Publikacje polecane

Polska wymiera i emigruje. Młoda emigracja nie wróci do Polski

Mimo że wyjeżdżają przede wszystkim ludzie wykształceni, nie osiągną oni za granicą awansu społecznego. Bardzo mała część spośród nich trafi do biedniejszej klasy średniej, znaczna większość jednak do najniższej. Oni przynajmniej na dwa pokolenia skazują się na degradację społeczną - mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Rafał Lange, socjolog  z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.


Podążając za obietnicami otwarcia rynków pracy, zachętami ze strony rządu i, wreszcie, zmuszona trudną sytuacją ekonomiczną oraz brakiem perspektyw w kraju, ogromna rzesza naszych rodaków, zwłaszcza tych młodych, operatywnych, wykształconych, wyruszyła na zachód w celu poszukiwania pracy. Niektóre szacunki mówią nawet o 2,5 miliona osób w ciągu zaledwie ostatnich kilku lat. Słyszeliśmy z niezależnych mediów głównego nurtu, że tylko dorobią się tam i wrócą, by budować zasobną Polskę. To kiedy wrócą?


- Myślę, że nigdy nie wrócą. Blisko dziewięciu na dziesięciu spośród emigrantów deklaruje, że swoje plany na przyszłość wiąże raczej z obecnym miejscem pobytu niż z Polską. Te dziesięć procent, które rozważa, czy wrócić do kraju, ma ścieżkę reemigracji utrudnioną. Przebywając kilka lat w Londynie, Dublinie czy innych miastach wypadli z naszego rynku pracy. Spore grono ich znajomych też nie mieszka już w Polsce, zatem gdyby nawet powrócili, nie mają się już o kogo oprzeć w swoich staraniach o ponowne „urządzenie się” w Ojczyźnie. Jak wiemy z innych badań, na przykład prowadzonych przez Fundację Batorego, ¾ etatów w Polsce obsadzanych jest „po znajomości”. Dzisiaj bez tzw. kapitału towarzyskiego nie ma tu pracy, a oni już, niestety, ten „kapitał towarzyski” stracili.

Każdy z nas ma jakiś linearny pomysł na swoje życie. Na przykład taki, że pójdzie do szkoły, na studia, później do pracy, założy rodzinę, co wiąże się z miejscem zamieszkania. Jeżeli ktoś inwestuje w język obcy, w nowe kompetencje, nowe stopnie czy dokumenty poszerzające możliwości na rynku pracy, owe wybory wiążą osobę z miejscem, gdzie te kompetencje nabyła. Istnieje chociażby bardzo ograniczona możliwość nostryfikacji polskiego dyplomu w Wielkiej Brytanii i na odwrót. Tym bardziej, że pracodawcy w Polsce nie zawsze dobrze patrzą na osobę, która przyjechała z zagranicy ze zdobytymi tam kompetencjami.

Jeżeli ktoś wróci, to z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy z nich to wypadek losowy, gdy ktoś z rodziny w Polsce będzie wymagał opieki. Ale taka ewentualność dotyczy głównie przedstawicieli starszego pokolenia, czyli raczej osób po 35. roku życia. Młodsi nie czują się już tak związani relacją córka/syn – ojciec czy matka, by na starość zaopiekować się rodzicem.

Drugi zaś powód ewentualnego powrotu to problemy z adaptacją. Jak mówią sami niektórzy respondenci, oni czują się za granicą jak w delegacji. W Polsce nie są już u siebie, a tam - tym bardziej. To się przekłada na poważne problemy natury psychologicznej, często somatycznej. W czerwcu zeszłego roku Warszawski Instytut Medyczny przeprowadził badania wśród emigrantów w Wielkiej Brytanii. Okazało się, iż mieszkający tam Polacy spożywają o wiele więcej farmaceutyków - różnych środków przeciwbólowych, poprawiających samopoczucie, itd.


Płacą więc wysoką cenę za możliwość poprawienia statusu materialnego.



