16 grudnia 1981 roku. Jego zdaniem, strajkujący otrzymali zbyt niskie kary (3-4 lata więzienia), więc w rewizji nadzwyczajnej żądał podwyższenia wyroków do 8-10 lat. Trzeba też pamiętać, że to właśnie przed sądami wojskowymi zapadały najwyższe wyroki w stanie wojennym. Szewczyk osobiście angażował się w najważniejsze śledztwa.
Nadzorował również śledztwo w sprawie księdza Franciszka Blachnickiego, twórcy Ruchu Światło-Życie, oskarżonego o „wejście w porozumienie z osobami działającymi na rzecz obcych organizacji (…) w celu działalności na szkodę interesów politycznych PRL”.
Wiecznie żywa propaganda
W podpisanym z MON porozumieniu jest m.in. mowa o roli, jaką Klub Generałów ma odgrywać w działalności związanej z historią, tradycjami i kształtowaniem patriotyzmu, a sam minister – jak czytamy na stronie klubu – „podkreślił, iż porozumienie stanowi mocny sygnał dla całego wojska, że istnieje taka instytucja jak Klub Generałów WP, która zrzesza ludzi doświadczonych i kompetentnych”. Niestety dodał też, że „wykorzystywanie wiedzy i doświadczenia osób, które wcześniej pełniły wysokie stanowiska w wojsku, to właściwy kierunek, w jakim powinniśmy podążać”.
Generałowie aż się palą do tego, żeby dzielić się swoim doświadczeniem, a w szczególności uczyć żołnierzy patriotyzmu oraz historii. Czytając jednak publikacje zamieszczane na stronie klubu, nie mamy wątpliwości, że edukacja historyczna uprawiana przez jego członków ma służyć reanimacji ideologii, której służyli przez całe życie i budzić przekonanie, że to właśnie oni stali po właściwej stronie.
Anna Kołakowska
za:www.naszdziennik.pl/mysl/62314,pomost-pomiedzy-prl-a-iii-rp.html
***
Jarosław Kaczyński: byłyby dziesiątki życiorysów Donalda Tuska, gdyby w Polsce była wolność
Są w Polsce ludzie, o których nie można napisać książki, o których nie można napisać, co naprawdę w życiu robili, nie można napisać ich życiorysów. Byłyby dziesiątki życiorysów Donalda Tuska, byłoby o czym pisać, gdybyśmy byli wolnym pod tym względem krajem - mówił na Marszu Wolności, Solidarności i Niepodległości prezes PiS Jarosław Kaczyński.
Organizowany przez Prawo i Sprawiedliwosc oraz kluby "Gazety Polskiej" Marsz Wolności, Solidarności i Niepodległości przyciągnął jak co roku tysiące ludzi. Tłum, niosąc flagi i śpiewając hymn, wyruszył z placu Trzech Krzyży, aby dojść przed pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Tam - po przemówieniach m.in. Andrzeja Gwiazdy i Zbigniewa Romaszewskiego - zabrał głos Jarosław Kaczyński. Lider opozycji zaczął od podziękowań dla tysięcy zgromadzonych, którzy przybyli na marsz:
- Dziękuję za to, że jesteście tutaj. Późno, woda, deszcz, a jesteście. W kolejnym marszu: wolności, solidarności i niepodległości. Zacznę dzisiaj od solidarności i to nie tylko dlatego, że przed 32 laty władza uderzyła w NSZZ "Solidarność". Także z innego powodu. Solidarność jako relacja między ludźmi jest czymś niesłychanie ważnym. Bez solidarności nie ma wspólnoty. Nie ma przede wszystkim wspólnoty narodowej - Polski. A przecież przyszliśmy tutaj właśnie dla Polski. Ale solidarność nie może być płytkim przeżyciem emocjonalnym i czczą deklaracją. To musi być coś bardzo realnego. To musi oznaczać rzeczywisty kształt stosunków społecznych. A spoiwem solidarności jest sprawiedliwość. Bo tylko sprawiedliwość tworzy podstawy rzeczywistej jedności. I dlatego mamy prawo i obowiązek zapytać dziś, jak jest z polską solidarnością.
Czy Polska jest dzisiaj krajem sprawiedliwym? Pozwolę sobie odpowiedzieć w Państwa imieniu: nie, po stokroć nie. Pracownikom odbierane są dziś podstawowe prawa, likwidowane jest prawo pracy, niskie są płace. To szkodzi pracownikom i polskiej gospodarce. Całkowicie zniknęła niemal ochrona pracy, nastąpił uwiąd ochrony pracy. Pracownicy traktowali są w wielu miejscach w sposób haniebny. A jak wielką niesprawiedliwością jest bezrobocie, w szczególności wśród młodych? - pytał Jarosław Kaczyński.
