Do wybuchu II wojny światowej, Lwów było trzecim - po Warszawie i Krakowie - ogniskiem polskiej kultury. Wcześniej, w okresie zaborów, miasto stanowiło centrum ruchu niepodległościowego. Gdy Józef Piłsudski 22 listopada 1920 roku dekorował herb Lwowa orderem Virtuti Militari „za zasługi położone dla polskości tego grodu i jego przynależności do Polski”, mówił m. in.: „Po 1863 r. Lwów był miastem najmniej ugodowym. […] Tu serca Polski biły najśmielej. Kto pragnął odetchnąć uczuciem wolności i nawiązać nić tradycyjną myśli czy walki o niepodległość Polski, musiał oprzeć pracę o Lwów, gdzie biły serca goręcej rwące się do wolności. Na tarczy waszej herbowej wypisane są słowa »Zawsze wierny!« – i dlatego iluż tu wiernych szukało ucieczki".
Po II wojnie światowej Lwów znalazł się po drugiej stronie granicy. Mieszkający tutaj Polacy, pamiętający dobrze rządy "pierwszego Sowieta" w latach 1939-1941, w większości przenieśli się do Polski. Spora część naszych rodaków jednak tutaj pozostała. Byli wśród nich znani i cenieni naukowcy - na czele z prof. Mieczysławem Gębarowiczem, historykiem sztuki i ostatnim polskim dyrektorem Ossolineum. Prof. Gębarowicz prześladowany przez sowieckie władze świadomie zdecydował się na pozostanie we Lwowie, by ratować oraz dokumentować substancję kulturową miasta i zabytki świadczące o jego polskiej przeszłości.
Zmarły w 1984 roku uczony znany był przed wojną m. in. z audycji w Rozgłośni Lwowskiej Polskiego Radia. Instytucja ta, powstała w 1930 roku, a zlikwidowana przez sowieckie władze okupacyjne w 1939 roku, cieszyła się w II Rzeczypospolitej dużym wzięciem, a to dzięki słynnej "Wesołej Lwowskiej Fali" - która była najpopularniejszą audycją radiową - z 6-milionową publicznością!.
Polskie Radio Lwów istniało niespełna 19 lat i wydawało się, że jest to już zamknięta karta polskiej radiofonii. Tak jednak nie było. W 1992 roku wznowiono nadawanie rozgłośni, korzystającej już jednak z usług rozgłośni ukraińskiej Radio Nezależnist. Przez 34 lata polskie słowo płynęło w eter bez żadnych trudności, a to m in. dzięki finansowemu wsparciu władz państwowych RP. Teraz, niestety, to się zmieniło. Jak alarmuje Oddział Stołeczny Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, od lat wspierający polskie organizacje we Lwowie i Kresach, Polskie Radio Lwów moze kolejny raz zamilknąć - tym razem nie z powodu wojny, ale z braku pieniędzy.
W związku z sytuacją, w której rząd RP nie zabezpieczył funkcjonowania polskich mediów poza granicami kraju i nie wypracował mechanizmu ciągłości działania polskich organizacji poza granicami kraju, mamy obowiązek społeczny i obywatelski wesprzeć Polskie Towarzystwo Radiowe we Lwowie, które ma niezapłacone rachunki od stycznia bieżącego roku. Brak finansowania stawia pod znakiem zapytania nadawanie jedynych audycji radiowych w języku polskim na terenie obwodu lwowskiego. W mieście Grottgera, Konopnickiej, Hemara, w mieście trzech katedr, 2020 zabytków i ponad 30 wyższych uczelni język polski powinien rozbrzmiewać na żywo w eterze", czytamy w apelu o wsparcie akcji „Obrony polskiego słowa we Lwowie”.
"Zwracamy się z prośbą związaną z częściowym pokryciem kosztów emisji programów na falach Radia Nezależnist. Będziemy bardzo wdzięczni za każdą pomoc", czytamy w apelu Towarzystwa.
Na stronie internetowej lwowskiej rozgłośni, na której znajduje się apel, zamieszczono także słowo od Polskiego Towarzystwa Radiowego redakcji Radio Lwów. W 10 punktach przedstawia ono powody zbiórki i stan obecny Radia.