- Przeprowadzałem wywiady grupowe w Nowym Jorku, gdzie profil polskiej emigracji jest nieco inny. To są ludzie mieszkający z dala od Polski już od 20-30 lat. Na ich przykładzie można obserwować długotrwałe efekty emigracji. Spośród negatywów jako pierwsze rzuca się w oczy rozbite życie osobiste. Zostawiają w kraju rodzinę albo ta rozpada się już tam, z różnych przyczyn. W nakręconym kilkanaście lat temu filmie pt. Szczęśliwego Nowego Jorku reżyser pokazał takie właśnie postacie, co prawda przerysowane. Gdyby przyjrzeć się tamtejszej Polonii i naszym rodakom ukazanym w komedii Janusza Zaorskiego, widzimy wiele wspólnych cech. Oni sami określają się mianem crazy people, mówią, że są „zakręceni” pod względem stabilizacji życia rodzinnego.

Obawiam się, że to samo nastąpi również w przypadku emigracji „poakcesyjnej” do Unii Europejskiej. Zwłaszcza jeśli chodzi o młodych, spośród których tylko ¼ ma unormowane życie osobiste. Połowa, jeśli można tak powiedzieć, „singluje”, a ¼ żyje w związkach nieformalnych. Pod względem braku stabilizacji życiowej to są jeszcze wyższe statystyki niż odnoszące się do Polaków mieszkających w kraju. To tylko moja hipoteza, ale w ogóle warunki panujące za granicą nie sprzyjają temu, by się stabilizować. Tam cały czas trzeba być mobilnym. W Polsce jednak scenariusz wygląda na ogół tak: przyjeżdżam do miasta czy aglomeracji, tam biorę kredyt i osiadam. Stąd zresztą wziął się boom kredytowy trwający od początku wieku do roku 2008. Ludzie planowali: „w tym miejscu widzę swoją przyszłość”. A dlaczego boom się skończył? Oprócz tego, że pękła kredytowa „bańka” ludzie zaczęli się obawiać, czy rzeczywiście tu, w kraju zrealizują swoje życiowe scenariusze.

W wielokulturowym społeczeństwie chyba trudniej poczuć się częścią społeczności?

- Badaliśmy wśród najmłodszego pokolenia emigrantów tzw. podmioty tożsamości, czyli kryteria wokół których zamierzają oni planować swoje życie. Na pytanie: „kim chciałbyś być – członkiem społeczności we własnym kraju, czy społeczności na emigracji?” padło dwukrotnie więcej wskazań na kraj emigracji! Plusem dużych aglomeracji na Zachodzie jest to, że łatwiej się „schować”, łatwiej być anonimowym w wymieszanej etnicznie populacji. O wiele gorzej być Polakiem gdzieś, na przykład w walijskiej wiosce. Londyn jest pod tym względem specyficzny. Sami jego mieszkańcy twierdzą, że dwie trzecie populacji stolicy to emigranci. Istnieje określona hierarchia, której czubek stanowią Brytyjczycy spijający śmietankę z pracy imigrantów. Panujący tam system jest w istocie neo-niewolniczy. Dwieście lat temu trzeba było przemierzyć kawał świata, by schwytać i przywieźć na Wyspy złapanych do pracy przymusowej, było to kosztowne. Teraz niewolnicy przyjeżdżają sami i nie trzeba zapewniać im dachu nad głową oraz wyżywienia, na które muszą sami zapracować. Gospodarze myślą: ”co z tego, że im zapłacimy za pracę, skoro te pieniądze do nas wrócą, ponieważ koszty życia są bardzo wysokie”. Wielka Brytania zarabia nie tylko na spływających do budżetu podatkach, ale i choćby na wysokich opłatach za wynajem mieszkań.