Lider PiS mówił też o służbie zrowia i dysproporcjach społecznych. - Czy jakimkolwiek uczciwym człowiekiem nie mogą wstrząsnąć widok ludzi chorych, którzy nie są leczeni? Tych przypadków jest w naszym kraju bardzo wiele. Czy sprawiedliwie traktowane są w Polsce wieloletnie rodziny, których ogromna część żyje w sferze ciężkiej nędzy? Czy rozrastanie się w naszym kraju sfery nędzy jest sprawiedliwe? Czy sprawiedliwie traktowani są mieszkańcy wsi i miałych miast, gdzie likwidowane są szkoły, posterunki policji, miejsca pracy? To wielka niesprawiedliwość, która dotyczy ogromnej części Polaków. Ale czy sprawiedliwość dotyczy podatków? Jedni płacą podatki, inni nie. Jedni są niszczeni, inni żyją w sferze przywilejów. Z Polski wyprowadzane są bez podatków ogromne sumy.
W przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego nie zabrakło innych tematów.
- Jest także zjawisko powszechne, które można traktować jako swego rodzaju matkę innych niesprawiedliwości. Tym zjawiskiskiem jest korupcja, nepotyzm, kolesiostwo, które rozlało się dzisiaj po kraju w rozmiarach przedtem nieznanych. Ono występowało od początku, od 1989 r., oczywiście było tego bardzo dużo także w komunizmie. Ale dziś sytuacja została doprowadzona do niebywałej wręcz skrajności.Sprawiedliwość jest ciągle zadaniem do wykonania. Sprawiedliwość jest podstawą solidarności, ale nasza wspólnota jest atakowana także na inne sposoby. Atakowane są podstawy moralne naszej wspólnoty: tradycja, zasady, wiara. Musimy te ataki odeprzeć, musimy być wspólnotą. Ale prawdziwą wspólnotą możemy być tylko wtedy, jeżeli będziemy niepodlegli. I postawmy teraz pytanie o polską niepodległość. Odwołam się do Węgier. Czy premier Orban, mówiąc: "Nie będziemy kolonią", nie postawił ostro i zdecydowanie problemu, który dotyka także naszego kraju? Czy nie jest tak, że w Polsce różne zewnętrzne siły mają wpływy dalece zbyt wielkie? To zjawisko groźne, za które płacimy na różne sposoby. Ale jeszcze groźniejsze jest to, jaki jest stosunek do tego zjawiska tzw. polskich elit. Ta uległość, ta gotowość do służenia, ten strach - to przypomina najgorsze czasy w naszych dziejach. Pamiętajcie: niepodległość to przede wszystkim wola niepodległości, to siła tych, którzy rządzą, i siła całego narodu. My chcemy być niepodlegli - bądźcie tego pewni.
Prezes Prawa i Sprawiedliwości kontynuował:
Jesteśmy narodem ludzi wolnych. Bez wolności nie ma Polski. I dlatego pytanie o polską wolność jest tak ważne. W tym wypadku odpowiedź jest smutna: wolność jest w naszej ojczyźnie na różne sposoby ograniczana. Mamy atak na wolność ze strony władzy. Przypomnijmy sobie sprawę strony internetowej antykomor.pl. Wkroczenie ABW, sprawa sądowa, umorzona - ale tej strony nie ma i już innej podobnej nie ma także. Ale mamy także ataki na kibiców. Nie chodzi tu o awanturników, tylko o tych, którzy mają w rękach niepodobające się władzy napisy. Są atakowani, są karani, to jest atak na wolność. Mieliśmy atak na wolność także w Sejmie. Na wolność polskiej nauki. Pamiętamy sprawę książki o Wałęsie, która była przedmiotem niesłychanego ataku. Są także zmiany w prawie, zmiany w ustawach, ograniczenie dostępu do informacji publicznej, pewne ograniczenia prawa do demonstracji. To są takie małe kroki, ale musimy się im przyglądać, bo ta władza nie chce wolności.
Wreszcie padło nazwisko premiera. - Mamy atak na wolność ze strony polskich sądów. Przepisy kodeksu karnego i cywilnego są wykorzystywane do ograniczania wolności słowa. Są w Polsce ludzie, o których nie można napisać książki, o których nie można napisać, co naprawdę w życiu robili, nie można napisać ich życiorysów. Byłyby dziesiątki życiorysów Donalda Tuska, byłoby o czym pisać, gdybyśmy byli wolnym pod tym względem krajem. Dzisiaj w bardzo wielu polskich instytucjach, także akademickich, tej wolności nie ma. [...] Mamy nastrój zastraszenia, mamy dwa języki, ludzie co innego mówią w domu, a co innego publicznie - tak jak za czasów PRL.