Czytamy:
1. Rząd RP nie zabezpieczył funkcjonowanie polskich mediów poza granicami kraju
2. Nie wypracowano mechanizmu zabezpieczenia ciągłości działania polskich organizacji poza granicami kraju
3. Mamy niezapłacone rachunki od stycznia bieżącego roku
4. Brak finansowania stawia pod znakiem zapytania nadawanie audycji Radia Lwów
5. To wzbudza wątpliwości u ukraińskich partnerów względem naszych możliwości płatniczych
6. Wobec ukraińskiej opinii publicznej stajemy się niewiarygodni jako partnerzy, nie mogąc dotrzymać zobowiązań finansowych
7. Traci na tym społeczność miejscowa, dobry wizerunek Polski poza granicami, możliwość autentycznych przekazów medialnych ze Lwowa
8. W związku z powyższym, wolne miejsce na rynku medialnym zajmie rosyjska propaganda, co jest niebezpieczne dla Polski i Ukrainy
9. Polskie rozgłośnie na Ukrainie nie istnieją, jesteśmy polską redakcją korzystającą z usług rozgłośni ukraińskiej Radio Nezależnist 106,7 FM
10. Naszymi atutami - wejście do eteru na poziomie regionalnym, reputacja i rozpoznawalność wśród władzy miejskiej i obwodowej, doświadczenie w prowadzeniu i organizacji konferencji, dialogu i negocjacji.
za:tvrepublika.pl/Zagrozone-jest-istnienie-Radia-Lwow-Rzad-Tuska-nie-zabezpieczyl-funduszy-na-wsparcie-polskich-mediow%2C167035.html
Zagrożone jest istnienie Radia Lwów. Rząd Tuska nie zabezpieczył funduszy na wsparcie polskich mediów poza granicami kraju!
Do wybuchu II wojny światowej, Lwów było trzecim - po Warszawie i Krakowie - ogniskiem polskiej kultury. Wcześniej, w okresie zaborów, miasto stanowiło centrum ruchu niepodległościowego. Gdy Józef Piłsudski 22 listopada 1920 roku dekorował herb Lwowa orderem Virtuti Militari „za zasługi położone dla polskości tego grodu i jego przynależności do Polski”, mówił m. in.: „Po 1863 r. Lwów był miastem najmniej ugodowym. […] Tu serca Polski biły najśmielej. Kto pragnął odetchnąć uczuciem wolności i nawiązać nić tradycyjną myśli czy walki o niepodległość Polski, musiał oprzeć pracę o Lwów, gdzie biły serca goręcej rwące się do wolności. Na tarczy waszej herbowej wypisane są słowa »Zawsze wierny!« – i dlatego iluż tu wiernych szukało ucieczki".
Po II wojnie światowej Lwów znalazł się po drugiej stronie granicy. Mieszkający tutaj Polacy, pamiętający dobrze rządy "pierwszego Sowieta" w latach 1939-1941, w większości przenieśli się do Polski. Spora część naszych rodaków jednak tutaj pozostała. Byli wśród nich znani i cenieni naukowcy - na czele z prof. Mieczysławem Gębarowiczem, historykiem sztuki i ostatnim polskim dyrektorem Ossolineum. Prof. Gębarowicz prześladowany przez sowieckie władze świadomie zdecydował się na pozostanie we Lwowie, by ratować oraz dokumentować substancję kulturową miasta i zabytki świadczące o jego polskiej przeszłości.
Zmarły w 1984 roku uczony znany był przed wojną m. in. z audycji w Rozgłośni Lwowskiej Polskiego Radia. Instytucja ta, powstała w 1930 roku, a zlikwidowana przez sowieckie władze okupacyjne w 1939 roku, cieszyła się w II Rzeczypospolitej dużym wzięciem, a to dzięki słynnej "Wesołej Lwowskiej Fali" - która była najpopularniejszą audycją radiową - z 6-milionową publicznością!.
Polskie Radio Lwów istniało niespełna 19 lat i wydawało się, że jest to już zamknięta karta polskiej radiofonii. Tak jednak nie było. W 1992 roku wznowiono nadawanie rozgłośni, korzystającej już jednak z usług rozgłośni ukraińskiej Radio Nezależnist. Przez 34 lata polskie słowo płynęło w eter bez żadnych trudności, a to m in. dzięki finansowemu wsparciu władz państwowych RP. Teraz, niestety, to się zmieniło. Jak alarmuje Oddział Stołeczny Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, od lat wspierający polskie organizacje we Lwowie i Kresach, Polskie Radio Lwów moze kolejny raz zamilknąć - tym razem nie z powodu wojny, ale z braku pieniędzy.
