Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

XII Konferencja KSD w Łodzi


To już dwunasta Konferencja Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy!

Uwaga! Zapis video konferencji: http://www.katolickie.media.pl/index.php/ogolnopolskie-konferencje-ksd/xii-ogolnopolska-konferencja-ksd

„POLSKIE DROGI DO NIEPODLEGŁEJ”
20 X 2018 r. od godz. 10:oo,
w Auli Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi, ul. św. Stanisława 14.
Patronat Honorowy
Abp Grzegorz Ryś – Metropolita Łódzki
Prof. Piotr Gliński – Wicepremier, minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego

PROGRAM

Otwarcie: red. Zygmunt Chabowski
Odczytanie listu od Metropolity Łódzkiego JE abp-a Grzegorza Rysia /nie dostarczono/
Słowo od Rektora WSD w Łodzi ks. dr-a Sławomira Sosnowskiego
Wprowadzenie: red. Krzysztof Nagrodzki - Polskie drogi ku Niepodległej. Nasze drogi w Niepodległej

10:30  Sesja I. Prowadzi: red. Zygmunt Chabowski

Ks. prof. Tadeusz Guz: Czym jest dzisiaj patriotyzm twórczy (C.K.Norwid)
Prof. Jan Żaryn: Nie tylko z bronią w ręku. Rola Paderewskiego i Dmowskiego w odzyskaniu niepodległości.
Red. Piotr Szubarczyk: Zasługi kard. Prymasa Augusta Hlonda dla „Świętej Sprawy Niepodległości Polski”
Ks. prof. Paweł Bortkiewicz: Jana Pawła II myśl o wolności i czyn wyzwolenia – 1979 i 1991
Po każdym wystąpieniu krótkie pytania do prelegenta i odpowiedzi.

Ok. 13: 30 Poczęstunek dla uczestników

14:15  Sesja II. Prowadzi red. Tomasz Bieszczad

Red. Tadeusz Płużański: Żołnierze Niezłomni w walce o Niepodległą
Red. Dorota Kania: W drodze do niepodległości – walka z systemem służb komunistycznych
Red. Wojciech Reszczyński: Romantyzm celów – pozytywizm środków
Red. Witold Gadowski: Polska niepodległość wobec zmieniającego się świata
Po każdym wystąpieniu krótkie pytania do prelegenta i odpowiedzi.

Koncert Pawła Piekarczyka

Słowo od JE bp. Adama Lepy

Organizatorem Konferencji jest Oddział Łódzki KSD.

 


Sukcesywnie zamieszczamy - z podziękowaniem - logotypy naszych Sponsorów i tych Partnerów medialnych, którzy odpowiedzieli pozytywnie na nasze zaproszenie.

 

 

 

Publikacje w miarę uzyskiwania tekstów.

W trakcie pierwszego udostępniania może nie być zachowana chronologia

                                                                                      ***

Krzysztof Nagrodzki – Polskie drogi ku Niepodległej. Nasze drogi w Niepodległej.

Raduje się serce
Raduje się dusza
Gdy nasze sympozjum
Znów do boju rusza

- To taka wolna trawestacja zwrotki znanej piosenki legionowej.

A to bojowanie, w którym staramy się jako Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy brać udział - na miarę naszych możliwości - nigdy się nie kończy. Tutaj.

Bowiem dopóki nasze wędrowanie po tym padole, dopóty trzeba wciąż aktualizować mapy i bacznie obserwować drogę, aby nie dać się zwieść wciąż, uparcie produkowanym i kolportowanym fałszywkom.
A technik ich tworzenia mnóstwo…
Dla kształtowania człowieka Nowej Ery.
„Postępowego” obywatela i konsumenta tej ery.

                                                                                   *
Czcigodni Księża, Czcigodne Siostry, Szanowni Wykładowcy, Szanowni Państwo

– Którzy zechcieliście przyjąć zaproszenie do uczestniczenia w dwunastej konferencji organizowanej w murach gościnnego Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi i pod patronatem Arcypasterza naszej Metropolii - abp. Grzegorza Rysia, który - tak jak wcześniej abp. Władysław Ziółek i abp. Marek Jędraszewski - objął spotkanie opieką - wszystkich serdecznie witamy!

Witamy z nadzieją - będąca właściwie pewnością - że zostaniemy ubogaceni tym programem, skonstruowanym dla udziału w pięknej Rocznicy stulecia wymodlonej, wywalczonej – po 123 latach zaborów - suwerennej państwowości Polski.

Udziału w utrwalaniu pamięci o naszej - nieraz tragicznej, zasnuwanej cieniami, ale odradzającej się w jasności, naszej trudnej, ale i dumnej Historii. Historii - w której Przeszłość niech niesie swoje doświadczenia dla dobra Przyszłości. Dla tworzenia i utrwalania dobra.

Utrwalania, aby hałaśliwość i pozorna ponętność nowych jakby piekielnych wabień nie zagłuszyły sumień, nie otępiły intelektów, nie zdegenerowały woli, na pięknych ale zawsze trudnych szlakach - stąd do Wieczności.

Dlatego musimy odnajdywać siebie we wspólnocie Ojczyzny, ale – co najważniejsze – we wspólnocie świadomych dzieci Boga, w wyborach dróg, kiedy – to naturalne - bywają i rozterki i lęki związane z „tutejszością”.
Z hałaśliwą bywa codziennością, w której lansuje się recydywnie sensualizm na czele z materializmem jako jedyną, bądź podstawową, opcją wyborów.
Wyborów w naszej drodze przez życie.

A przecież to ma być niepodległa - prawda, że trudna bo niepodająca się Złu - nasza pielgrzymka przez życie. Do Życia!

To tyle.      Tylko tyle.       I aż tyle.
                                                                                     *
Szanowni Państwo, proszę jeszcze o chwilę.

- Chciałbym podziękować za te lata możliwości tworzenia konferencji. Spotkań dla dobra wspólnego. Pro publico bono.

Należy tu podkreślić szczególnie rolę Grażynki Bieszczad, która wkładała wiele czasu i umiejętności dla realizacji sympozjów.
Ale przecież nie do pominięcia jest zaangażowanie i Tomka Bieszczada, Zygmunta Chabowskiego, Agnieszki Sadowskiej, Agaty Chudzi – i tych wszystkich, którzy zechcieli przez te dwanaście lat aktywnie uczestniczyć w budowaniu strefy pamięci i sensu.

Znajdziecie państwo ich nazwiska w folderach konferencyjnych. Począwszy od 2007 roku. No i na naszej stronie internetowej: www.katolickie.media.pl/ zakładka Ogólnopolskie Konferencje KSD.

