Publikacje członków OŁ KSD

Boże Narodzenie 2025 roku

A gdyby się Jezus nie narodził…

Refleksję nad tak postawioną tezą można poprowadzić w dwóch kierunkach, transcendentnym i doczesnym, czyli w kontekście czasu historycznego. Konkluzja w pierwszym segmencie rozważań jest raczej zrozumiała - nie byłoby odkupienia, nie byłoby zbawienia. Jezus Chrystus złożył Bogu Ojcu samego siebie w ofierze przebłagalnej za grzechy człowieka dla jego zbawienia. Żeby się to mogło stać, przyjął ludzką postać.

*****

Rozważanie drugiego segmentu w odniesieniu do czasu historycznego może być inspirujące. Gdyby się Jezus nie narodził, a zatem gdyby nie wszedł do rodziny ludzkiej, nie byłoby chrześcijaństwa. A skoro tak - nie byłoby najwznioślejszej myśli, jaką kiedykolwiek człowiek potrafił wywieść na tym ziemskim padole, w tym wypadku z głębi Ewangelii. Nie byłoby myśli wykreowanej na jej bazie przez starożytnych myślicieli chrześcijańskich w mateczniku grecko-chrześcijańskiej filozofii, jakim w starożytności była Aleksandria egipska. Nie byłoby filozofów i teologów w osobach Ojców Kościoła: Augustyna, Ambrożego, Hieronima, Grzegorza Wielkiego na Zachodzie i równych im na Wschodzie: Grzegorza z Nazjanzu, Grzegorza z Nyssy, Bazylego Wielkiego, Jana z Damaszku i niepoliczonego orszaku innych myślicieli, teologów i filozofów. Nie byłoby średniowiecznej filozofii i teologii w wydaniu Bonawentury, Tomasza z Akwinu, Dunsa Szkota, Abelarda i setek im podobnych. Nie byłoby myślicieli renesansu, oświecenia i kolejnych epok aż po dziś dzień. Nie byłoby filozofii ateistycznej i materialistycznej, bo myśl o takim profilu wyłoniła się i ciągle się jeszcze wyłania w opozycji do chrześcijaństwa. Podobnie rzecz się ma z literaturą piękną (i nie-piękną).

Nie powstałyby kompozycje organowe Bacha, Mozarta z jego „Requiem”, Pendereckiego z przejmującym „Stabat Mater” - a wcześniej chorał gregoriański i ortodoksyjne akatysty. Chrześcijaństwo wypracowało własną estetykę, co znalazło odzwierciedlenie w jedynej w swoim rodzaju architekturze, sztuce, rzeźbie, malarstwie. Czy możemy sobie wyobrazić świat bez konstancjańskich i justyniańskich bazylik pełnych mozaik? Bez gotyckich katedr przeszklonych cudownymi witrażami, wytłukiwanymi z nienawiści przez bezbożników rewolucji francuskiej - przez ludzi przecież ochrzczonych? Bez barokowych wspaniałości Meksyku i Peru, prawosławnych cerkwi i soborów kolorowych od polichromii, rozrzuconych od Synaju aż po krańce ziemi do Wysp Sołowieckich?

A w świecie polityki? Choćby jeden przykład: przecież nie byłoby Stanów Zjednoczonych Ameryki, przynajmniej w takiej postaci, w jakiej my je znamy współcześnie. Niedorzeczność? Dlaczego? Bez chrześcijaństwa nie byłoby zbuntowanego mnicha augustiańskiego, Marcina Lutra, który rozerwał Kościół i spowodował, że na zasadzie domina rozsypała się średniowieczna jedność religijna - „Universitas Christiana” - co doprowadziło

do wojen religijnych pomiędzy powstającymi przez pączkowanie rozlicznymi wyznaniami. Konflikty te i wzajemne prześladowania skutkowały emigracją za Ocean angielskich purytanów. To oni dali początek osadnictwu na nowo zasiedlanym kontynencie.

Bez chrześcijaństwa nie byłoby Benedykta z Nursji, który swą wizją dał impuls do objęcia troską cywilizacyjną hordy barbarzyńców, którzy w kolejnych inwazjach zniszczyli Cesarstwo Rzymskie. Rozchodząc się po Europie, mnisi benedyktyńscy nie tylko nawracali i chrzcili pogan, oni tych surowych ludzi wszczepiali w miejscową ludność ciągle jeszcze o kulturze rzymskiej, asymilowali ich, cywilizowali, budowali fundamenty pod wyłonienie się nowych społeczeństw chrześcijańskich, z których powstały z czasem niepodległe państwa.

Chrześcijaństwo stało się fundamentem Europy, a przez nią fundamentem dla innych kontynentów, choćby amerykańskich, nawet wbrew próżnym wysiłkom wielu współczesnych ludzi, by - znów na zasadzie opozycji – odżegnywać się od chrześcijańskich korzeni w imię opacznie pojętej wolności człowieka. Czy możemy sobie wyobrazić świat bez chrześcijaństwa chociażby w kontekście tworów kultury? Dzieje świata, nawet tego świata nie znającego jeszcze Chrystusa, jak w przypadku wielu społeczności azjatyckich, są chrystocentryczne. Nawet systemy zbudowane na fałszywej ideologii komunizmu i jego pochodnych, mają w swym ideowym jądrze odniesienia zaczerpnięte z chrześcijaństwa i jego myśli – systemy przecież wyrosłe, tak jak ateizm, z zaprzeczenia myśli chrześcijańskiej.