Nasi rodacy mieszkający za granicą czują się Polakami, ale jednocześnie także częścią owych multikulturowych społeczeństw. Bardzo zastanawia mnie to, że w przypadku wszystkich emigrantów dochodzi do swego rodzaju projekcji. To taki mechanizm: kiedy wyjeżdżam, to tu gdzie trafiam jest „wspaniale”, a w Polsce jest „beznadziejnie”. Służy to, oczywiście, zracjonalizowaniu dokonanego wyboru. Niestety jednak, mimo że wyjeżdżają przede wszystkim ludzie wykształceni, nie osiągną oni za granicą awansu społecznego. Bardzo mała część spośród nich trafi do biedniejszej klasy średniej, znaczna większość jednak do najniższej, lower class. Oni jednak, w Polsce posiadający wykształcenie, nieruchomości, tam przynajmniej na dwa pokolenia skazują się na degradację społeczną. Chcą pójść w górę, tutaj zamknięto im drogi awansu. Nawet jeśli coś zarobią, to nie mogą odłożyć i chcąc awansować społecznie, muszą wyjechać. Można powiedzieć: to nie Wielka Brytania ich przyciągnęła, tylko my ich wypchnęliśmy.

Mówimy o specyficznej emigracji: osiadłych w Londynie, głównie młodych ludziach. Mówimy o najmłodszej i najlepiej wykształconej części emigracji, która ląduje w dużych ośrodkach miejskich szukając pracy zgodnej z kompetencjami. Nie zawsze się to udaje, jednak, niestety, zdecydowana większość pracuje poniżej swoich kwalifikacji, co stanowi jeden z największych elementów ich frustracji.

Lower class, do której trafia gros naszych rodaków odpowiada poziomem życia naszej klasie średniej. Nawet osoby z tamtejszej najniższej klasy stać, żeby co roku pojechać na zagraniczne wczasy czy zafundować sobie najnowszy gadżet. Gdy zapytamy polskich emigrantów o strukturę wydatków, okazuje się, że tylko 1,5 procent oszczędza! Oni konsumują. Poprzez media obserwują, jak mają się ich rówieśnicy z krajów zachodnich i chcieliby żyć podobnie. Nie pamiętają jednak o jednej rzeczy. Na status ich kolegów z Wielkiej Brytanii czy Niemiec pracowały całe pokolenia, a oni chcą osiągnąć podobny poziom życia w przeciągu zaledwie jednego.

Mimo niestabilnej sytuacji osobistej większości naszych emigrantów, Polki rodzą za granicą średnio znacznie więcej dzieci niż w kraju.

- Tak, ale nie dlatego, że np. Wielka Brytania przyznaje emigrantom tak wysokie świadczenia socjalne. To zjawisko ma związek z wiekiem tych, którzy wyjeżdżają. Wiekiem nazywanym w statystyce „okresem wejścia w pierwsze małżeństwo”. Wówczas ludzie najchętniej decydują się na potomstwo. Na wyspach emigranci otrzymują od państwa jakieś świadczenia, ale bardzo niewielkie w porównaniu z tzw. socjalem przyznawanym przez władze brytyjskie choćby 10 lat temu. Najważniejszym czynnikiem, dla którego decydujemy się na wyjazd jest zatem praca. To, że ją łatwo znajdę i nie stracę zbyt szybko. A jeśli nawet stracę, to szybko znajdę nową. W Polsce natomiast zatrudnienie jest dobrem luksusowym.

Co nasi młodzi emigranci mówią o Polsce? Czy jednoznacznie kojarzą kraj z którego wyjechali z państwem - III RP, czy też oddzielają te rzeczywistości, utożsamiając się z Ojczyzną?

- Mówią, że państwo ich zdradziło. Czują się związani najbardziej z tzw. małą ojczyzną: rodziną, znajomymi, krajobrazem, i to wszystko. O państwie, o Polsce mówią często pejoratywnie: „Polandia”.

Z jakimi problemami spotykają się najczęściej w Londynie?

- Przede wszystkim ekonomicznymi, związanymi z wysokimi kosztami wynajmu nieruchomości. O samym kupnie nie ma z reguły mowy, z powodu cen i z powodu braku historii kredytowej. Po drugie, doskwiera im poczucie oderwania. Nie czują się jeszcze u siebie, stoją jakby okrakiem pomiędzy nowym miejscem a Polską. Natomiast nie narzekają na relacje z Brytyjczykami, nasi rodacy mają dość dobrą opinię jako zazwyczaj pracowici i inteligentni.