Dziękuję wszystkim.
Dziękuję Czcigodnym Księżom - Gospodarzom Wyższego Seminarium Duchownego za to, że mogliśmy się tu spotykać przez lata.
Dziękuję Księżom Rektorom i Księdzu Dyrektorowi, który dba o sprawne funkcjonowanie tego ważnego gospodarstwa.
Dziękuje Sponsorom.
Dziękuje tym Patronom medialnym, którzy przyjęli obowiązek informowania o konferencjach i… i ten obowiązek zrealizowali. Niby oczywiste. A jednak nie zawsze…

Szczególne podziękowanie ślemy do szczególnie bliskiego naszym sercom - nieobecnego niestety z przyczyn od siebie niezależnych - do biskupa Adama Lepy, swoistego sprawcę tych spotkań. Modlimy się o zdrowie i siły Drogi nasz Mentorze.

                                                                                 ***
Kochani - lata lecą, nadszedł już czas, abym złożył odpowiedzialność za przewodniczenie tym działaniom młodszym członkom naszego Stowarzyszenia.

I nie ma tu żadnych podtekstów.  Jest zwykłość, uzasadniająca moją decyzję.
Bardzo dziękuję za te wszystkie lata.  Szczęść Boże!

                                                                                  ***

Ks.prof. Paweł Bortkiewicz: Jana Pawła II myśl o wolności i czyn wyzwolenia – 1979 i 1991

Należy bez wątpienia wyrazić wdzięczność organizatorom konferencji za ten jej tytuł „Polskie drogi do Niepodległej”. Istnieje bowiem ryzyko, by potraktować aktualną, tegoroczną rocznicę jako „100 lecie niepodległości”.  Takie sformułowania obciążone są podwójnym błędem - z jednej strony ignorują fakt niepodległości ponad 1050 letnich dziejów Polski i Polaków, z drugiej strony, traktują fakt niepodległości jako coś stale istniejącego. A przecież w tym stuleciu, po odzyskaniu niepodległości, przypadły także bolesne i dramatyczne okresy jej utraty w czasie okupacji, bądź lata
istnienia państwa tzw. „ograniczonej suwerenności” według oficjalnej doktryny Breżniewa. Stąd też w 100-leciu odzyskania niepodległości warto dostrzec te epizody, które wskazują na wydarzenia odsłaniające zmagania o wolność w tym okresie czasu Do takich właśnie wydarzeń należą pielgrzymki św. Jana Pawła II do Polski.
Żeby jednak zrozumieć czyn wyzwolenia podjęty przez Papieża Polaka trzeba spojrzeć na jego koncepcję wolności.

Myśl o wolności

Koncepcja wolności Karola Wojtyły/Jana Pawła II wyrasta z filozoficznie rozumianego  doświadczenia człowieka. Karol Wojtyła jako filozof stawiał sobie za cel to, by odsłonić bogactwo człowieka poprzez czyn jako działanie jemu właściwe. Warto byłoby niewątpliwie odczytać tę koncepcję w podwójnym kontekście. Z jednej strony kontekście filozofii marksistowskiej, która przecież stanowiła ideologiczną wykładnię rozumienia wolności i człowieka, z drugiej strony w kontekście rewolty 1968 r.

Taka analiza mogłaby być przedmiotem osobnego opracowania. W tym miejscu warto może jedynie zauważyć, że Karol Wojtyła w pewnym sensie nie podejmował polemiki z marksizmem. Czynił to z głębokim rozmysłem, czego szczególnym świadectwem jest zapis jego młodzieńczych konferencji wygłaszanych w krakowskim duszpasterstwie akademickim. Konferencje te zostały skrzętnie spisane i opublikowane w roku 1999.
Teksty powstały zatem, gdy w Polsce szerzyła się agresywna filozofia marksistowska - wielu podejmowało ostrą polemikę, dowodzono istnienia duszy, istnienia Boga, obalano diamat i hismat. Wojtyła nie podejmuje tej polemiki w taki sposób. Tylko w jednym zdaniu jakby dotyka centrum sporu:
"Wybierając człowieka jako temat naszych rozważań, musimy od razu bliżej określić, że można się zajmować tym tematem albo pod kątem losu człowieka, albo też pod kątem jego istoty. Wybieramy to drugie. Los bowiem człowieka w ogromnej mierze stanowi konsekwencję jego istoty”
Los człowieka czy istota? Marksizm poprzez materializm historyczny koncentrował się na losie człowieka - na jego alienacji, na jego zniewoleniu, na stosunkach ekonomicznych, wolność była efektem rozlicznych determinantów, głównie ekonomicznych i społecznych. Karol Wojtyła wskazuje natomiast na istotę człowieka - na jego bycie stworzeniem, na jego grzeszność, na jego odkupienie.  

Do tej samej metody poszukiwania istoty człowieka ujawniającego się w czynie  wolnym i świadomym działaniu powrócił w swojej największej pracy filozoficznej, w „Osobie i czynie”, opublikowanej w 1969 r., a więc tuż po rewolcie roku 1968, czyli tzw. „rewolucji seksualnej”. Ta rewolucja uprzedmiotowiła człowieka, zabierając mu wolność i podporządkowując determinancie popędu seksualnego, libido.
Niezmiennie, jak o tym świadczą „Rozważania o człowieku”, „Osoba i czyn”, ale i niedawno opublikowane „Kazanie na Areopagu” Karol Wojtyła traktuje nic innego, jak doświadczenie człowieka jako fundament  filozofii wolności.

Analiza tegoż doświadczenia człowieka pozwala rozróżnić dwa typy aktywności. Pierwszy można wyrazić słowami: „coś się w człowieku dzieje” i oznacza on raczej doznanie (łac. pati) niż działanie; człowiek jest tych doznań przedmiotem, nie zaś autorem. Drugie typ aktywności można zamknąć w słowach „człowiek działa” i wyraża on działania człowieka jako podmiotu (łac. agere); jest czynem, którego człowiecze „ja”  jest świadomym i wolnym sprawcą.

Podejmując szczegółowo właśnie owo „człowiek działa” lub „ja działam” Karol Wojtyła przyjął jako punkt wyjścia - doświadczenie własnej sprawczości działania, to znaczy taki stan rzeczy, w którym mogę powiedzieć, iż zdolny jestem sam siebie pobudzić do działania lub sam sobą pokierować. Albo też dokonać różnych czynów. Ewentualnie od czegoś się powstrzymać.

Właśnie w sferze owego „ja działam”, człowiek doświadcza w sobie swoistego zdwojenia. Z jednej strony jako podmiot owej aktywności jest głęboko i stale obecny we własnym, przez siebie przyczynowanym działaniu. Oznacza to, że jest niejako zamknięty, immanentny w tym czynie. Z drugiej strony jednak człowiek, właśnie jako sprawca czynu, działanie to transcenduje: jest jego wolnym twórcą.
I właśnie ta transcendencja osoby w czynie stanowi  wyróżnione „imię” wolności. Odsłania też jej fundament: pozwala dostrzec, że wolny jest człowiek nie tylko i nie przede wszystkim przez to, że może podjąć różne działania, ale nade wszystko przez to, że sam sobą może rządzić, siebie samego kształtować.