Jednym z głównych haseł marszu była solidarność z Ukrainą. Jarosław Kaczyński swoje przemówienie zakończył następującymi słowami: Kiedy mówię o wolności, muszę przypomnieć to hasło, które tak głęboko wryło się w naszą historię: "Za waszą i naszą wolność". Tu, w tym pochodzie, są studenci z Ukrainy. Pozdrawiam ich, pozdrawiam walczącą o wolność Ukrainę, pozdrawiam walczący Kijów, patrzymy na waszą determinację z szacunkiem i podziwem, przekazujemy wam z tego miejsca pozdrowienia. Kiedyś wolność maszerowała jako wielki ruch społeczny "Solidarności" przez Polskę, dziś po raz kolejny maszeruje przez Ukrainę. Mamy nadzieję, że wspólnie dojdziemy do wolności i niepodległości. I że będziemy solidarni. I że będziemy wspólnie budować nowy kształt Europy.
za:niezalezna.pl/49497-jaroslaw-kaczynski-bylyby-dziesiatki-zyciorysow-donalda-tuska-gdyby-w-polsce-byla-wolnosc
***
Przetrącony kręgosłup narodu
Minęło już pokolenie, bohaterowie stanu wojennego coraz liczniej odchodzą na wieczną wartę. Przy trumnie stanie grupa przyjaciół z tamtych lat, niekiedy pochyli się kilka pocztów sztandarowych, jakże często będących ostatnią pamiątką po zrujnowanych i rozkradzionych zakładach pracy, w których przed laty upominali się o godność, prawdę, wolność. Za wierność zrodzonemu w sierpniu 1980 roku ruchowi przyszło im zapłacić wysoką cenę.
Pogrzeby dużo mówią o Polsce, w jakiej żyjemy. Ordery na poduszkach, kompanie honorowe wojska, policji – w takiej scenerii żegna się wojewódzkich szefów bezpieki czy członków wojskowej junty z 13 grudnia 1981 roku. A urzędujący prezydent RP, w otoczeniu którego nie brakuje byłych pezetpeerowców, powiedział o generale Florianie Siwickim, członku WRON pacyfikującym wolnościowe marzenia Polaków w grudniu 1981 roku, a wcześniej Czechów i Słowaków w sierpniu 1968 roku: „Był bardzo miłym starszym panem”. Nie sposób sobie wyobrazić, co się będzie działo, gdy dopełni się ziemski czas tych najważniejszych generałów. Zrodzona przez nich III Rzeczpospolita zadba o godne pożegnanie, tak jak od blisko ćwierć wieku dba o ich portfele oraz dobre samopoczucie, nie szczędząc komplementów i zapraszając na salony.
Dzisiaj już jasno widać, że Polska stan wojenny przegrała. Narodowi skutecznie przetrącono kręgosłup. „Solidarność” trwała za krótko. W 16 miesięcy nie można było odbudować kilkudziesięcioletnich spustoszeń pozostawionych przez komunizm. To tylko tyle, żeby się wyrwać z czerwonej topieli, w której nas zanurzono, wystawić głowę, złapać haust świeżego powietrza. Po 13 grudnia 1981 roku żołnierskie i bezpieczniackie łapy znów nas chwyciły, aby wepchnąć w to bagno.
W 1989 roku wydawało się, że osiem lat po „zimie waszej” wreszcie jesienią przyszła „wiosna nasza”. Wielosettysięczne manifestacje w Budapeszcie, Pradze, burzenie muru berlińskiego, domagający się niepodległości Litwini, Łotysze, Estończycy, śmierć rumuńskiego satrapy… Komunizm upadał tak widowiskowo, że niektórzy wieszczyli wręcz koniec historii.
Trudno się było oprzeć atmosferze zwycięstwa oczekiwanego od pokoleń. Miliony zachłysnęły się wolnością, co przesłoniło dokonującą się ponad ich głowami gigantyczną operację, której celem było zachowanie układów i powiązań starego systemu. Stan wojenny był przy niej prymitywną ruchawką – przeciwko bezbronnemu narodowi wyprowadzono czołgi i uzbrojone w pały hordy. Takie rozwiązanie było jednak krótkotrwałe i nie mogło przynieść efektów. Komuniści doskonale wykorzystali zyskany po stanie wojennym czas. Represjami spacyfikowali i zmęczyli Naród. Te lata to nie tylko ofiary śmiertelne, więzieni, ale setki tysięcy, którym pogruchotano życie, złamano kariery, zepchnięto na margines. Do emigracji zmuszono ponad 800 tys. Polaków, i to tych najaktywniejszych, często zaangażowanych społecznie. Tę wyrwę w społecznej tkance zapełnili ludzie, którzy nie mieli oporów, aby zająć miejsce po wyrzuconych z pracy, represjonowanych. Dzisiaj możemy ich oglądać w niejednej telewizji…
Ile współczesnych uczonych „autorytetów” złożyło wtedy podpis, aby móc wyjechać. To w połowie lat 80. XX wieku agentura osiągnęła stan z czasów stalinowskich. Od innych wymagano tylko milczenia i to już wystarczyło komunistom. Takiej postawie części inteligencji poświęcił jeden ze swych utworów Jacek Kaczmarski: „Zaszczytami zaszczuci,/ obarczeni sławą/ Nie poznaliśmy strachu o skórę…”.