W związku z sytuacją, w której rząd RP nie zabezpieczył funkcjonowania polskich mediów poza granicami kraju i nie wypracował mechanizmu ciągłości działania polskich organizacji poza granicami kraju, mamy obowiązek społeczny i obywatelski wesprzeć Polskie Towarzystwo Radiowe we Lwowie, które ma niezapłacone rachunki od stycznia bieżącego roku. Brak finansowania stawia pod znakiem zapytania nadawanie jedynych audycji radiowych w języku polskim na terenie obwodu lwowskiego. W mieście Grottgera, Konopnickiej, Hemara, w mieście trzech katedr, 2020 zabytków i ponad 30 wyższych uczelni język polski powinien rozbrzmiewać na żywo w eterze", czytamy w apelu o wsparcie akcji „Obrony polskiego słowa we Lwowie”.
"Zwracamy się z prośbą związaną z częściowym pokryciem kosztów emisji programów na falach Radia Nezależnist. Będziemy bardzo wdzięczni za każdą pomoc", czytamy w apelu Towarzystwa.
Na stronie internetowej lwowskiej rozgłośni, na której znajduje się apel, zamieszczono także słowo od Polskiego Towarzystwa Radiowego redakcji Radio Lwów. W 10 punktach przedstawia ono powody zbiórki i stan obecny Radia.
Czytamy:
1. Rząd RP nie zabezpieczył funkcjonowanie polskich mediów poza granicami kraju
2. Nie wypracowano mechanizmu zabezpieczenia ciągłości działania polskich organizacji poza granicami kraju
3. Mamy niezapłacone rachunki od stycznia bieżącego roku
4. Brak finansowania stawia pod znakiem zapytania nadawanie audycji Radia Lwów
5. To wzbudza wątpliwości u ukraińskich partnerów względem naszych możliwości płatniczych
6. Wobec ukraińskiej opinii publicznej stajemy się niewiarygodni jako partnerzy, nie mogąc dotrzymać zobowiązań finansowych
7. Traci na tym społeczność miejscowa, dobry wizerunek Polski poza granicami, możliwość autentycznych przekazów medialnych ze Lwowa
8. W związku z powyższym, wolne miejsce na rynku medialnym zajmie rosyjska propaganda, co jest niebezpieczne dla Polski i Ukrainy
9. Polskie rozgłośnie na Ukrainie nie istnieją, jesteśmy polską redakcją korzystającą z usług rozgłośni ukraińskiej Radio Nezależnist 106,7 FM
10. Naszymi atutami - wejście do eteru na poziomie regionalnym, reputacja i rozpoznawalność wśród władzy miejskiej i obwodowej, doświadczenie w prowadzeniu i organizacji konferencji, dialogu i negocjacji.
za:tvrepublika.pl
***
Na pasku Rubcowa z GRU
Pablo González Yagüe vel Paweł Rubcow był groźnym agentem GRU, działającym i zatrzymanym na terenie Polski w 2022 r. W zeszłym tygodniu stał się pionkiem w największej od czasów zimnej wojny wymianie więźniów między Zachodem a Rosją, z udziałem autentycznych szpiegów. Po przybyciu do ojczyzny witał go z fanfarami w otoczeniu innych zasłużonych dla rosyjskich służb sam Władimir Putin. Tymczasem jeszcze do niedawna środowiska liberalno-lewicowe w Polsce brały w obronę agenta, działającego w całej Europie pod przykrywką dziennikarza.
Wielomiesięczne przetrzymywanie w aresztach osób podejrzanych o szpiegostwo powoli staje się fatalnym znakiem rozpoznawczym Polski. Nasze państwo w ostatnich latach traktowało tak nie tylko Pabla Gonzáleza, lecz także własnych obywateli. Najbardziej znany publicznie jest przypadek Mateusza Piskorskiego, byłego przewodniczącego prorosyjskiej partii Zmiana. Piskorski siedział w tymczasowym areszcie aż trzy lata, od maja 2016 do maja 2019 r. Wypuszczono go w końcu za poręczeniem majątkowym w wysokości 200 tys. zł. W jego sprawie interweniowała m.in. grupa robocza ONZ ds. arbitralnych zatrzymań. Obecnie trwa proces, Piskorski odpowiada z wolnej stopy” – pisała Anna Mierzyńska, która już w tytule artykułu na łamach OKO.press („Szpieg czy dziennikarz? Hiszpania walczy o swego obywatela, którego aresztowało ABW”) niejako zasugerowała, że polskie służby zatrzymały hiszpańskiego obywatela, właściwie prawdopodobnie niewinnego dziennikarza. Wyszła tym samym w najlepszym razie na pożyteczną idiotkę rosyjskiej machiny dezinformacyjnej. Tymczasowe areszty są nadużywane od wielu lat przez sądy i prokuraturę, ale tylko ktoś niespecjalnie mądry brałby na sztandary w tym kontekście podejrzanych o szpiegostwo.