Zwięźle i pięknie ilustruje to zagadnienie  Cyprian Kamil Norwid w swoim „Królestwie”:

Nie niewola ni wolność są w stanie
Uszczęśliwić cię... nie! – tyś osobą:
Udziałem twym więcej!... panowanie
Nad wszystkim na świecie i nad sobą

Karol Wojtyła dochodził do głębi przeżycia wolności poprzez wnikliwą analizę formuły: „mogę - nie muszę (ostatecznie - powinienem)”. W analizie tych słów i kryjących się za nimi zjawisk i postaw, ostatecznie decyzji ludzkich postrzegał to, co pozwala człowiekowi chcieć lub nie chcieć czegokolwiek. To znaczy postrzegał  wolę. Była ona dla niego władzą, mocą której człowiek dokonać może wolnych aktów, stanowiła właściwość osoby zdolnej do stanowienia o sobie. W ten sposób dochodził do stwierdzenia, iż „samostanowienie stanowi istotę wolności człowieka”.
To właśnie owe koncepcje filozoficzne budowane i konsekwentnie rozwijane w kolejnych latach twórczości stanowiły swoisty świat idei, z którymi Karol Wojtyła - Jan Paweł II stanął na polskiej ziemi.

Dzieło wyzwolenia 1979

Pierwsza pielgrzymka do Polski w czerwcu 1979 r. Papieża Polaka miała charakter konfrontacyjny - mniej lub bardziej uwyraźniony.  Była drugą podróżą zagraniczną Ojca świętego. Pierwsza odbyła się do Meksyku, państwa o konstytucyjnie zagwarantowanym statusie ateistycznym. W tym kontekście podróż do Polski - kraju „demokracji ludowej”, nie mogła zostać zablokowana w imię na przykład „neutralności światopoglądowej”. Niemniej, nietrudno było oczekiwać, że ta wizyta przebiegać będzie w płaszczyźnie pewnej konfrontacji politycznej i społecznej. Zgoda władz rządowych na papieską wizytę nie musiała oznaczać wewnętrznej akceptacji tego faktu. Przeciwnie, władze państwowe i partyjne PRL usiłowały uczynić z tej wizyty polityczny sukces i narzędzie propagandy, a jednocześnie maksymalnie zdyskredytować jej autentyczny wymiar.
Pierwszym wymiarem konfrontacji państwa i Kościoła była sfera terminu wizyty papieskiej. Proponowany przez Kościół dwudniowy pobyt Ojca św. w dniach 8 i 9 maja nie mógł spotkać się z aprobatą władzy. Termin był kojarzony - i słusznie - z postacią św. Stanisława Biskupa, a jego biografia nieuchronnie obejmowała wątek konfliktu z władzą państwową. Władze polityczne zgodziły się zatem na termin czerwcowy, uważając, że odnoszą w ten sposób zwycięstwo. Miało ono jednak charakter zwycięstwa pyrrusowego - Papież przyjeżdżał do 6 miast na 9 dni. Sam termin zbiegał się nadto z celebracją uroczystości Zesłania Ducha Świętego i zyskiwał przez to niezwykła nośność. Kościół zresztą nie zrezygnował z wymiaru „stanisławowego” pielgrzymki - Episkopat po prostu przedłużył uroczystości o miesiąc, a archidiecezja krakowska przesunęła zarazem czas zamknięcia synodu archidiecezjalnego, którego głównym konstruktorem był kard. Karol Wojtyła.

Wyrazem dezaprobaty państwowej wobec pielgrzymki było również wycofanie się władz instytucji państwowych z przygotowań organizacyjnych. Spodziewano się fiaska organizacyjnego ze strony niewprawionych służb kościelnych. Ten manewr okazał się faktycznie oddaniem przez państwo Kościołowi inicjatywy. Ponadto wyzwolił w społeczeństwie zdolność do samoorganizacji i aktywności społecznej.

Swoistym obszarem konfrontacji stały się wreszcie słowa. Przemówienia polityków partyjnych akcentowały pokój pojęty jako równowaga sił. Zaakcentowały też jedność w postaci konsensusu politycznego jako element równowagi politycznej i stabilizacji. Nietrudno zauważyć, że podkreślanie owej „jedności we wszystkich podstawowych kwestiach bytu narodowego i państwowego” było słownym życzeniem władzy i zarazem ostrzeżeniem - kto naruszy tę jedność - narazi się władzy komunistycznej! Konsensus polityczny, jedność w kwestiach bytu państwowego - stanowiły w istocie wyznaczniki tego, co zwykło się określać mianem dyktatury proletariatu.
Przemówienia pominęły natomiast całkowicie kwestie praw człowieka, wolności sumienia i religii, 1000-letniej tradycji narodowej czy istoty relacji społecznych.
Można chyba powiedzieć, że odsłonięta przed Papieżem Polska miała kształt na wskroś polityczny. Kamuflowała natomiast wizję człowieka jako podmiotu owej polityki.

W tym kontekście, można stwierdzić, że niewątpliwie kluczem do katechezy wygłoszonej w Polsce w roku 1979, stanowiącej odpowiedź na komunistyczną wizję rzeczywistości, było papieskie zdanie wypowiedziane na placu Zwycięstwa w Warszawie: „Człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa”. Należy przy tym dostrzec, że temu zdaniu towarzyszyła cała biblijna rzeczywistość Zielonych Świątek, która stały się udziałem Polaków.

Na Placu Zwycięstwa w Warszawie Jan Paweł II wypowiedział słowa, które stały się powszechnie zrozumiałym i przyjętym manifestem personalizmu katolickiego. Zgodnie z najlepszą tradycja personalistycznego myślenia o człowieku, także i to papieskie przesłanie ujmowało człowieka w perspektywie ponad-indywidualistycznej. W konkretnej, polskiej rzeczywistości musiało to oznaczać myślenie i mówienie o człowieku w narodzie i w Kościele.

„Kościół przyniósł Polsce Chrystusa - to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa.

I dlatego Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski - przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą przez tę ziemię. Dzieje ludzi! Dzieje narodu są przede wszystkim dziejami ludzi. A dzieje każdego człowieka toczą się w Jezusie Chrystusie. W Nim stają się dziejami zbawienia”.
Papieskie przesłanie, jakkolwiek o wyraźnym ewangelicznym znaczeniu miało też znaczenie polityczne. Wskazywało po pierwsze na koncepcję człowieka jako osoby ludzkiej odkupionej przez Chrystusa, a po drugie - wskazywało na dzieje narodu, które mają wymiar teologiczny i kulturowy.
Było wreszcie proklamacją koncepcji wolności budowanej przez wiele lat przez Karola Wojtyłę. Stanowiła wyraz rozumienia wolności  jako samostanowienia, które pozwala głosić i realizować prawo narodu. W odpowiedzi na partyjną, komunistyczną nowomowę o pokoju, Papież odpowiedział w Belwederze: „stale przewijała się myśl o pokoju i współżyciu oraz zbliżeniu pomiędzy narodami we współczesnym świecie. Myśl szczególnie mi bliska.