Śpiewanie go na koncertach w Chicago poprzedzał krótkim wstępem: „Piosenka pt. ’Artyści’ dotycząca również postawy wobec stanu wojennego, tym razem artystów, którzy przebywając na świecie na polskich paszportach służbowych, artystycznych, pagartowskich zapomnieli po 13 grudnia o wszystkim tym, co robili przed 13 grudnia. Zapomnieli swoich własnych piosenek, poematów, filmów, książek itp. W zamian za co mogą zarabiać na Zachodzie, żyć w Polsce i utrzymywać poprawne stosunki z nową władzą. Piosenka dedykowana oczywiście wszystkim tym artystom, ze szczególnym uhonorowaniem Andrzeja Wajdy”.
W marcu 1982 roku w jednym z instytutów UJ na zebraniu PZPR wybrano nowego I sekretarza POP PZPR (dzisiaj jest profesorem i wykłada na jezuickiej uczelni). Ostatni raz towarzysze zebrali się 13 stycznia 1989 roku. Przybyła połowa z 22 członków. Kilka lat temu przeczytałem te nazwiska jednemu z pracowników instytutu, nie mówiąc, co to za lista. Paru nie żyło, a reszta stanowiła radę naukową instytutu. To było przed kilku laty, dzisiaj są już dyrektorami katedr, prorektorami… Oczywiście, jak większość środowiska akademickiego pouczają, czym jest demokracja, brzydzą się lustracją, polskim zaściankiem i ciemnogrodem, jak zawsze w „awangardzie postępu…” i w budowie „nowego, wspaniałego świata”. Tylko jakie wzorce moralne może dać młodemu pokoleniu takie środowisko, jakich kształci następców?
13 grudnia 1981 roku każdy z Polaków musiał dokonać wyboru. Starły się dwa światy. Z jednej strony heroizm, wierność, odwaga, skromność, przyzwoitość, a z drugiej prywata, hipokryzja, cynizm, cwaniactwo, zwykłe tchórzostwo. Wybór tego drugiego nie pozostawał bez konsekwencji. Sumienie zagłuszano nihilizmem, pogardą dla tego pierwszego świata. Niestety, to ten drugi stał się fundamentem założycielskim III RP. Jak długo będziemy płacić za ten wybór, zależy już od naszego wysiłku i pracy. Tytanicznej pracy nad odbudową polskiej elity.
dr Jarosław Szarek
za::www.naszdziennik.pl/wp/62345,przetracony-kregoslup-narodu.html
***
Zapomniani
Był drobny i nieśmiały, więc w celi przy Montelupich w Krakowie szybko stał się ofiarą kryminalistów, którzy pastwili się nad nim dniem i nocą. Kiedy członek KPN Jacek Żaba, skazany w 1986 r. na pięć lat za „sabotaż”, prosił o zgodę na korespondencję, komendant więzienia zanotował na odwrocie jego podania: „Wykolejeniec i debil. Prośby nie popieram”. Mimo formalnego zniesienia stanu wojennego w 1983 r., wiele regulacji prawnych z tamtego okresu obowiązywało do końca lat 80. – gehenna młodego chłopaka miała więc trwać jeszcze długo, zanim znalazła tragiczny finał.
Zygmunta Grzesiaka, aresztowanego w 1986 r. za „czynienie przygotowań do zamachu terrorystycznego”, wieziono na badania psychiatryczne do Warszawy przez osiem godzin w nieogrzewanej części nyski, kiedy na dworze panował 20-stopniowy mróz.
Jackowi Mleczce, też oskarżonemu w 1986 r. o „terroryzm”, odmówiono w więzieniu prawa do pomocy medycznej, choć z powodu wrodzonej wady serca potrzebował pilnie kontroli kardiologicznej.
Dramaty te – i wiele innych – łączy nazwisko funkcjonariusza SB Jerzego Stachowicza, który w 1986 r. prowadził śledztwo w sprawie „sabotażu” w krakowskiej zajezdni autobusowej i równolegle akcję przeciwko „krakowskim terrorystom”, czyli Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość”.
W III RP o Jacku Żabie przypomniano sobie nie dlatego, że został zaszczuty w PRL na śmierć, lecz na marginesie skandalu, który wybuchł w 2008 r., gdy prowadzący jego sprawę w latach 80. funkcjonariusz SB Jerzy Stachowicz został – jako emerytowany dyrektor departamentu w ABW – ekspertem komisji mającej wykazać, że PiS wywierało naciski na służby specjalne. Po protestach ludzi, których prześladował w PRL, musiał się szybko wycofać.