Kim był González, czyli Rubcow?
Pablo González Yagüe, czyli Paweł Rubcow, urodził się w 1982 r. w Związku Sowieckim. Po 9 latach osiedlił się w Hiszpanii wraz z matką, córką tamtejszych komunistów. Kobieta zmieniła nazwisko po mężu Aleksieju Rubcowie, z którym wzięła rozwód.
Jej syn ukończył studia m.in. z filologii słowiańskiej, następnie pracował jako dziennikarz znanych mediów na Półwyspie Iberyjskim: w telewizji La Sexta i gazetach. Zainteresowania? Aneksja Krymu w 2014 r., polityka na Ukrainie – z tego kraju został wydalony przed rozpoczęciem wojny.
Równocześnie pracował jako szpieg na zlecenie GRU, inwigilując Żannę Niemcową, żonę opozycjonisty zamordowanego przez „nieznanych sprawców” przy murach Kremla.
Pożyteczni idioci Rubcowa
Hiszpańskie lewicowe media, a wraz z nimi „obrońcy demokracji” – w tym Anna Mierzyńska – robili z Rubcowa/Gonzáleza ofiarę pisowskiego reżimu. Rozpisywali się, że służby za rządów PiS dosłownie zwijają każdego z ulicy.
Mierzyńska wyśmiewała szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego, pisząc, że złapał „najgroźniejszego szpiega”. Ta samozwańcza specjalistka od rosyjskich wpływów to m.in. wykładowczyni w Centrum Badań nad Dezinformacją Collegium Civitas, analityczka mediów społecznościowych. Mierzyńska, niegdyś zatrudniona w podlaskim biurze PO, tropiąca na prawicy „rosyjskich agentów”, broniła agenta GRU już po zatrzymaniu go przez ABW.
Pod koniec lutego 2022 r., kilka dni po wybuchu wojny, polskie służby namierzyły posiadacza dwóch paszportów – rosyjskiego i hiszpańskiego – podającego się za dziennikarza z Półwyspu Iberyjskiego. Pablo González, tak brzmiały jego legalizacyjne dane, został złapany w hotelu w Przemyślu, niedaleko granicy z Ukrainą. Służby, przeczesując urządzenia elektroniczne mężczyzny, wykryły, że otrzymywał przelewy z Moskwy za swoją pracę. Pod płaszczykiem publicysty zaznajomionego z tematyką Europy Środkowo-Wschodniej krył się groźny szpieg.
Z Mierzyńską dyskutował w sieci inny „as” w tematyce służb specjalnych, Mariusz Kowalczyk z branżowego miesięcznika „Press”. To zajadły antypisowiec, który dużo uwagi poświęcał niegdyś prawicowym mediom. Podaje się za specjalistę od tematyki wschodniej i – rzecz jasna – obiektywnego redaktora.
„Śmierdząca sprawa. Hiszpańskie media publiczne twierdzą, że facet jest niewinny. A to nie są prorosyjskie media” – przekonywał. Cóż, zabawnie to brzmi w kontekście ostatnich tekstów w „El País”, który zachwycał się, że Rubcow jest wreszcie na wolności, i pisał o „rzekomym szpiegostwie”, przedstawiając zdjęcie agenta GRU na płycie rosyjskiego lotniska.
Zawsze po stronie antypisowskiej
Z Pawłem Rubcowem chętnie rozmawiali lewicowi działacze – Bart Staszewski i Klementyna Suchanow. González aktywnie włączał się w antypisowską retorykę, gdy wybuchały tzw. strajki kobiet albo odbywały się protesty środowisk LGBT. Agent GRU – co nie może dziwić – promował w hiszpańskich mediach rosyjską wersję o kryzysie na granicy polsko-białoruskiej. Taką, którą łykali jak pelikany m.in.: politycy KO, Lewicy, Trzeciej Drogi i publicyści „Gazety Wyborczej”, OKO.press oraz TVN24.