Trzecią poważną kwestią jest „szklany sufit”. Dla emigrantów możliwości awansu społecznego są bardzo małe. Jeśli wyjedzie pan do Wielkiej Brytanii pracować jako dziennikarz, pana uposażenie będzie o jedną trzecią niższe niż Brytyjczyka na tym samym stanowisku. Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że znajdzie pan zatrudnienie w czasopiśmie brytyjskim, o wiele większe, że w redakcji pisma o kapitale zagranicznym. Tam funkcjonuje bardzo jasna narodowa polityka – pierwszeństwo mają Brytyjczycy o wyznaniu protestanckim. Polacy, przynajmniej w pierwszym pokoleniu, a więc osoby stosunkowo religijne, mają małe szanse na wybicie się.

Czy są przynajmniej świadomi istnienia owego „szklanego sufitu”?


- Tak, zwłaszcza ci lepiej wykształceni. Zdają sobie sprawę tego, że choćby z powodu wyczuwalnego akcentu w wymowie już są trochę „gorsi”. Zmianę na lepsze w traktowaniu odczują nie ich dzieci, lecz dopiero wnukowie.

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał Roman Motoła

Dr Rafał Lange wraz ze współpracownikami prowadził badania wśród reprezentatywnej grupy naszych rodaków, których struktura społeczna odpowiadała strukturze demograficznej londyńskich Polaków notowanych w 2011 roku przez Brytyjski Urząd Statystyczny.

za:www.pch24.pl/mloda-emigracja-nie-wroci-do-polski,20729,i.html#ixzz2rXHeJj96

***

Kuźmiuk: Polska wymiera i emigruje

We wczorajszym wydaniu Rzeczpospolitej, ukazał się artykuł potwierdzający, że rok 2013 pod względem demografii, był niestety najgorszy w naszej powojennej historii.
1. Wprawdzie nie ma jeszcze ostatecznych danych GUS za rok 2013 dotyczących liczby urodzeń i liczby zgonów ale są już twarde dane za 11 miesięcy poprzedniego roku.

GUS podał, że w okresie styczeń - listopad 2013 urodziło się tylko 343,4 tysiąca dzieci (rok wcześniej w tym samym okresie urodziło się 359 tysięcy dzieci czyli o ponad 15 tysięcy więcej).

Można zatem z dużym prawdopodobieństwem szacować na podstawie danych z lat poprzednich i urodzeń w poszczególnych miesiącach, że ostatecznie w całym roku 2013, urodziło się zaledwie 370 tysięcy dzieci, a więc o ponad 15 tysięcy mniej niż w roku biegłym.

Taka liczba urodzeń jest o ponad połowę niższa niż w okresie powojennego wyżu demograficznego kiedy rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie (w roku 1951 było to aż 784 tysięcy).

2. Jednocześnie z roku na rok przybywa zgonów. Według GUS w okresie styczeń - listopad 2013, w Polsce zmarło 355,2 tysiąca osób.

Można więc z dużym prawdopodobieństwem oszacować, na podstawie danych z lat poprzednich i zgonów w poszczególnych miesiącach, że w całym roku 2013, zmarło w naszym kraju około 390 tysięcy osób.

A więc w całym roku 2013 ujemny przyrost naturalny (czyli przewaga zgonów nad liczbą urodzonych dzieci) wyniósł około 20 tysięcy i był najwyższy od 1945 roku (ujemny przyrost naturalny wystąpił również w latach 2002-2005 i wahał się od - 3,9 tysiąca do - 14,1 tysiąca).

3. Na te niekorzystne tendencje demograficzne, nakłada się także ciągle trwająca emigracja z Polski.

Przypomnijmy tylko, że według danych GUS, na koniec 2012 roku poza Polską było 2 miliony 130 tysięcy naszych obywateli, którzy wyemigrowali od momentu otwarcia granic w maju 2004 roku, po wejściu naszego kraju do UE.

Wyjeżdżają głównie ludzie młodzi. Na ponad 2 mln Polaków, którzy opuścili nasz kraj w ostatnich latach, około 1,4 mln to ludzie do 39 roku życia w tym blisko 230 tysięcy to dzieci do 15 roku życia (a więc wyjeżdżają całe rodziny).