Jacek Żaba nie spyta już, dlaczego Stachowicz przeszedł pozytywnie weryfikację, po 1989 r. pracował w UOP, potem w ABW, zaś w maju 2003 r. Aleksander Kwaśniewski przyznał mu Srebrny Krzyż Zasługi za „wybitne zasługi w działalności na rzecz umacniania bezpieczeństwa wewnętrznego kraju”. Ale krakowską karierę Stachowicza lat 80. w SB pamięta wielu. Był zimny i opanowany, nie podnosił głosu, za to często groził śmiercią i szantażował. „Niszczył ludzi, gwałcił sumienia, przetrącał kręgosłupy” – mówią jego ofiary.
Droga przez mękę
21-letni Jacek Żaba pracował jako elektromonter w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Krakowie. Chodził na demonstracje po wprowadzeniu stanu wojennego. Zatrzymany w sierpniu 1982 r. w Nowej Hucie przesiedział ponad pięć miesięcy w areszcie.
W połowie lat 80. „Solidarność” zaczął ogarniać marazm, a tłumy biorące udział w akcjach protestacyjnych mocno się przerzedziły. W 1985 r., kiedy zbliżała się kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a wszystko wskazywało na to, że przejdzie ona bez szerszego rozgłosu, Kazimierz Krauze z KPN zdecydował się wywołać strajk w MPK. O pomoc poprosił młodszego kolegę, zawsze chętnego do pomocy Jacka Żabę. Nocą z 12 na 13 grudnia poprzecinali paski klinowe w trzydziestu autobusach, by te nie mogły rano wyjechać na miasto. Jeden z kierowców zauważył jeszcze nocą, że jego ikarus jest uszkodzony, zaalarmował więc dyspozytora. Błyskawicznie na miejsce zjechały milicja i bezpieka.
Akcję uznano za sabotaż i rozpoczęto szybkie śledztwo. Agentura spisała się dobrze: w marcu 1986 r. po donosie wpadł Krauze. Wzięty w obroty przez Stachowicza po miesiącu przyznał się, choć o Jacku Żabie nie powiedział nic. Stachowicz jednak domyślał się, że ktoś musiał Krauzemu pomagać. Jak trafił na trop Żaby? Tego nie wiadomo do dzisiaj.
Młody chłopak początkowo nie chciał zeznawać, lecz Stachowicz potrafił sobie z nim poradzić. Sprawie nadano szybkie tempo – już 26 czerwca zapadły wyroki za „sabotaż”: półtora roku dla Żaby, pięć dla Krauzego. Żaba trafił między grypsujących, a ci z miejsca wyczuli jego słabość. Kruchy psychicznie i lekko opóźniony w rozwoju budził agresję pospolitych bandytów. Bity i poniżany zamykał się w sobie. Stał się ofiarą szczególnego okrucieństwa ze strony strażników. Zamykali go w karcerze, spinali pasami. Udręczony i odizolowany od świata zewnętrznego tracił powoli kontakt z otoczeniem: milczał, nie jadł, siedział skulony pod ścianą, załatwiał się pod siebie.
Wreszcie w 1988 r. dojrzał światełko w tunelu – dostał urlop w odbywaniu kary ze względu na stan zdrowia.
Otworzył okno i wyskoczył
Miał nadzieję, że więzienny koszmar więcej nie powróci, a utwierdził go w tej nadziei sam Jacek Kuroń. Po Międzynarodowej Konferencji Praw Człowieka w kościele pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Krakowie, w sierpniu 1988 r., na spotkaniu prawie dwóch tysięcy osób z Kuroniem ktoś zapytał o więźniów politycznych i wymienił nazwisko Żaby. I wówczas Kuroń dał Jackowi Żabie publicznie słowo, że więcej do więzienia nie wróci. Ten uwierzył i zaczął płakać.
Kiedy w lutym 1989 r. trwały już rozmowy Okrągłego Stołu, dostał niespodziewanie nakaz powrotu na Montelupich. Nie miał mu kto pomóc: matkę stracił w dzieciństwie, sam nie potrafił upomnieć się o obiecaną wolność, nie potrafił dotrzeć do wielkich „Solidarności”, którzy już rozmawiali z komunistami. Otworzył więc okno w mieszkaniu na ósmym piętrze i wyskoczył.
Kto jest winien tej śmierci? Prokuratura, sąd, współwięźniowie, strażnicy? Stachowicz nie ponosi, rzecz jasna, odpowiedzialności za to, że Jacek Żaba nie zniósł więziennych prześladowań, ale to jego „metody śledcze” były kamieniem, który poruszył lawinę nieszczęść.
Uderzenie w niepodległościowców
Równolegle do sprawy „sabotażystów” z MPK toczyło się w Krakowie drugie śledztwo, w którym swój udział miał Stachowicz – tym razem szło o „terrorystów”.