Z pewnością wyrażoną w tej myśli pragnienie posiada głęboki sens etyczny, za którym przemawiają także dzieje polskiego narodu i polskiej nauki, od Pawła Włodkowica, rektora Akademii Krakowskiej poczynając. Pokój i zbliżenie pomiędzy narodami może budować się tylko na zasadzie poszanowania obiektywnych praw narodu, takich jak prawo do istnienia, do wolności, do podmiotowości społeczno-politycznej, do tworzenia własnej kultury i cywilizacji”.

Przywołanie postaci Pawła Włodkowica do dnia dzisiejszego inspiruje do myślenia. W dobie ataku państw europejskich na Polskę, oskarżania jej o sprzysiężenie się z husyckimi Czechami, niekatolickimi Rusinami czy Litwinami przeciw Zakonowi Krzyżackiemu wspieranemu przez katolickie rycerstwo Zachodniej Europy, Paweł Włodkowic, wspierany przez Stanisława ze Skalbimierza, miał odwagę i mądrość proklamować doktrynę praw narodów do samostanowienia, wyrastającą z prawa naturalnego i miał mądrą odwagę wykazać, że to właśnie Polska stanęła po stronie najgłębiej rozumianej koncepcji człowieka, moralności i wolności.

W procesie samostanowienia decydującym kryterium jest bez wątpienia prawda. Człowiek może siebie spełnić, zrealizować gdy spełnia projekt życia według prawdy, gdy spełnia swoje bycie według kryterium prawdy. To dlatego właśnie moment prawdy ma kluczowe znaczenia dla prawidłowego samostanowienia ludzkiej osoby. Dotyczy to zarówno wymiaru indywidualnego, jak i wspólnotowego. Stąd w papieskim orędziu znalazło się przywołane już fundamentalnie ważne stwierdzenie: „Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. […] Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski — przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą przez tę ziemię”.

Podobną rolę odsłaniania prawdy w dziejach człowieka i narodu odegrały papieskie słowa na temat kultury, kultury chrześcijańskiej, która budowała przez wieki naszą narodową tożsamość. W dobie propagandy redukującej dzieje narodu do epizodu „Polski Ludowej” i „kultury socjalistycznej”, te słowa miały fundamentalne znaczenie w zakresie wyzwolenia.

Szukając najważniejszej prawdy o osobie ludzkiej, która najtrafniej wskazuje na ostateczne perspektywy wolności Jan Paweł II często, z wyraźną predylekcją przywoływał tekst z soborowej konstytucji „Gaudium et spes”: „Człowiek, będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego”

Wolność jest niezbywalnym warunkiem daru z siebie. Ten zaś, akt bezinteresownego daru z siebie samego jest najgłębiej spełniającym człowieka aktem. Karol Wojtyła zauważał: „Tylko ten mianowicie, kto sam siebie posiada, może też siebie samego oddać - i to oddać bezinteresownie. I tylko ten, kto sobie samemu panuje, może też z siebie samego uczynić dar - i to znowu dar bezinteresowny”.

Człowiek spełniając się poprzez bezinteresowny dar z siebie samego odkrywa znamienny paradoks wolności: spełnienie osoby w jej wolności domaga się ostatecznie  rezygnacji z własnego, wolnego decydowania o sobie. Najgłębszym aktem wolności staje się dobrowolne związanie się z drugą osobą, oddanie się jej w miłości. Wolność jako dar prowadzi wprost do solidarności społecznej. Echo tej filozoficznej koncepcji można znaleźć w słowach z czasu pielgrzymki: „Wolność jest wielkim darem Bożym. Trzeba go dobrze używać. Miłość stanowi spełnienie wolności, a równocześnie do jej istoty należy przynależeć - czyli nie być wolnym, albo raczej być wolnym w sposób dojrzały! Jednakże tego ‚nie-bycia-wolnym’ w miłości nigdy nie odczuwa się jako niewoli, nie odczuwa jako niewoli matka, że jest uwiązana przy chorym dziecku, lecz jako afirmację swojej wolności, jako jej spełnienie. Wtedy jest najbardziej wolna! Oddanie w niewolę wskazuje więc na ‚szczególną zależność’, na świętą zależność i na ‚bezwzględną ufność’. Bez tej zależności świętej, bez tej ufności heroicznej, życie ludzkie jest nijakie! Tak więc słowo ‚niewola’, które nas zawsze boli, w tym jednym miejscu nas nie boli. W tym jednym odniesieniu napełnia nas ufnością, radością posiadania wolności! Tutaj zawsze byliśmy wolni!”

Choć w czasie papieskiej pielgrzymki w 1979 roku słowo „solidarność” padło bodaj raz i to nie w przestrzeni życia społecznego, ale w odniesieniu do duchowieństwa, to treść solidarności została dokładnie zaprezentowana. Złączona ze spontanicznym czynem rozbudzonego społeczeństwa, które zaczynało odkrywać na nowo świadomość bycia narodem, stawała się zaczynem nowej rzeczywistości, wolnej Polski.

Zabezpieczanie wyzwolenia 1991

Pielgrzymka św. Jana Pawła II do Polski z 1991 roku odbywała się dwa  lata po przełomie roku 1989, traktowanym jako odzyskanie niepodległości. Wbrew oczekiwaniom, św. Jan Paweł II nie przyłączył się do wspólnej euforii. Jego nauczanie skoncentrowało się na prezentacji współczesnej, zaktualizowanej interpretacji dekalogu.

To właśnie dekalog stał się rdzeniem jego katechezy. Dość szybko wzbudziło to jako naturalne porównanie do Mojżesza - Jan Paweł II przybył do Polski jak ktoś, kto staje na czele wyzwolonego właśnie narodu, by dać mu dekalog i doprowadzić do Ziemi Obiecanej. Istotnie, takie skojarzenia mogły pojawiać się już od pierwszych papieskich katechez:
„‚Jam jest Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej (...). Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną!’ (por. Wj 20,2-3).
Wybrał Bóg miejsce na pustyni: górę Synaj - i wybrał lud, któremu objawił siebie jako wybawcę z niewoli egipskiej - i wybrał człowieka, któremu powierzył swe przykazania: Mojżesza.
Dziesięć prostych słów. Dekalog. Pierwsze wśród nich brzmi właśnie tak: ‚Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną’.
[...]
‚Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną’. To pierwsze słowo Dekalogu, pierwsze przykazanie, od którego zależą wszystkie dalsze przykazania. Całe prawo Boże - wypisane niegdyś na kamiennych tablicach, a równocześnie wypisane odwiecznie w sercach ludzkich. Tak, że i ci, co nie znają Dekalogu, znają jego istotną treść. […]

To Boże prawo moralne jest dane człowiekowi i dane równocześnie dla człowieka: dla jego dobra. Czyż nie tak jest? Czyż nie dla człowieka jest każde z tych przykazań z góry Synaj: - ‚Nie zabijaj - nie cudzołóż - nie mów fałszywego świadectwa - czcij ojca i matkę’ (por. Wj 20,13-14.16.12). Chrystus ogarnia to wszystko jednym przykazaniem miłości, które jest dwoiste: ‚Będziesz miłował Pana Boga swego ponad wszystko - będziesz miłował człowieka, bliźniego twego jak siebie samego’ (por. Mt 22,37).
W ten sposób Dekalog - dziedzictwo Starego Przymierza Boga z Izraelem - został potwierdzony w Ewangelii jako moralny fundament Przymierza Nowego we Krwi Chrystusa”.