Jak wyliczył GUS najliczniejszą grupą pośród ponad 2 mln emigrantów z Polski to ludzie w wieku 25-34 lata, których jest blisko 730 tysięcy, a więc ponad 1/3 wszystkich tych korzy wyjechali z naszego kraju.

Jest to grupa, która rekrutuje się z roczników, w ramach których łącznie w Polsce przyszło na świat 6 milionów 850 tysięcy dzieci, co oznacza, że wyemigrowało z Polski 10,6% wszystkich urodzonych wtedy osób.

4. Ale to niestety nie koniec, niepomyślnych danych związanych z emigracją Polaków. Według badań prowadzonych przez prof. Krystynę Iglicką, eksperta polskiego rządu ds. polityki migracyjnej ,wyjazdy z Polski, trwają i będą trwały nadal.

Według tych badań w kolejnych 5 latach jeżeli nie zmieni się w sposób zasadniczy polityka rządu wobec młodego pokolenia, wyjedzie z Polski na stałe jeszcze przynajmniej od 500 do 800 tysięcy młodych ludzi.

Z przeprowadzonych ankiet wśród ludzi młodych wynika bowiem, że aż 64% z nich uważa, że tylko praca i życie za granicą, stwarza dla nich jakąkolwiek szansę na przyszłość, możliwość założenia rodziny i zdobycia mieszkania. Pozostanie w Polsce nie daje nawet nadziei na osiągnięcie tego wszystkiego w dającej się przewidzieć przyszłości.

5. Zamienne, że ten najgorszy pod względem przyrostu naturalnego rok został wcześniej ogłoszony przez premiera Tuska Rokiem Rodziny, a rząd twierdzi, że wprowadził wiele rozwiązań o charakterze prorodzinnym ( między innymi roczne urlopy macierzyńskie).

Eksperci wskazują jednak, że polityka rządu w tym zakresie jest chaotyczna, nie ma w niej przemyślanych i konsekwentnie wprowadzanych rozwiązań.

W rezultacie Polska niestety wymiera i emigruje.

Zbigniew Kuźmiuk

za:www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/kuzmiuk-polska-wymiera-i-emigruje,9723577289#ixzz2rzU8ossI

***

Słabe umowy, słabe pensje

Według danych rządowych na tzw. umowach śmieciowych pracuje obecnie około miliona Polaków. Jednak szacunki niezależnych od władzy ekspertów mówią o blisko 4 mln ludzi zatrudnionych w ten sposób.

Różnica w obliczeniach wynika stąd, że oprócz osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych (które nie zawsze równają się śmieciowej umowie) coraz częstszą praktyką jest bezprawne przedłużanie umów na czas określony. Albo zatrudnianie na etat, na którym formalnie pracownik osiąga płacę minimalną oraz godzi się na bardzo uznaniowe dopłacanie reszty „pod stołem”.

Bonzowie zamiast państwa


Mitem jest twierdzenie, że na umowach śmieciowych Polacy zarabiają zdecydowanie więcej. Tak się nie dzieje. Przede wszystkim dlatego, że trudna sytuacja na rynku pracy powoduje, iż pracodawcy od lat nie muszą znacząco podnosić wynagrodzeń. „Pod stołem” płaci się niewiele, a w dodatku często nawet ta forma zapłaty traktowana jest jak „pańska łaska”, skoro rzecz odbywa się „na gębę”. Warto tutaj przypomnieć, że niedawne badania Głównego Urzędu Statystycznego wskazały, iż 1,3 mln Polaków dostawało w 2012 r. nie więcej niż 1111 zł na rękę. Co oznacza najniższe wynagrodzenie. Tyle wystarcza na utrzymanie jednej osoby na poziomie minimum socjalnego. Zdaniem specjalistów, całościowe dane za 2013 r. będą przedstawiały się podobnie, co wprost związane jest z wysokimi statystykami bezrobocia (13,4 proc. w grudniu 2013 r.).