W kwietniu 1986 r. na Rynek Główny w Krakowie wjechała ekipa specjalna SB. Funkcjonariusze weszli na dach kamienicy numer 43, gdzie znaleźli dwie wyrzutnie ulotek i gazu łzawiącego. Urządzenie, które miało zadziałać dzięki radiowemu mechanizmowi odpalającemu, zostało zainstalowane przez działaczy Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość” zaledwie kilka godzin wcześniej. Prawdopodobnie ktoś doniósł. W wyrzutniach znaleziono ulotki proklamujące 1 maja 1986 r. dniem solidarności z walczącym Afganistanem i pociski z milicyjnym gazem łzawiącym, które miały spaść – jak planowali organizatorzy akcji – między trybuną pierwszomajową a uczestnikami wiecu, nie czyniąc nikomu krzywdy.
Tymczasem od marca 1986 r. w areszcie siedziały dwie studentki zatrzymane za roznoszenie ulotek LDP „N”. Po wykryciu instalacji w Rynku ich sprawę przejęli niezawodny Stachowicz i Karol Suder – przesłuchania stawały się coraz brutalniejsze. „Włosy i zęby ci wypadną – usłyszała jedna z nich. – Pójdziesz siedzieć na 15 lat za szpiegostwo i terroryzm”. Podczas ciężkiego śledztwa przyznała się do przeprowadzenia „rozpoznania terenu” w Rynku.
Druga studentka po brutalnych przesłuchaniach i obejrzeniu zdjęć z wizji lokalnej na dachu kamienicy opowiedziała o przygotowaniach do akcji 1 maja. Przeszła zaraz potem poważne załamanie nerwowe. Umieszczona w izbie chorych w więzieniu przy Montelupich odwołała zeznania i wszystko zaczęło się od nowa: trzy dni przesłuchań bez przerwy – regularny konwejer. Mdlała wiele razy przy zmieniających się co parę godzin esbekach. Dopiero trzeciego dnia karetka odwiozła ją na 24 godziny do izby chorych.
Jak SB połączyła sprawę wyrzutni z osobą Zygmunta Grzesiaka, szefa Małopolskiego Oddziału LDP „N”? Prawdopodobnie zawiodła ich do niego notatka znaleziona w torbie jednej ze studentek z terminem spotkania i jego nazwiskiem. Ruszyła lawina aresztowań, które objęły – obok Zygmunta Grzesiaka – dziewięć osób.
„Gdzie są granaty?”
W nowohuckim mieszkaniu Zygmunta Grzesiaka po jego aresztowaniu 7 lipca ubecy pod dowództwem Stachowicza przetrząsnęli każdy kąt. Wciąż nadchodzili nowi funkcjonariusze – w końcu w maleńkim pokoju z kuchnią było ich ponad dwudziestu. Założyli dwudniowy kocioł.
„Zastrzegłam sobie, że muszę mieć miejsce do karmienia dziecka pod oknem, gdzie nikt nie będzie zaglądał – opowiadała Elżbieta Błońska-Grzesiak. – Dzięki temu udało mi się wyrzucić na dół karteczkę. Przesiadujące tam panie uprzedzały nadchodzących. Po wyjściu głównej ekipy atmosfera trochę zelżała. Panowie siedzieli po czterech, nawet chodzili na zakupy”.
Stachowicz groził Elżbiecie Grzesiak oddaniem jej trzymiesięcznego dziecka do sierocińca. Nękał nawet jej babcię w Przemyślu. Kiedy u sędziwej kobiety zjawili się esbecy, ta zaproponowała im herbatę. Wtedy słyszała krzyk: „Gdzie są granaty?”.
Aresztowanym przedstawiono zarzut „czynienia przygotowań do zamachu terrorystycznego oraz o działania zmierzające do wywołania niepokoju publicznego”.
Aby nikt się o nich nie upominał, komunistyczna prasa kreowała atmosferę strachu przed zamachami. Już 1 maja „Gazeta Krakowska” pisała o zatrzymaniu „grupy terrorystów, którzy chcieli pozbawić życia tysiące spokojnych ludzi”, wykolejając pociągi i wysadzając wiadukt kolejowy; dwa tygodnie później TV nadała audycję o „zamachu na Rynku”, a następnego dnia w „Gazecie Krakowskiej” umieszczono na pierwszej stronie artykuł „Bezwzględne oblicze terroryzmu”.
I przyznać trzeba, że działania te budziły w społeczeństwie nieufność wobec ludzi, którzy – w odróżnieniu od tzw. demokratycznej opozycji – nie chcieli poprzestać na słowach.