Trzeba w tym miejscu od razu zauważyć, że tak jak Mojżesza nie zawsze otaczała powszechna akceptacja, tak w czasie pobytu w Polsce - Jan Paweł spotkał się z zarzutami, że nie rozumie liberalnej demokracji, oraz że miesza płaszczyznę prawną i polityczną z porządkiem religijnym. Jak ciekawie zauważył Józef Tischner na tle dominującej doraźności - Papież „przemawiał do sumień, a nie do frakcji parlamentarnych”.
Przemawiał przy tym niezwykle konsekwentnie w stosunku do źródłowego Wyjścia - Exodusu. Biblijny proces wyzwalania i wyjścia jednoznacznie bowiem prowadził do przymierza z Bogiem. Wystarczy przywołać jakikolwiek tekst biblijny dotyczący tematu exodusu: „Rzekli: «Bóg Hebrajczyków nam się ukazał. Pozwól przeto nam iść trzy dni drogą na pustynię i złożyć ofiarę Panu, Bogu naszemu, by nas nie nawiedził zarazą lub mieczem»” (Wj 5, 3).

Kardynał J. Ratzinger komentując spór z teologami wyzwolenia stwierdził: „Do jakiej zatem wolności zmierzało wyzwolenie wyjścia? […]  trzeba zauważyć, że Mojżesz w swej rozmowie z faraonem nie podaje jako celu wyjścia z Egiptu stworzenia własnego kraju, ale wyszukanie miejsca na ofiarę, aby uwielbić Boga w sposób wybrany przez Niego samego. […]


Celem wyjścia jest więc przede wszystkim i ponad wszystko Synaj, tzn. zawarcie przymierza z Bogiem, przymierza, z którego wyniknie całe prawo dla Izraela. Celem jest zatem znalezienie prawa zaprowadzającego sprawiedliwość, a tym  samym budującego właściwe odniesienia ludzi między sobą i z całym stworzeniem. […]. Można stąd powiedzieć, że celem wyjścia była wolność; trzeba jednak natychmiast dodać, iż obliczem wolności jest przymierze, a formą realizowania wolności  ukazana w prawie przymierza właściwa relacja ludzi do siebie, oparta na ich właściwym odniesieniu do Boga”.

Papież doświadczał przejawów niezrozumienia wolności i niejako komentował te stany umysłu. Na przykład wtedy, gdy prezentując treść III przykazania mówił: „postulat neutralności światopoglądowej jest słuszny głównie w tym zakresie, że państwo powinno chronić wolność sumienia i wyznania wszystkich swoich obywateli, niezależnie od tego, jaką religię lub światopogląd oni wyznają”. Dodał zarazem „Ale postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze światopoglądową neutralnością”.

W przekazie mediów liberalnych i w przekazie polityków (np. z ówczesnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego) akcentowano ów drugi fragment i interpretowano go jako tęsknotę za jakąś formą państwa wyznaniowego. Duża część społeczeństwa przyjęła niekorzystną interpretację słów Ojca świętego, co tylko potwierdzało jak bardzo wybiórczo traktowano wypowiedzi papieskie.

Tej pielgrzymce towarzyszyła od początku niezdrowa atmosfera pytań o koszty państwa. Dlatego też Jan Paweł II zrezygnował z wypoczynkowego pobytu w Zakopanem. Sam Papież w liście do Jerzego Turowicza z 1995 r. pisał, że mieliśmy w 1991 r. do czynienia ze „wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy tez o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa”.

Jednym z najbardziej przejmujących i najlepiej zapamiętanych spotkań pielgrzymkowych stała się pełna bólu konstatacja Jana Pawła II: „Nie można tutaj mówić o wolności człowieka, bo to jest wolność, która zniewala. Tak, trzeba wychowania do wolności, trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia u progu III Rzeczypospolitej!

‚Oto matka moja i moi bracia’.

Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!”.

Pielgrzymka z 1991 roku miała jeszcze swoją drugą część  w sierpniu. Jej głównym celem było  spotkanie młodzieży na Jasnej Górze. Ono także stanowiło okazję do pogłębionej refleksji na temat wolności odzyskanej i zagospodarowywanej w Europie Środkowej i Wschodniej. W słowach skierowanych do młodych można odnaleźć zasadnicze wątki koncepcji wolności Karola Wojtyły i zarazem zasadnicze elementy przesłania z czerwcowej katechezy Dekalogu wolności dla narodu polskiego: „Drodzy przyjaciele! Jesteście tutaj zgromadzeni z tylu miejsc, mówicie tak wieloma językami. Nosicie w sobie dziedzictwo tylu kultur, tylu dziejowych doświadczeń. Na różne sposoby doświadczyliście i doświadczacie, wy i wasze społeczeństwa, owej walki, jaka poprzez całe dzieje człowieka toczy się w człowieku - i o człowieka.

Nasze stulecie było i dalej jest szczególnym poligonem tej walki. Pokolenia całe przez nią przechodzą, a równocześnie podmiotem właściwym jest każda i każdy z nas. Człowiek w prawdzie stworzenia na obraz i podobieństwo Boże - a równocześnie człowiek kuszony, aby ten obraz i podobieństwo przemienił w wyzwanie rzucane swemu Stwórcy i Odkupicielowi. Aby Go odrzucił. Aby swe życie na ziemi kształtował tu tak, ‚jakby Bóg nie istniał’. Jakby nie istniał Bóg w całej swojej transcendentnej rzeczywistości. Jakby nie istniał w swojej miłości do człowieka, która Ojcu kazała ‚dać’ Syna Jednorodzonego, dać Syna, ażeby człowiek - przez tego Syna - miał życie wieczne w Bogu.
Wśród tej walki, wśród tych duchowych zmagań, tyle środków pracuje nad tym, ażeby człowieka wyzuć z ‚przybrania za synów’. Wy, młodzi, przybyliście tutaj w pielgrzymce, ażeby potwierdzić to przybranie za synów, aby je na nowo wybrać. Aby z niego kształtować swą ludzką egzystencję. Aby do niego przybliżać i pociągać innych”..