Tyle mówią statystyki. A jak rzecz wygląda w praktyce? W prowincjonalnym mieście słyszałem niedawno historię kilku kobiet, pracujących na śmieciowych umowach w przedsiębiorstwie zatrudniającym kilkadziesiąt osób. Pracodawca przyjechał rano do zakładu, wezwał je do siebie i zawiózł do swojego domu... który wysprzątały w ramach przedświątecznych porządków. Za wielogodzinną pracę dostały po 50 zł. Dlaczego się nie zbuntowały? Bo ofert pracy w ich okolicach nie ma, a nawet jeśli się zdarzają, to trzeba daleko dojeżdżać, co z kolei zabiera i pieniądze, i czas. Tym bardziej że okolica jest coraz gorzej skomunikowana, jak to na prowincji zwykle bywa. Otwarte zostawiam pytanie, ile małomiasteczkowy zwolennik dzikiego kapitalizmu zapłaciłby za sprzątanie swojej posesji profesjonalnej, prywatnej firmie.

Tak wyglądają w praktyce realia rynku pracy, których na co dzień doświadczają miliony Polaków. Mamy często do czynienia z lokalnymi bonzami, wobec których pracownicy są bezbronni, a instytucje państwowe bardzo opieszałe. Jeśli nawet pracę sprzątaczki załatwia się dziś na prowincji po znajomości, to jak się dziwić powszechności umów śmieciowych? A wbrew kolejnemu mitowi, nie tylko młodych wchodzących na rynek osób dotyczy ta kwestia.

System sięgnął dna


Umowa śmieciowa, która finansowo podobno bardziej opłaca się pracownikowi, odbiera mu większość praw powszechnie funkcjonujących w cywilizowanych krajach. Szczególnie w wypadku umowy o dzieło mało zarabiający ludzie pozostają praktycznie bez jakichkolwiek zabezpieczeń społecznych. Bilans wychodzi zdecydowanie na ich niekorzyść. Nie mają ubezpieczenia zdrowotnego ani emerytalnego, nie mają prawa do urlopu, płatnego zwolnienia chorobowego, nie chroni ich prawo pracy. Ta ostatnia kwestia szczególnie uderza w kobiety, które zaszły lub chciałyby zajść w ciążę. Bo niż demograficzny coraz mocniej wiąże się z niepewną sytuacją zawodową i socjalną polskich kobiet. A wszystko to jest znakiem ordynarnej eksploatacji najtańszej siły roboczej.

Świadectwo tego, jakiego dna sięga nasz system społeczno-gospodarczy: haruj, póki możesz, a gdy zachorujesz i nie będziesz mógł już na siebie zarobić – wegetuj po cichu albo umieraj; na twoje miejsce jest wielu innych chętnych – „taniego materiału ludzkiego” na rynku pracy nie brakuje.

Piotr Duda, szef Solidarności, przypomina, że związek już dwa lata temu złożył projekt ustawy dotyczący umów śmieciowych. Jego zdaniem Platforma Obywatelska proponuje „miękkie rozwiązania”, choćby „oskładkowanie umów cywilnoprawnych tylko do kwoty najniższego wynagrodzenia, a nie od rzeczywistych dochodów”. Dzięki temu zmniejszy się choć trochę atrakcyjność takich umów dla pracodawców, bowiem zwiększą się ich koszty. A przecież jeszcze dwa miesiące temu rząd odrzucał wszelkie propozycje Solidarności jako nierealistyczne. Stąd niedawne pytanie Dudy na łamach „Tygodnika Solidarność”: „Skąd taka nagła metamorfoza pana premiera, w sytuacji, gdy zmarnował siedem lat swoich rządów?”.

Kolesie śpią spokojnie

Jest kilka powodów, dla których rząd Platformy Obywatelskiej, mało refleksyjny w kwestiach społecznych, nastawiony na realizację interesów swoich najbogatszych wyborców, zaczął dostrzegać problemy z umowami śmieciowymi. Decydenci PO działają pod rosnącym naciskiem instytucji unijnych, które coraz baczniej przyglądają się realiom naszego zatrudnienia. Rząd bardziej boi się Unii, niż troszczy o obywateli polskiego państwa. Ponadto coraz większym problemem są finanse państwa, drenowane złą strategią rozwojową i nieumiejętną polityką fiskalną. Oskładkowanie umów cywilnoprawnych może przynieść około dwóch miliardów dodatkowych złotych do budżetu. Premier Tusk zapowiada także, że zamówienia publiczne będą otrzymywały tylko firmy, które zatrudniają na umowę o pracę.