Rubcow prawdopodobnie wytypował ludzi z zasięgami do kontaktu, by urabiać zachodnią opinię publiczną. Staszewski, aktywista od instalacji kłamliwych tabliczek ze „strefami wolnymi od LGBT” w różnych miastach, skomentował po wymianie na linii Rosja–Zachód, że „jest w szoku”, bowiem dowiedział się na własnej skórze, że „szpiedzy nie wyglądają jak z filmów o Jamesie Bondzie” (!). Czyżby działacz „na rzecz praw człowieka” dotąd żył w przekonaniu, że ludzie służb ubierają się w czarne uniformy i chodzą w charakterystycznym czarnym kapeluszu?
Tomasz Piątek, opisując niegdyś sylwetkę Rubcowa, poczynił strzałki między szpiegiem a Antonim Macierewiczem i jego politycznym otoczeniem. Konsekwentnie za to milczy po wymianie agentów, bo cóż głupszego mógłby dodać?
Kolejny ananas, Jan Piński, grzmiał, że Rubcow pozbawiony jest prawa do adwokata. Piński to osoba z kręgu Romana Giertycha, zatem jeśli komuś z rządowej komisji ds. rosyjskich wpływów rzeczywiście zależy na prześwietlaniu absolutnie wszystkiego, to do dzieła!
Inny memiczny ekspert, Piotr Niemczyk, w „Gazecie Wyborczej” przekonywał, że historia z Gonzálezem może się zakończyć ogromną kompromitacją polskich służb, gdyby niesłusznie aresztowano hiszpańskiego dziennikarza. I tak się właśnie skończyła, tyle że dla Niemczyka, na litość, byłego oficera UOP.
Warto jeszcze dodać, że Komisja Europejska oficjalnie uznała zatrzymanie rosyjskiego „szpiona” za przejaw „upadku praworządności w Polsce”, a międzynarodowe organizacje dziennikarskie – za dowód na łamanie wolności prasy.
Szmydt i Rubcow – różnica w reakcjach
Padają pytania o Andrzeja Poczobuta i innych Polaków przetrzymywanych w koloniach karnych na Białorusi. Niestety, polskie władze przy okazji tej wymiany więźniów albo nie starały się ich uwolnić, albo nie mogły nic w tym kierunku zrobić – w przeciwieństwie choćby do Niemców.
Jak klei się propagandowa klisza „PiS to Rosja” z zatrzymaniem szpiega GRU przez służby podległe Zjednoczonej Prawicy? Tego pewnie nawet sam Donald Tusk nie potrafiłby wyjaśnić. Zresztą nikt go w mediach publicznych o to nie zapyta. Nienawiść (w tym wypadku do PiS) to zły doradca.
Jest jeszcze coś. Mamy ilustrację tego, jak reaguje prawa strona, a jak liberalno-lewicowa, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że mamy do czynienia z rosyjskimi wpływami. Gdy agent GRU został zatrzymany, część liberałów i lewicy wzięła go w obronę w imię walki z PiS. Kiedy były sędzia Tomasz Szmydt uciekł na Białoruś, to nawet żaden z jego byłych współpracowników z resortu sprawiedliwości nie skompromitował się sugestiami, że to ofiara nagonki, pojechał pewnie na wycieczkę krajoznawczą, a w ogóle to dobrze mu z oczu patrzy. To jest właśnie przepaść.
Grzegorz Wszołek
za:niezalezna.pl/opinie/na-pasku-rubcowa-z-gru/523762
Pablo González Yagüe vel Paweł Rubcow był groźnym agentem GRU, działającym i zatrzymanym na terenie Polski w 2022 r. W zeszłym tygodniu stał się pionkiem w największej od czasów zimnej wojny wymianie więźniów między Zachodem a Rosją, z udziałem autentycznych szpiegów. Po przybyciu do ojczyzny witał go z fanfarami w otoczeniu innych zasłużonych dla rosyjskich służb sam Władimir Putin. Tymczasem jeszcze do niedawna środowiska liberalno-lewicowe w Polsce brały w obronę agenta, działającego w całej Europie pod przykrywką dziennikarza.