Św. Jan Paweł II w 1991 roku przekonywał nasz naród (i nie tylko), że wolność jest procesem niezamkniętym, jest darem i wyzwaniem. Jest rzeczywistością, którą trzeba stale zdobywać.  Warunkiem jej uzyskania i utrzymania jest przymierze z Bogiem.
Te słowa miały fundamentalnie ważne znaczenie. Naród polski po 1989 roku popadł w wielkie turbulencje. Wystarczy spojrzeć na zmiany, jakie wówczas się dokonały w sferze stylu  bycia, ale i języka. Słowa takie jak „Ojczyzna”, „naród” stał się słowami zawstydzonymi, marginalizowanymi, wykluczanymi z debaty publicznej.

Św. Jan Paweł II w 1991 roku przypomniał dobitnie, że będziemy wolnym narodem i wolnym państwem, jeżeli zwiążemy się prawdą o naszej tożsamości, jeżeli uznamy naszą polskość, jeśli uznamy nasze dziedzictwo kulturowe i naszą tradycję. I dokonamy - mocą tej poznanej i przyjętej prawdy - samozwiązania naszej wolności. Wedy pozostaniemy wolni.
Jego słowa wyrażały wówczas postulat wyrażenia swojej tożsamości, zarówno na płaszczyźnie państwowej i narodowej. A był to postulat stawiany wobec tendencji, by w imię nowoczesności owe działania osłabić. Liberalne środowiska podejmowały już wtedy działania zmierzające do osłabienia, czy totalnej destrukcji tożsamości. Środowiska te proponowały i nadal proponują zamianę pewnych pojęć i powiadają, że w miejsce poczucia przynależności narodowej należy podkreślać  przynależność europejską. Cnota patriotyzmu powinna ulec wymarciu w obliczu globalizmu. Tożsamość religijna, traktowana jako opresyjny stereotyp, winna ustąpić tożsamości laickiej. Tożsamość zachodniej kultury winna poddać się multikulturowości. Tożsamość rodziny - powinna wreszcie zostać zastąpiona akcentem na wyłącznie tożsamość indywidualistyczną.

Konkluzja

Toczący się obecnie w przestrzeni naszej kultury i życia publicznego spór o tożsamość narodową (ale także osobistą i osobową, czego przejawem jest presja ideologii gender) jest potwierdzeniem fundamentalnego sporu o wolność i jej rozumienie. Ostatecznie, odsłania spór o człowieka, którego intensywność i istotę tak trafnie diagnozował św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski w 1997 r.:„Wielki spór o człowieka u nas w Polsce wcale się nie zakończył wraz z upadkiem ideologii marksistowskiej. Spór o człowieka trwa w dalszym ciągu, a pod pewnym względem nawet się nasilił. Formy degradacji osoby ludzkiej oraz wartości życia ludzkiego stały się bardziej subtelne, a tym samym bardziej niebezpieczne. Potrzeba dziś wielkiej czujności w tej dziedzinie. Otwiera się tutaj szerokie pole działania właśnie dla uniwersytetów, dla ludzi nauki. Zdeformowana lub niepełna wizja człowieka sprawia, iż nauka przemienia się łatwo z dobrodziejstwa w poważne zagrożenie dla człowieka”.

Kolejnymi etapami tego sporu są wydarzenia polityczne, jak choćby wybory zarówno parlamentarne, jak i na poziomie samorządowym. W tych procesach bardzo często pojawia się przywoływane na różne sposoby hasło „wolność”, które rezonansuje hasłem „wyzwolenie”. Wprost proporcjonalnie do intensywności pojawiania się tych haseł towarzyszy im chaos pojęciowy, który jest ewidentnym przejawem kryzysu prawdy.
Tym bardziej zasadną staje się refleksja wracająca do pięknej i godnej człowieka koncepcji wolności autorstwa Karola Wojtyly - Jana Pawła II. Równie zasadnym i niezbędnym staje się powracanie i odwoływanie do dziedzictwa tego doświadczenia wyzwolenia i wolności, które dane nam zostało za sprawą św. Jana Pawła II, Papieża wolności, w roku 1979 i 1991.

                                                                             ***

Wojciech Reszczyński - Romantyzm celów, pozytywizm środków
 

Tytuł mojego wystąpienia - "Romantyzm celów, pozytywizm środków" zaczerpnąłem od Jana Starzewskiego z jego szkicu "Obraz duszy", szkicu zawartym w unikatowym wydawnictwie "Idea i czyn Józefa Piłsudskiego", a opublikowanym w 1934-1935 roku w Warszawie.

Jan Starzewski urodził się w Wadowicach w 1895 roku, zmarł na obczyźnie w 1973 roku w Londynie. Służył w Legionach Polskich, w II Brygadzie, potem w Wojsku Polskim walcząc w wojnie polsko-ukraińskiej, w młodości pisał wiersze, był dyplomatą, pod koniec życia został ministrem spraw zagranicznych w rządzie londyńskim.
 
Na postać Jana Starzewskiego zwrócił mi uwagę dr Bohdan Urbankowski największy znawca życia i dokonań Józefa Piłsudskiego, za co jestem mu serdecznie wdzięczny. W referacie odnajdą Państwo moje osobiste fascynacje wydarzeniami i ludźmi, o których wspominałem w moich felietonach i publicystyce.   

Piłsudski mówił o sobie - "Jestem romantykiem i zarazem realistą", a w wywiadzie dla Artura Śliwińskiego, z marca 1931 roku, powiedział wprost: "Mając lat siedem czy dziesięć postanowiłem sobie, że gdy tylko skończę lat piętnaście, a więc osiągnę według mojego ówczesnego mniemania szczyt dojrzałości, to zrobię powstanie i wypędzę Moskali z Podbrzezia". W innej wypowiedzi rozwinął ten wątek mówiąc: - "Wszystkie marzenia moje koncentrowały się wówczas koło powstania i walki orężnej z Moskalami, których z całej duszy nienawidziłem."  Romantyczne marzenie o niepodległości Polski było charakterystyczne dla pokolenia Józefa Piłsudskiego. Nic dziwnego.
 
Agata Tuszyńska w książce „Rosjanie w Warszawie” pisze o tym, jak po klęsce powstania styczniowego Moskale rusyfikowali Polaków. Dzieci w podręcznikach historii miały napisane: „Polsza, gławnyj gorod Warszawa, naród jechidny, pokałaniajetsia Rimskomu Papie”. Cytuje też duńskiego literata Georga Brandesa, który w tym „niegdyś wspaniałym mieście” dostrzega dziś, cytuję:  „gdzie nie spojrzysz, oblicza posępne i frasunku jakiegoś pełne”.