Warto zaznaczyć pewne istotne różnice w stosunku do rozwiązań proponowanych przez rząd i Solidarność. Otóż PO, proponując „minimalne oskładkowanie” umów cywilnoprawnych, nie ruszyła praktycznie zarobków ludzi z „branży”... rad nadzorczych. Tymczasem to tam zarabia się naprawdę bajońskie sumy w ramach umów cywilnoprawnych. Nie trzeba większej wyobraźni, by zrozumieć, dlaczego PO nie chce się narażać najbogatszej części swojego elektoratu – mogłaby stracić życzliwość naprawdę wpływowych w Polsce środowisk. A przecież większość rad nadzorczych, jak kraj długi i szeroki, obsiedli ludzie PO.

Osobną kwestią jest to, że problemów ze śmieciowymi umowami nie rozwiąże się przez samo oskładkowanie. Pracownicy zatrudnieni na tego rodzaju umowach mają też o wiele głębiej sięgające problemy: nie podlegają sądom pracy w razie konfliktu z pracodawcą, a w wypadku egzekucji komorniczej mogą stracić całą pensję nawet jeśli są jedynymi żywicielami nawet wielodzietnej rodziny, ich sprawami nie może także zająć się Państwowa Inspekcja Pracy. Dlatego pracujący na budowach robotnicy, zatrudnieni na „śmieciówkach”, są w sytuacji niemal beznadziejnej, gdy dojdzie do wypadku. Tym bardziej że często pracują bez zabezpieczenia i o wiele trudniej mogą wywalczyć odszkodowanie. Tego rodzaju problemy społeczne, związane z umowami śmieciowymi, podnoszone przez Solidarność i opozycję, są jednak mało ważne dla rządu.

Krzysztof Wołodźko

Autor jest dziennikarzem „Nowego Obywatela”

za:niezalezna.pl/51333-slabe-umowy-slabe-pensje

***

Prof. Rybiński: "Polska umiera, a elity milczą"

Starzy ludzie i trumny. To są wyzwania, które przed nami stoją i trzeba się zastanowić co z tym zrobić. Żadne masowe medium tego problemu jednak nie dostrzegło, nie odbyły się debaty na ten temat. To jest też obraz gnicia polskich elit, które w ogóle nie interesują się losem kraju - mówi portalowi Stefczyk.info prof. Krzysztof Rybiński.

Stefczyk.info: Debata publiczna w Polsce krąży wokół różnych tematów, ale czy wokół tych co trzeba? Czy zajmujemy się tym co powinniśmy, czy tracimy czas i energię na błahostki?

Prof. Krzysztof Rybiński: Polskie media zajmują się w ostatnim czasie głównie śniegiem na drogach i torach, za to w ogóle nie ma dyskusji o prawdziwych wyzwaniach, które przed nami stoją. Media masowe, telewizja przede wszystkim, ale także gazety głównego nurtu, potrafią się skupić tylko na jednym temacie: jak i na co wydawać miliardy z Unii Europejskiej. Sprawy, które są istotne i dotyczą przyszłości Polski, są po prostu ignorowane. I to może nas drogo kosztować. To jest też obraz gnicia polskich elit, które w ogóle nie interesują się losem kraju.

Dlaczego może nas to drogo kosztować? Jakie poważne wyzwania, polityczne i ekonomiczne stoją dziś przed Polską?

