Polecane

Tomasz Bieszczad - W godzinie próby (czyli zawsze)

Nie mów, wole, co się dzieje w szkole! – ostrzega stare przysłowie pszczół. Nie raz przekonałem się o jego słuszności. Nie zachęca ono bynajmniej do oportunizmu czy tchórzostwa; raczej chodzi tu o rozsądek i większą czujność.
Kiedy w maju 2022 r.

Finlandia i Szwecja złożyły wnioski o akcesję do NATO, przez Polskę przelała się fala entuzjastycznych reakcji: „Morze Bałtyckie będzie odtąd morzem wewnętrznym Paktu!” Niby tak, ale po co rozjuszać potwora (ciągle jeszcze nadbałtyckiego) i uruchamiać go bez potrzeby…? Ostatnio prorządowe media chętnie cytują angielskich analityków, którzy – w chęci dogryzienia Niemcom – piszą, że „Polska staje się regionalnym mocarstwem”. Kocham takie opinie, ale po co wkurzać także sąsiada z drugiej mańki? Obaj są potwornie wrażliwi na swoim punkcie i pewnie kiedyś za te nasze radości nam się odwiną. Zatem trzeba robić swoje i nie chwalić się ponad miarę. Oni i tak wszystko o nas wiedzą, mają tu swoje wypróbowane „wtyki”.

Moskale na takie okazje mają przysłowie: „Tisze jediesz, dalsze budiesz!” Można im wierzyć. Dopóki działali agenturalnie, umieszczając dyskretnie – w rządach, instytucjach międzynarodowych i mediach – rzeczone „wtyki”, dopóty odnosili sukcesy i podporządkowywali sobie kolejne obszary. Ale kiedy rozpętali przeciw Ukrainie okrutną, pełnoskalową wojnę, ugrzęźli tam na fest i ponoszą ciężkie straty (choć mieli ją połknąć w tydzień). Kiedy piszę te słowa (02.08.2022.), wojna wcale nie cichnie, przeciwnie: teraz zbliża się do nas. Nie wiem, czy wagnerowcy podejdą pod naszą granicę, czy i jaki opór stawi im nasze Wojsko, a także czy znajdą się tacy, którzy będą witać agresorów kwiatami, jak w 1939 roku.
Nie tak dawno wyobrażałem sobie – jak wielu Polaków – że po zwycięskiej wojnie Polska i Ukraina ustanowią wspólny, silny trzon Trójmorza i staną się bastionem pokojowej współpracy w Europie. Pisałem o tym nie raz. Ale sytuacja się komplikuje: przewlekły konflikt związany z tranzytem ukraińskiego zboża oraz niezagojone rany (nie tylko na Wołyniu), osłabiają świeżo zadzierzgnięte więzi i nadzieje. Oczywiście wszystko jest nadal możliwe. Jednak demony historii i rywalizacji już wylazły z nor i (po obydwu stronach granicy) skutecznie podgryzają „geopolityczny idealizm”, oddalając szansę na prawdziwe, trwałe przebaczenie.
Dlaczego?

Stare rosyjskie powiedzonko mówi: „biez satana nie razbieriosz.”  Zwraca tu uwagę dwuznaczność zwrotu „nie razbieriosz” („nie rozkminisz”). Bo może też chodzić tu o rozbiory (terytorialne i duchowe). Ataki na ostatnie przyczółki cywilizacji chrześcijańskiej nabierają tempa, zyskują na nieustępliwości i perfidii.

W Polsce – a nawet w Łodzi – jeszcze tego tak nie widać, na razie. Jednak czas przyspiesza, „oni” mają go coraz mniej, pośpiech jest wskazany.

Pewien mój znajomy, łódzki poeta, opowiadał mi niedawno swój sen, dziwaczny i przykry, jak to sen… Coś ich prowadziło. Coś, co kiedyś – na kursach marksizmu-leninizmu – przekonało ich, że nie istnieje. Teraz władało ich umysłami. Szli za tym „czymś”: Schorowany, zgarbiony Putin i niedołężny, kulejący Łukaszenka.  Weszli z trudem na szczyt wysokiej góry, przy granicy oznaczonej flagami państw Unii Europejskiej. Tam usłyszeli: „Wszystko to będzie wasze, jeśli oddacie mi pokłon”.

Odpowiedzieli: „Nie ma sprawy, Panie! Nie jeden, ale wiele pokłonów!”

W tym miejscu skorzystam ze znanej myśli Jana Pawła II: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa".
Tak.
Widać to na każdym kroku.
Kto ma oczy do patrzenia… to widzi.
Kiedy Chrystus jest masowo rugowany z przestrzeni publicznej i z serc ludzi, wtedy oni przestają rozumieć samych siebie i zaczynają się zataczać, od ściany do ściany, jak pijane dzieci we mgle.
Do pustych miejsc (po Chrystusie) wdzierają się stare – dobrze znane – grzechy i zupełnie nowe fetysze.
Dla części ludzi najważniejszą sprawą jest wyliczenie śladu węglowego faceta, który zjadł wieczorem napoleonkę.

Co nam pozostaje? Odkryć i zastosować właściwe środki obronne przed globalną aberracją i jej inicjatorem. Bez tego ciągle będziemy coś udawali.