Zaborca usiłował nie tyle zrusyfikować, ale całkowite przemienić każdego Polaka w Rosjanina. Uważano bowiem, że tylko zamieniony w Moskala Polak może być prawdziwie szczęśliwy. Po fali powstań było wiadomo, że system trzymania Polaków za twarz, rękoma samych Polaków, niewiele już daje. Marian Zdziechowski w swojej książce „Wpływy rosyjskie na duszę polską”, wydanej w 1924 roku w Krakowie i nigdy później niewznowionej, zauważa, że „rosyjski system nie przetopił duszy polskiej ani nie zmienił jej jestestwa, wpuścił w nią jednak zarazek deprawacji”.
A Antoni Chołoniewski, w jeszcze starszej książce, wydanej w 1916 roku i zatytułowanej „Istota walki polsko-rosyjskiej”, pisze takie oto słowa: „Przynależność do dwóch światów różnych, skazanych na to, by odpychać się wieczyście, przesądzała z góry nieuchronność zatargu polsko-rosyjskiego, podobnie jak przesądza też jego nieusuwalność”.
Józef Piłsudski mówił zaś, że Niemcy mogą nas wymordować, ale sowieci mogą nam zabrać coś znacznie ważniejszego – naszą duszę. On też przestrzegał, by szczególnie w kryzysie strzec się obcej agentury. Te akurat słowa środowiska patriotyczne powtarzają i słusznie, bardzo często.

Józef Piłsudski marzyciel i realista, przewidział przebieg I wojny światowej, a szczególnie końcówkę zmagań wielkich mocarstw. Rosja zostanie pobita przez Austro-Węgry i Niemcy, a ci z kolei ulegną Anglii i Francji. Trzeba więc ruszyć na Rosję, a potem walczyć z Niemcami. Wizję tę przedstawił po raz pierwszy w Paryżu, w Sali Towarzystwa Geograficznego ponad 500 Polakom, przyszłym legionistom, zafascynowanym jego mową. Jednym z nich był Bolesław Wieniawa-Długoszowski, bywalec paryskich salonów, lekarz, malarz, poeta, bez sensownego wówczas zajęcia. Na wiosnę 1916 roku Wieniawa zaprosił Piłsudskiego do swojego rodzinnego majątku w Bobowej koło Starego Sącza. Zachwycona matka dziękowała Piłsudskiemu: "Panie Brygadierze, pan musi być chyba cudotwórcą, skoro pan mego chłopaka nauczył posłuszeństwa". No cóż, wspominał adiutant Marszałka, późniejszy dyplomata i generał: "Byłem cokolwiek trudnym do prowadzenia charakterem".  

Piłsudski porwał wtedy tych młodych ludzi swoją wizją Polski prawdziwie niepodległej. Wystarczył romantyzm celów i wiara w pozytywizm środków. Tak właśnie zdobył środki na swoją walkę napadając na carski pociąg z pieniędzmi w Bezledach.

Kim byli żołnierze Piłsudskiego, autentyczna elita przyszłej wolnej Polski.? Nim stali się żołnierzami, legionistami, byli poetami, pisarzami, malarzami, artystami, filozofami, lekarzami. Takimi byli Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Kazimierz Sosnkowski, Edward Rydz Śmigły, Lucjan Żeligowski, Mieczysław Boruta Spiechowicz, Władysław Belina-Prażmowski, Tadeusz Kasprzycki, Walery Sławek, Henryk Dobrzański Hubal, Józef Beck, Sławoj Felicjan Składkowski i wielu innych, a wśród nich Alfred Biłyk.

Był ostatnim wojewodą lwowskim. W tragicznym 1939 roku zmuszony rozkazem do opuszczenia miasta, nie mogąc dotrzymać danego lwowiakom słowa, że nie opuści miasta w wojennej potrzebie, popełnił samobójstwo strzałem z rewolweru w głowę. „Być internowanym do końca wojny nie chcę. Chcę ocalić honor” – pisał w swoim pożegnalnym liście. Po wielu latach okazało się, że zostawił jeszcze jeden list, skierowany do władz węgierskich, prawdziwie ostatni list. Znaleziono go w zbiorach Instytutu Sikorskiego w Londynie. Alfred Biłyk w liście tym dysponuje  pieniędzmi, które mu zostały. „Tysiąc dolarów w złocie i pięćset dolarów papierowych proszę przekazać panu wojewodzie Stanisławowi Jareckiemu. Resztę pieniędzy w złocie, banknotach (polskie, amerykańskie, rumuńskie) i moją własność, którą posiadam z sobą, zapisuję szoferowi Kazimierzowi Jasnukowi. Z tego ma on pomóc moim urzędnikom, w razie gdyby ich spotkał, a w wypadku spotkania mojej rodziny proszę resztę tejże przekazać. Najpierw jednak należy zapłacić z tych pieniędzy rachunek w hotelu i wszystkie koszty z pogrzebem włącznie, 5 (słownie pięć) dolarów przeznaczam jako napiwek w hotelu. Również proszę o tych 1500 dolarach, które Pan Jarecki ma otrzymać, dać wzmiankę w prasie, ponieważ pieniądze te otrzymałem w zaufaniu i chcę, aby wszyscy wiedzieli, że je oddałem”.
Jak wielkiego charakteru musiał być ten człowiek, który na kwadrans przed samobójczą śmiercią tak dbał o swój honor i dobre imię. Takie to było pokolenie legionistów.

Romantyzm celów, pozytywizm środków to bardzo trafne i wdzięczne określenie dla publicysty zajmującego się historią, charakteryzujące nie tylko Józefa Piłsudskiego ale całe jego pokolenie walczące o Niepodległą Polskę.

2 sierpnia 1914 roku Józef Piłsudski wysłał na teren Królestwa Polskiego patrol konny pod dowództwem Władysława Beliny-Prażmowskiego. Cztery dni później Austro-Węgry wypowiedziały Rosji wojnę. Wiedział o tym Komendant, wysyłając swój patrol, który skierował się do Oblęgorka.
„Przecież my musimy mu zameldować, my, pierwsi polscy ułani, toć trzeba nam zasalutować przed twórcą „Ogniem i mieczem”, „Potopu” i „Pana Wołodyjowskiego. Czyż nie on nas wychował, czyż nie on nas przygotował do żołnierki, do służby pod rozkazami Komendanta”.
Tak w 1924 roku odtworzył słowa Beliny jeden z jego ułanów Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Henryk Sienkiewicz przyjął ich w towarzystwie syna i córki. Widać już było jego chorobę (zmarł dla lata później), stąd może późniejsze opowieści o tym, że przyjął legionistów chłodno. Jednak rok później, w liście do Stanisławy Osady pisał: „Wystąpienie ich jest politycznym szaleństwem, moje serce jest jednak z nimi, a nawet z ich przywódcami wojskowymi (…) zamiast obradować bezpiecznie i kłaniać się Austriakom w Wiedniu, nadstawiają głowy w polu i podtrzymują sławę polskiego męstwa”.