Wielomiesięczne przetrzymywanie w aresztach osób podejrzanych o szpiegostwo powoli staje się fatalnym znakiem rozpoznawczym Polski. Nasze państwo w ostatnich latach traktowało tak nie tylko Pabla Gonzáleza, lecz także własnych obywateli. Najbardziej znany publicznie jest przypadek Mateusza Piskorskiego, byłego przewodniczącego prorosyjskiej partii Zmiana. Piskorski siedział w tymczasowym areszcie aż trzy lata, od maja 2016 do maja 2019 r. Wypuszczono go w końcu za poręczeniem majątkowym w wysokości 200 tys. zł. W jego sprawie interweniowała m.in. grupa robocza ONZ ds. arbitralnych zatrzymań. Obecnie trwa proces, Piskorski odpowiada z wolnej stopy” – pisała Anna Mierzyńska, która już w tytule artykułu na łamach OKO.press („Szpieg czy dziennikarz? Hiszpania walczy o swego obywatela, którego aresztowało ABW”) niejako zasugerowała, że polskie służby zatrzymały hiszpańskiego obywatela, właściwie prawdopodobnie niewinnego dziennikarza. Wyszła tym samym w najlepszym razie na pożyteczną idiotkę rosyjskiej machiny dezinformacyjnej. Tymczasowe areszty są nadużywane od wielu lat przez sądy i prokuraturę, ale tylko ktoś niespecjalnie mądry brałby na sztandary w tym kontekście podejrzanych o szpiegostwo.
Kim był González, czyli Rubcow?
Pablo González Yagüe, czyli Paweł Rubcow, urodził się w 1982 r. w Związku Sowieckim. Po 9 latach osiedlił się w Hiszpanii wraz z matką, córką tamtejszych komunistów. Kobieta zmieniła nazwisko po mężu Aleksieju Rubcowie, z którym wzięła rozwód.
Jej syn ukończył studia m.in. z filologii słowiańskiej, następnie pracował jako dziennikarz znanych mediów na Półwyspie Iberyjskim: w telewizji La Sexta i gazetach. Zainteresowania? Aneksja Krymu w 2014 r., polityka na Ukrainie – z tego kraju został wydalony przed rozpoczęciem wojny.
Równocześnie pracował jako szpieg na zlecenie GRU, inwigilując Żannę Niemcową, żonę opozycjonisty zamordowanego przez „nieznanych sprawców” przy murach Kremla.
Pożyteczni idioci Rubcowa
Hiszpańskie lewicowe media, a wraz z nimi „obrońcy demokracji” – w tym Anna Mierzyńska – robili z Rubcowa/Gonzáleza ofiarę pisowskiego reżimu. Rozpisywali się, że służby za rządów PiS dosłownie zwijają każdego z ulicy.
Mierzyńska wyśmiewała szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego, pisząc, że złapał „najgroźniejszego szpiega”. Ta samozwańcza specjalistka od rosyjskich wpływów to m.in. wykładowczyni w Centrum Badań nad Dezinformacją Collegium Civitas, analityczka mediów społecznościowych. Mierzyńska, niegdyś zatrudniona w podlaskim biurze PO, tropiąca na prawicy „rosyjskich agentów”, broniła agenta GRU już po zatrzymaniu go przez ABW.
Pod koniec lutego 2022 r., kilka dni po wybuchu wojny, polskie służby namierzyły posiadacza dwóch paszportów – rosyjskiego i hiszpańskiego – podającego się za dziennikarza z Półwyspu Iberyjskiego. Pablo González, tak brzmiały jego legalizacyjne dane, został złapany w hotelu w Przemyślu, niedaleko granicy z Ukrainą. Służby, przeczesując urządzenia elektroniczne mężczyzny, wykryły, że otrzymywał przelewy z Moskwy za swoją pracę. Pod płaszczykiem publicysty zaznajomionego z tematyką Europy Środkowo-Wschodniej krył się groźny szpieg.
Z Mierzyńską dyskutował w sieci inny „as” w tematyce służb specjalnych, Mariusz Kowalczyk z branżowego miesięcznika „Press”. To zajadły antypisowiec, który dużo uwagi poświęcał niegdyś prawicowym mediom. Podaje się za specjalistę od tematyki wschodniej i – rzecz jasna – obiektywnego redaktora.
