Reakcje na przegraną Aleksandra Miszalskiego w referendum pokazują jedno – uśmiechnięta Polska nienawidzi demokracji. Najbardziej denerwuje ją to, że ludziom o innych poglądach niż te sprowadzające się do zachwytu nad Donaldem Tuskiem wolno głosować. Najśmieszniejszy był chyba artykuł z krakowskiej „Gazety Wyborczej”, lamentujący nad tym, że
biednego Miszalskiego odwołali „ludzie spoza centrum Krakowa”. Czy to faktycznie nie jest oburzające, żeby w normalnym państwie pozwalać takim jednostkom głosować? Następnym razem do wzięcia udziału tak w referendum, jak i wyborach uprawnieni powinni być tylko Michnik, Olga Tokarczuk i wdowa po Wajdzie. Wtedy nareszcie będzie prawdziwa demokracja. Żarty jednak na bok. Opisywana tu reakcja „elit” i mediów sprzedanych Tuskowi pokazuje wyraźnie, czego tak naprawdę się boją. Samą porażkę Miszalskiego może by i przełknęli. Przerażeni są czymś innym. Że to społeczność zebrała się na odwagę, nie dała się sterroryzować i wzięła sprawy w swoje ręce. Że ośmieliła się nie słuchać „autorytetów”. Mimo dzielących ich różnic zdecydowali się współpracować, by zakończyć uśmiechnięte patologie. Dlatego referendum w Krakowie jest już wygraną Polski. I nieważne, czy przyszły prezydent tego miasta będzie z lewicy, czy z prawicy.
Dawid Wildstein
za:niezalezna.pl