*****

Gdyby Jezus nie miał się narodzić, Bóg-Stwórca nie upatrzyłby sobie jednego szczepu semickiego, wybranego spośród setek innych szczepów i plemion, by wyprowadzić zeń lud, uformować go i przygotować do powierzonej mu misji. Wybór Abrahama nie był przypadkowy. Nie był podyktowany jakąś szczególną miłością Boga do tego człowieka i do jego potomków. Wynikał z odwiecznego planu przygotowania potomstwa Abrahamowego do bardzo konkretnej misji. A tą misją było formowanie ludu wybranego, z którego w porządku ludzkim mógł się narodzić Bóg-Człowiek. Od momentu wyjścia Abrahama z Ur chaldejskiego w rejonie Zatoki Perskiej do przyjścia Archanioła Gabriela do pokornej, prostej, nikomu nieznanej żydowskiej dziewczyny z Nazaretu, Matki Jezusa, Bóg potrzebował ponad 1800 lat na formowanie swoich wybranych, prowadząc ich niejako za rękę. Całe dzieje narodu wybranego są spięte niczym klamrą, którą na kartach Starego Testamentu otwiera wers z Księgi Rodzaju „wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie (chodzi o węża kusiciela) a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje, a potomstwo jej…” (Rdz 3,15), a zamyka pokorna deklaracja Maryi, owej niewiasty wybranej na matkę Jezusa: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Wszystko inne, co stanowi treść biblijnych zapisów, jest historią kolejnych segmentów Bożego wybrania.

Miał z tym wielki problem Paweł Apostoł, nie mogąc się pogodzić z koncepcją odrzucenia narodu wybranego, który się sprzeniewierzył swojemu powołaniu. „Czyż Bóg odrzucił lud swój? Żadną miarą! (…). Nie odrzucił Bóg swego ludu, który wybrał przed wiekami. (…) Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli? Żadną miarą! Ale przez ich przestępstwo zbawienie przypadło w udziale poganom” (patrz: Rz 10 i 11).

Czyli judaizm stanowi antycypację tajemnicy Betlejem, gdzie Jezus się narodził. Bez Jezusa judaizm nie ma zwieńczenia, nie ma uzasadnienia, jest nieporozumieniem. Wejście Boga w ludzką historię w osobie Jezusa Chrystusa stanowi centralny punk dziejów człowieka.

*****

Wreszcie islam. Gdyby się Jezus nie narodził, nie byłoby islamu. 
Kolejna niedorzeczność? 
Islam jest kompilacją trzech religii: judaizmu, chrześcijaństwa i pierwotnych, animistycznych wierzeń ludów pustyni. 
Jest zlepkiem wybranych elementów z pism żydowskich i chrześcijańskich, znanych Mahometowi fragmentarycznie z ustnego przepowiadania, elementów mocno spłyconych, niekiedy opacznie interpretowanych, a nawet zwulgaryzowanych, by wyprowadzić z tego niejasnego mu konglomeratu ideę Boga jedynego, bliskiego pojęciu żydowskiego Jahwe, pozostającego w całkowitej opozycji do Boga chrześcijan, wyznającego jedynego Boga w Trzech Osobach. 
A to nie mogło się pomieścić w prostych umysłach ludzi pustyni, nie posiadających subtelności pojęciowej wykształconej na bazie antycznej filozofii greckiej. 
Na obręczy bębna meczetu Kopuły Skały w Jerozolimie widnieje napis w transkrypcji arabskiej: „Mesjasz Jezus, syn Maryi, jest tylko apostołem Boga, stworzeniem Jego Słowa, które zesłał przez Maryję, duchem narodzonym z Niego.
 Wierz więc w Boga i Jego posłańców, lecz nie mów nigdy Trójca. 
Tak będzie dla ciebie lepiej. Bóg jest jedynym Bogiem. 
Daleko byłoby Mu do chwały, gdyby musiał mieć Syna”.

W pewnym sensie można uznać islam za następstwo grzechu chrześcijan, grzechu podziału, jaki stał się udziałem uczniów Jezusa. 
Gdyby chrześcijaństwo nie było rozbite w wyniku sporów chrystologicznych, które akurat rozpalały umysły chrześcijan w czasach wystąpienia Mahometa, gdyby wtedy stanowili jedność, kto wie, czy przez swą atrakcyjność nie zyskałoby w jego osobie wielkiego misjonarza na wzór Pawła z Tarsu – apostoła, który by zaniósł ziarno Dobrej Nowiny do ludów arabskich? 
Gdyby tak się mogło stać – pomyślmy, jak wyglądałby dziś świat!

*****

Ale Jezus się narodził. 
Nie tylko żeby zbawić człowieka. 
Także po to, ażeby ukazać człowiekowi - choćby w drobnej cząstce - prawdziwe oblicze Boga. Żeby człowiek już nie musiał poszukiwać oblicza swego Stwórcy na własną rękę, czcząc święte dęby, grzmoty i pioruny, żeby nie musiał multiplikować Jego wyobrażenia w niezliczonych odmianach na świętych górach Olimpu, w hinduistycznych pagodach, na azteckich ołtarzach zbroczonych krwią niezliczonych ofiar. 
Żeby już żaden inny Arystoteles, potęgą swego geniuszu, nie musiał wyprowadzać z cudownego porządku przyrody pojęcia o Architekcie stworzonego świata i dopatrywać się w człowieku Jego cząstki w postaci nieśmiertelnej duszy.

„Mężowie ateńscy – przemówił Paweł stanąwszy w środku Areopagu – widzę, że jesteście pod każdym względem bardzo religijni. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: Nieznanemu Bogu. Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając” (Dz 17, 23).


 Jan Gać