„Śmierdząca sprawa. Hiszpańskie media publiczne twierdzą, że facet jest niewinny. A to nie są prorosyjskie media” – przekonywał. Cóż, zabawnie to brzmi w kontekście ostatnich tekstów w „El País”, który zachwycał się, że Rubcow jest wreszcie na wolności, i pisał o „rzekomym szpiegostwie”, przedstawiając zdjęcie agenta GRU na płycie rosyjskiego lotniska.
Zawsze po stronie antypisowskiej
Z Pawłem Rubcowem chętnie rozmawiali lewicowi działacze – Bart Staszewski i Klementyna Suchanow. González aktywnie włączał się w antypisowską retorykę, gdy wybuchały tzw. strajki kobiet albo odbywały się protesty środowisk LGBT. Agent GRU – co nie może dziwić – promował w hiszpańskich mediach rosyjską wersję o kryzysie na granicy polsko-białoruskiej. Taką, którą łykali jak pelikany m.in.: politycy KO, Lewicy, Trzeciej Drogi i publicyści „Gazety Wyborczej”, OKO.press oraz TVN24.
Rubcow prawdopodobnie wytypował ludzi z zasięgami do kontaktu, by urabiać zachodnią opinię publiczną. Staszewski, aktywista od instalacji kłamliwych tabliczek ze „strefami wolnymi od LGBT” w różnych miastach, skomentował po wymianie na linii Rosja–Zachód, że „jest w szoku”, bowiem dowiedział się na własnej skórze, że „szpiedzy nie wyglądają jak z filmów o Jamesie Bondzie” (!). Czyżby działacz „na rzecz praw człowieka” dotąd żył w przekonaniu, że ludzie służb ubierają się w czarne uniformy i chodzą w charakterystycznym czarnym kapeluszu?
Tomasz Piątek, opisując niegdyś sylwetkę Rubcowa, poczynił strzałki między szpiegiem a Antonim Macierewiczem i jego politycznym otoczeniem. Konsekwentnie za to milczy po wymianie agentów, bo cóż głupszego mógłby dodać?
Kolejny ananas, Jan Piński, grzmiał, że Rubcow pozbawiony jest prawa do adwokata. Piński to osoba z kręgu Romana Giertycha, zatem jeśli komuś z rządowej komisji ds. rosyjskich wpływów rzeczywiście zależy na prześwietlaniu absolutnie wszystkiego, to do dzieła!
Inny memiczny ekspert, Piotr Niemczyk, w „Gazecie Wyborczej” przekonywał, że historia z Gonzálezem może się zakończyć ogromną kompromitacją polskich służb, gdyby niesłusznie aresztowano hiszpańskiego dziennikarza. I tak się właśnie skończyła, tyle że dla Niemczyka, na litość, byłego oficera UOP.
Warto jeszcze dodać, że Komisja Europejska oficjalnie uznała zatrzymanie rosyjskiego „szpiona” za przejaw „upadku praworządności w Polsce”, a międzynarodowe organizacje dziennikarskie – za dowód na łamanie wolności prasy.
Szmydt i Rubcow – różnica w reakcjach
Padają pytania o Andrzeja Poczobuta i innych Polaków przetrzymywanych w koloniach karnych na Białorusi. Niestety, polskie władze przy okazji tej wymiany więźniów albo nie starały się ich uwolnić, albo nie mogły nic w tym kierunku zrobić – w przeciwieństwie choćby do Niemców.
Jak klei się propagandowa klisza „PiS to Rosja” z zatrzymaniem szpiega GRU przez służby podległe Zjednoczonej Prawicy? Tego pewnie nawet sam Donald Tusk nie potrafiłby wyjaśnić. Zresztą nikt go w mediach publicznych o to nie zapyta. Nienawiść (w tym wypadku do PiS) to zły doradca.
Jest jeszcze coś. Mamy ilustrację tego, jak reaguje prawa strona, a jak liberalno-lewicowa, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że mamy do czynienia z rosyjskimi wpływami. Gdy agent GRU został zatrzymany, część liberałów i lewicy wzięła go w obronę w imię walki z PiS. Kiedy były sędzia Tomasz Szmydt uciekł na Białoruś, to nawet żaden z jego byłych współpracowników z resortu sprawiedliwości nie skompromitował się sugestiami, że to ofiara nagonki, pojechał pewnie na wycieczkę krajoznawczą, a w ogóle to dobrze mu z oczu patrzy. To jest właśnie przepaść.
Grzegorz Wszołek
za:niezalezna.pl