„Upadlał ludzi”
Gdy w 2008 r. wybuchła afera Stachowicza, Zygmunt i Elżbieta Grzesiakowie wyrażali przekonanie, że esbek był „kreatorem sytuacji upadlających ludzi”, że sam wymyślał dotkliwe instrumenty nacisku. Elżbieta podkreślała, że najgorsze było łamanie charakterów, ponieważ do dziś niektórzy nie potrafią się podnieść.
Jerzy Stachowicz nie odpowie za swoje czyny. Sprawa prowadzona przeciwko niemu przez IPN została umorzona, gdyż Sąd Najwyższy, interpretując 25 maja 2010 r. ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu z 1998 r., uznał, że przedawniły się czyny zagrożone karą do lat pięciu, a nieobjęte postępowaniem do 1995 roku.
Sąd Najwyższy zapewnił nietykalność nie tylko Stachowiczowi. Ilu jeszcze jemu podobnych żyje dziś w spokoju, podczas gdy ich ofiary ponoszą koszty wiary w to, że komunizm można było obalić?
Anna Zechenter
za:www.naszdziennik.pl/wp/62342,zapomniani.html
***
Odmowa jak zniewaga
Bronisław Komorowski nie reaguje na wnioski o pośmiertne odznaczenie płk. Ryszarda Kuklińskiego Orderem Orła Białego.
– Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie podjął dotychczas inicjatywy uhonorowania pułkownika Ryszarda Kuklińskiego Orderem Orła Białego – oświadczyła Małgorzata Naumann, dyrektor Biura Kadr i Odznaczeń Kancelarii Prezydenta RP, w reakcji na ostatnią taką prośbę.
Wystosował ją Krzysztof Nowacki, przewodniczący Koła Sympatyków Związku Narodowego Polskiego w USA. Jednak w sierpniu br. otrzymał odmowną decyzję.
– Pułkownik Kukliński jak najbardziej zasługuje na stopień generalski, zasługuje także na odznaczenie Orderem Orła Białego, ale tutaj nastąpiła odmowa – mówi „Naszemu Dziennikowi” Filip Frąckowiak, syn śp. prof. Józefa Szaniawskiego, twórcy Izby Pamięci Pułkownika Kuklińskiego w Warszawie, kultywujący tradycje ojca.
Naumann dodaje, że „sprawa ta była przedmiotem rozpatrzenia przez Kapitułę Orderu Orła Białego”, jednak „Kapituła postanowiła, że nie wystąpi do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z formalnym wnioskiem w tej sprawie”.
– Jeśli chodzi o Order Orła Białego, to jest to decyzja, którą prezydent może podjąć samodzielnie, nie musi słuchać kapituły. Przecież tak było, kiedy kapituła była przeciwko nadaniu Orła Białego Pileckiemu i Fieldorfowi, tam się sprzeciwiał m.in. Bartoszewski, i wówczas prezydent Kaczyński sprawę przesądził – wskazuje dr Jerzy Bukowski, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych i były reprezentant prasowy płk. Kuklińskiego. Bukowski wielokrotnie występował zarówno o odznaczenie orderem, jak i nominację generalską.
– Nam kapituła odpowiedziała, już za prezydentury Komorowskiego, iż nie chce robić precedensu, przyznając Order Orła Białego osobie zmarłej, co jest oczywiście słabym argumentem, ponieważ przyznano już wiele Orderów Orła Białego osobom nieżyjącym – podkreśla Bukowski. – To jest raczej chęć odsunięcia od siebie tej sprawy – ocenia.
– Szanse na pozytywną decyzję Komorowskiego są małe, prezydent dał już wyraz swojej opinii na ten temat – ocenia Frąckowiak. – Nie wiem, co mogłoby przeko- nać prezydenta Komorowskiego – dodaje.
Bukowski przypomina, że już rok po śmierci Kuklińskiego w 2004 r. wystąpił o jego odznaczenie i awans. – Po roku wystąpiłem do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego o obie te kwestie, czyli awans generalski i odznaczenie Orderem Orła Białego, i potem ponawialiśmy to za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego i oczywiście za prezydenta Bronisława Komorowskiego – przypomina.
Wszelkie propozycje napływające do Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w sprawie nadania pośmiertnie Orderu Orła Białego pułkownikowi Ryszardowi Kuklińskiemu były przedstawiane zarówno prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, jak i prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu. Dotychczas żaden z prezydentów nie podjął zgłaszanej inicjatywy – informuje biuro prasowe Kancelarii Prezydenta.
– Stosunek Lecha Kaczyńskiego do płk. Kuklińskiego był jednoznaczny, zawsze uważał Kuklińskiego za bohatera – zaznacza Bukowski. – Z prezydentem Kaczyńskim miałem nawet osobistą rozmowę na ten temat, powiedział, że wiosną 2010 r. porozmawiamy o tym szczegółowo, jak przyjedzie do Krakowa, ale nie doszło do tej rozmowy z powodu katastrofy smoleńskiej, a wiem, że prezydent Kaczyński był najbardziej chętny do tego, aby sprawę podjąć, tylko mówił, że tam pewne kwestie musi zbadać – relacjonuje rzecznik POKiN. – Ani Kwaśniewski wcześniej, ani Komorowski teraz nie dali żadnej odpowiedzi – podkreśla Bukowski.