Jest ich kilka. Pierwszym i z mojego punktu widzenia najważniejszym jest powolne wymieranie narodu polskiego. Demografię mamy fatalną, według danych GUS-u, w 2013 r. Polaków było o 37 tys. mniej niż rok wcześniej. Przypominam, że 2013 to rok, w którym populacja miała być jeszcze w miarę stabilna. A tu okazuje się, że jest gorzej niż myśleliśmy, że dzietność jest fatalna. Ten trend spadkowy ludności polskiej prawdopodobnie zacznie się szybciej i będzie silniejszy, niż dotychczas przypuszczano. Zaczniemy się starzeć bardzo szybko, za około pięć lat pierwszy wyż demograficzny zacznie przechodzić na emerytury, co zdewastuje finanse publiczne, dziura powiększy się o ok. 100 mld. zł rocznie, a potem zaczniemy wymierać w tępię ok 200 tys. osób rocznie. Czyli co roku będzie ubywać średniej wielkości miasto, jak Częstochowa czy Zabrze. To będzie miało dramatyczne konsekwencje. By zrozumieć co to oznacza dla państwa polskiego, trzeba spojrzeć na sektor szkolnictwa wyższego. Liczba studentów, czyli klientów szkolnictwa wyższego spadnie w przeciągu dekady z 2 do 1,2 mln. To spowoduje, że z 350 prywatnych uczelni  zbankrutuje 250, a może nawet 300. Część publicznych uczelni będzie również miała wtedy poważne problemy i zbankrutuje bądź będzie musiała się połączyć. Za 10 lat tak będzie wszędzie. Starzy ludzie i trumny. To są wyzwania, które przed nami stoją i trzeba się zastanowić co z tym zrobić. To może zniszczyć polską gospodarkę. Dlatego dziwi mnie, że po tym jak pojawił się raport GUS o demografii, żadne masowe medium tego nie dostrzegło, nie odbyły się debaty na ten temat.

Może media i elity uznały, że sobie z tym poradzimy. Jakoś to będzie?

Polska nie jest tak bogatym krajem jak Japonia, by powiedzieć: my sobie z tym poradzimy. Stać nas na to, by za to zapłacić. Jesteśmy wciąż krajem biednym. Zresztą demografia to nie jedyne wyzwanie, przed którym stoimy. Kolejnym jest dramatycznie niska innowacyjność, która na dodatek wciąż spada. Z powodu źle wydawanych pieniędzy unijnych innowacyjność w wielu sektorach gospodarki jest poniżej oczekiwań. To podwójny dramat, ponieważ  wysoka innowacyjność wyrównałaby braki wynikające z fatalnej demografii. Moglibyśmy sprzedawać nowoczesne towary na całym świecie i w ten sposób podtrzymać standard życia, a nawet go podnieść. Obecnie tak nie jest, a mimo tego nie widzę nawet zalążku poważnej debaty na ten temat.

Toczy się natomiast debata na temat emerytur. Prezydent Bronisław Komorowski skierował do TK w trybie kontroli następczej ustawę o zmianach w systemie OFE. Jeśli trybunał odrzuci ustawę może zabraknąć środków w budżecie. Jakie są na to szanse?

Minister finansów ma tak duże rezerwy finansowe na rachunkach w Narodowym Banku Polskim, że budżetowa zapaść nam raczej nie grozi, nawet gdyby trybunał w szybkim tępię unieważnił całą ustawę. Grozi nam jednak coś innego: Dług publiczny jest teraz na poziomie 58 proc. PKB. Jeśli w przeciągu roku dorzucimy do tego 1,5 proc., to przekroczymy dozwolony próg konstytucyjny 60 proc. i wtedy albo włączają się te wszystkie mechanizmy, które są zapisane w ustawie o finansach publicznych i konieczne będzie dokonane drastycznych oszczędności, albo dojdzie do zmiany konstytucji, by podwyższyć konstytucyjny próg długu publicznego. To oznaczałoby jednak utratę wiarygodności Polski w oczach inwestorów. Jeżeli inne kraje wpisują zabezpieczenia do swych konstytucji, by dług nie narastał, a Polska je demontuje, to znaczy, że jesteśmy narodem nieodpowiedzialny i u nas inwestować raczej nie należy. Trybunał będzie więc pod bardzo silną polityczną presją, by nie unieważnić ustawy o OFE. W końcu postawienie premiera  przed trybunałem stanu w roku wyborczym gwarantuje klęskę PO. Takie są bowiem skutki przekroczenia konstytucyjnej bariery długu. Skok na OFE to już praktycznie fakt dokonany i dlatego podejrzewam, że trybunał nie odważy się go cofnąć.


za:www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/prof-rybinski-polska-umiera,-a-elity-milcza,9735605012#ixzz2s0axU8H0