Władze komunistyczne w PRL na różne sposoby atakowały biskupów.
Przedstawiały ich m.in. jako:
1. Reprezentantów obcego państwa, tj. Watykanu, i agentów politycznych;
2. przeciwników postępu, rozwoju gospodarczego i budowy „nowego ładu społecznego”;
3. sprzymierzeńców imperializmu anglo-amerykańskiego;
4. inspiratorów „dywersji polityczno-religijnej” oraz kontrrewolucyjnych działań.
Biskupi byli opisywani jako
„reakcyjni”, „antypaństwowi” oraz odpowiedzialni za „szerzenie zamętu w kraju” i opóźnianie odbudowy po wojnie.
Listy i oświadczenia biskupów poddawano propagandowej obróbce, zarzucając im wrogość wobec państwa i społeczeństwa.
W mediach i materiałach edukacyjnych pojawiały się karykatury biskupów jako krzewicieli ciemnoty.
Do przypomnienia tamtych czasów skłoniła mnie lektura noty-donosu, jaką przekazał do Stolicy Apostolskiej polski MSZ z ministrem Radosławem Sikorskim na czele: „Démarche w sprawie krzywdzącej i wprowadzającej w błąd treści kazania bp. Wiesława Meringa oraz wypowiedzi bp. Antoniego Długosza”.
Między czasami PRL a obecną walką z biskupami, którzy się nie podobają władzy, jest jedna zasadnicza różnica.
Starzy komuniści uważali Watykan za państwo wrogie, a zatem nie przychodziło im do głowy, by skarżyć się na księży do Stolicy Apostolskiej.
Obecnie siły liberalno-lewicowe, przebierając się w szatki zatroskanych o kondycję Kościoła, alarmują rzymskie dykasterie, że ten i ów duchowny sprzeniewierza się swemu powołaniu, konkordatowi i w ogóle nauce katolickiej.
Można by powiedzieć, że walka komuny z Kościołem bywała bardziej brutalna, ale opiłowywanie katolików w wykonaniu obecnych lewicowo-liberalnych sił jest bardziej obłudne.
W nocie urzędnicy MSZ napisali m.in.: „Słowa zawarte w homilii przez bp. Meringa są sprzeczne nie tylko z literą i duchem wspomnianego konkordatu, ale też pozostają w głębokiej niezgodności z nauczaniem Kościoła katolickiego i historycznym doświadczeniem pojednania polsko-niemieckiego po II wojnie światowej. (…) Uprzejmie sugerujemy wyciągnięcie stosownych konsekwencji wobec bp. Wiesława Meringa oraz bp. Antoniego Długosza”.
W tekście nie ma jednak żadnych merytorycznych argumentów, które by pokazywały, że modlitwa za Ruch Obrony Granic lub krytyka niemieckich działań na granicy i nieadekwatnej postawy polskich władz jest niezgodna z konkordatem i w ogóle z nauczaniem Kościoła.
To po prostu publiczny wyraz troski u dobro wspólne, do czego biskupi mają prawo. Chyba że przyjmiemy PRL-owski pogląd, że biskupi to „agenci” obcego państwa i dlatego nie mogą wypowiadać się w „wewnętrznych” sprawach Polski.
Wygląda na to, że chodzi o spacyfikowanie części biskupów.
Jednym zamknąć usta rękami Watykanu, innych przestraszyć.
W latach 80. Jerzy Urban perorował, że Msze odprawiane przez ks. Jerzego Popiełuszkę były „seansami nienawiści”.
W démarche MSZ znajdujemy sugestię, że biskupi mogli dopuścić się „mowy nienawiści”, że „oczerniają rząd” i popierają „środowiska nacjonalistyczne”.
Diabeł chichocze, kiedy widzi te donosy do Watykanu ze strony rządu, którego premier zapowiadał szybką liberalizację aborcji, a minister edukacji walczy z religią w szkole, łamiąc przy tym prawo.
W Kościele możemy mieć różne zdania na kwestie migracyjne.
Poglądy biskupów Długosza i Meringa jak najbardziej mieszczą się w nauce społecznej Kościoła. Wielu Polaków jest im wdzięcznych za zajęcie stanowiska.
Inni z tym stanowiskiem się nie zgadzają.
Ale to nie jest w żadnym razie powód, by MSZ pisał donosy do Watykanu.
Dariusz Kowalczyk SJ
za:idziemy.pl
***
Donosy.... z genów, panie; z genów pewnie :-(
k