„Nasz Dziennik” próbował dowiedzieć się, jakie było uzasadnienie decyzji, jednak kancelaria nas zbyła.
W związku z tym, że decyzje prezydenta RP w sprawie nadania bądź odmowy nadania orderu nie podlegają uzasadnieniu, nie jest możliwe przekazanie motywów takiego stanowiska. Nie jest również wiadome, jak prezydent RP ustosunkuje się do tej sprawy w przyszłości – oświadczyło biuro prasowe.
Koziej w defensywie
– Widzimy, jaki jest stosunek całego środowiska Pałacu Prezydenckiego i PO do żołnierzy wyklętych czy do ekshumacji ciał na Łączce, dlatego nie spodziewam się załatwienia sprawy z uhonorowaniem płk. Kuklińskiego – mówi Frąckowiak.
– Jest pytanie, co kieruje tym środowiskiem – zastanawia się. W maju br. w wywiadzie z szefem BBN Stanisławem Koziejem pojawiły się niezmiernie pozytywne elementy na temat postaci Kuklińskiego. – To ja zaraz napisałem do niego pismo, że liczę na poparcie, jeśli chodzi o awans Kuklińskiego – zwraca uwagę Bukowski.
„Na podstawie treści zawartych w przywołanym wyżej wywiadzie mam solidną podstawę, aby sądzić, że zechce Pan Generał być naszym sojusznikiem w tej jakże ważnej – dotyczącej wszak bliskich Panu narodowych imponderabiliów – sprawie. Jestem przekonany, że Prezydent Bronisław Komorowski bardzo poważnie wziąłby pod uwagę Pańskie orędownictwo, gdyby zdecydował się Pan z nim wystąpić, o co serdecznie proszę” – zwracał się rzecznik Porozumienia do szefa BBN.
– Koziej był nawet podwładnym Kuklińskiego w Sztabie Generalnym, mógłby być przychylny temu, żeby przyznać Kuklińskiemu awans – uważa Frąckowiak. Jednak Koziej jak na razie otwarcie nie poparł tej sprawy.
– Odpisał, że to ktoś musi wystąpić, że to musi iść przez MON, jednym słowem – zaczął mnożyć problemy – zaznacza Bukowski.
Jednak przedstawiciele organizacji kombatanckich nie poddają się i zapowiadają dalszą walkę o uhonorowanie Kuklińskiego.
– Będę o to konsekwentnie zabiegał, tak jak konsekwentnie zabiegam o degradację Jaruzelskiego, bo uważam, że to są dwie strony tego samego medalu. To byłoby zamknięcie pewnej klamry w zakresie polityki historycznej oceny PRL – Jaruzelski zdegradowany do szeregowca i pozbawiony orderów, w tym Virtuti Militari, a Kukliński generałem z Orderem Orła Białego – mówi rzecznik Porozumienia Kombatantów.
Jaruzelski a honor
Frąckowiak przypomina, że Kukliński miał świadomość istnienia konfliktu wokół jego osoby i tego, ilu miał przeciwników. Wskazuje na słowa Wojciecha Jaruzelskiego, który powiedział: „Jeżeli przywróci się cześć, honor i uniewinni Kuklińskiego, to znaczy, że to my nie mamy czci, honoru i że to my jesteśmy winni”.
Bukowski wskazuje, że idealną okazją do uhonorowania jest okrągła rocznica śmierci wojskowego przypadająca w lutym przyszłego roku.
– W lutym przyszłego roku będzie 10. rocznica śmierci Kuklińskiego. Wejdzie na ekrany film Pasikowskiego „Jack Strong”, jaki on będzie, taki będzie, ale spowoduje ożywienie dyskusji o Kuklińskim, więc z pewnością będziemy się o to upominać – zapowiada rzecznik Porozumienia Kombatantów.
– Oprócz tego cały czas upominam się w Sejmie, żeby przyjęto uchwałę, iż płk Kukliński dobrze zasłużył się Rzeczypospolitej. Rok temu pod jej projektem były zebrane już podpisy, głównie robiła to Solidarna Polska. Niestety, storpedowano to na poziomie komisji kultury, pani Śledzińska-Katarasińska (PO) nie powiedziała, że nie, ale argumentowała, że musi to być okrągła rocznica – przypomina Bukowski. – Wobec tego czekamy na okrągłą rocznicę, która będzie za trzy miesiące.
Zenon Baranowski
za:www.naszdziennik.pl/polska-kraj/62299,odmowa-jak-zniewaga.html