Polacy z zaboru rosyjskiego nie poparli idei wybuchu powstania narodowego, ponieważ zapomnieli już o wolnej Polsce. W Kongresówce było im dobrze, a przede wszystkim bezpiecznie i spokojnie. Wtopili się w społeczeństwo rosyjskie, urządzili się już u zaborcy. Wielu Polaków pełniło nawet odpowiedzialne funkcje i zawody. Nie chcieli, by ktoś burzył im tę stabilizację, nawet jeśli byli by to Polacy. Pierwsza konfrontacja idei Polski niepodległej, idącej do boju z Piłsudskim, z Polską zniewoloną, zrusyfikowaną pozostawiła u Legionistów mocny uraz, a nawet piętno, co wielokrotnie opisywali później w swoich wspomnieniach. A jednak garstka romantyków  o często bardzo  niepraktycznych zawodach i zainteresowaniach: malarze, pisarze, poeci, muzycy, dziennikarze, potrafiła odmienić polski los, przywdziewając mundury przypominające nieco austriackie, ale z polskim orłem na czapce.

A wówczas potrafiło być bardzo nieprzyjemnie. Biskup Augustyn Łosiński po wkroczeniu legionistów Piłsudskiego do Kielc nie tylko, że odmówił przyjęcia delegacji Strzelców, ale nie pozwolił, by pierwsza msza święta odbyła się w katedrze. Legioniści ze swoimi kapelanami, przy zaimprowizowanym ołtarzu, stanęli na placu przed katedrą. Dopiero następna msza miała miejsce w świątyni, pod tym jednak warunkiem, że nie wolno było śpiewać „Boże coś Polskę”, pieśni zakazanej przez cara, na którą niemile reagowała też komuna w PRL-u, o czym można dziś czytać w raportach esbeków wysyłanych służbowo na msze. Tenże biskup kielecki nie zgodził się także, gdy poproszono go o zgodę na postawienie i poświęcenie krzyża na mogile powstańców styczniowych poległych w 1863 r. pod Grochowiskami.
 
Albo późniejszy sufragan wileński, biskup Kazimierz Michalkiewicz. Odprawiał mszę w intencji „urodzin matki cesarskiej”, nawet wtedy, gdy Wilno było już wolne od Moskali. Także z tym patriotycznym duchem naszego Kościoła bywało w historii różnie, co przecież w żaden sposób nie zmienia faktu, że gdyby nie Kościół katolicki naród nasz już dawno przestałby istnieć. Rozumiał to doskonale socjalista Józef Piłsudski, który właśnie na froncie wołyńskim 27 lutego 1916 r. wyrzekł się protestantyzmu i złożył wyznanie wiary rzymskokatolickiej.

16 sierpnia 1914 roku Naczelny Komitet Narodowy powołał do życia Legiony Polskie, a Pierwsza Kompania Kadrowa weszła w jej skład jako I Brygada, której komendantem został Józef Piłsudski, a szefem sztabu generalnego Kazimierz Sosnowski. Informując o tym żołnierzy zgromadzonych w Kielcach, Komendant dopieszczał ich:
„Żołnierze! Koniecznym było, by najśmielsi i najenergiczniejsi wzięli na swoje barki odpowiedzialność, inicjatywę rzucenia iskry na proch. Tę iskrę rzuciliście, dając przykład innym, jako przodownicy walki Narodu polskiego o niepodległość Ojczyzny”.

A co mówili inni twórcy Niepodległej. Roman Dmowski: „Jestem Polakiem, więc mam polskie obowiązki; są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”. Gabriel Narutowicz przestrzegał: „Każdy prawie Polak może być w świecie zagranicznym łatwo oszukany, łatwo w błąd wprowadzony i łatwo stać się może narzędziem w rękach innych”. Ignacy Jan Paderewski jak został premierem mówił: „Nie przyszedłem po dostojeństwa (…) lecz aby służyć, ale nie jakiemuś stronnictwu, gdyż stronnictwo powinno być jedno - Polska i temu jednemu służyć będę do śmierci”.  Wincenty Witos: „Nie ma sprawy ważniejszej niż Polska”. Henryk Sienkiewicz: „Biada narodom, które kochają więcej wolność niż ojczyznę”.

Kiedy Gabriel Narutowicz, tuż po wyborze na prezydenta, spotkał się z Józefem Piłsudskim, nie mógł ukryć swojego głębokiego żalu, a nawet niepokoju o własne życie po gwałtownych reakcjach przeciwników jego prezydentury. „Była to gorycz głęboko zawiedzionego człowieka w swoich uczuciach”, wspomina Józef Piłsudski w specjalnej książeczce, jaką wydał po śmierci Narutowicza. Do tej pory Narutowicz nie zgadzał się z kategorycznymi sądami Marszałka na temat zachowania niektórych rodaków, ale wówczas powiedział Piłsudskiemu:
„To nie jest Europa, ci ludzie lepiej się czuli pod tymi, kto im karki deptał i bił po pysku” - żalił się Gabriel Narutowicz Józefowi Piłsudskiemu tuż po ulicznych manifestacjach  przeciwko niemu.
„Zajścia te - wspomina Piłsudski, oburzające pod względem ich znaczenia politycznego, ociekające jak zwykle brudem i fałszem rzekomych patriotów, miały w dodatku nieznany w Polsce przysmaczek maskowania się macherów przed odpowiedzialnością przy pomocy jedenasto i dwunastoletnich dzieci szkolnych”.

Marszałek Piłsudski był uodporniony na zniewolone umysły Polaków, a jego dosadna niekiedy mowa, nie pozostawiała wątpliwości, co o nich sądzi. Wówczas, gdy spotkali się rankiem 7 grudnia 1922  roku, na 4 dni przed śmiercią Narutowicza, Piłsudski powiedział bez ogródek, jak gdyby na uspokojenie: „Ależ, panie, ja byłem w Polsce Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem, więc wszy właziły zewsząd. Zwykłe rzeczy!”

Inny legionista - Stefan Starzyński, także swoje życie związał z Józefem Piłsudskim. Matka była nauczycielką, a ojciec dumnym szlachcicem, choć bez majątku. Podobnie jak jego bracia, Roman Starzyński, major Sztabu Generalnego WP i ppłk Mieczysław Starzyński, oficer Sztabu Generalnego, późniejszy redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. Wszyscy trzej walczyli za Ojczyznę w I Brygadzie Legionów, jak wcześniej ich dziadek Roman, powstaniec listopadowy, jak brat ich matki, powstaniec styczniowy. Takich rodzin w II RP jak Starzyńscy było wiele. Po drugiej stronie byli „polscy” komuniści, których dzieci i wnuków można odnaleźć w „GW”.

A teraz inne nieco spojrzenie na pozytywizm środków.
W 1924 roku w Sulejówku, na imieninach marszałka Józefa Piłsudskiego, jego adiutant ppłk Bolesław Wieniawa-Długoszowski usłyszał taką jego uwagę. „Dziś wyraźniej niż kiedykolwiek widzę, że jest pewien rodzaj człowieka, który, gdy mu powiedzieć: panie, zastanów się pan. To, co pan robi, jest szkodliwe dla Polski, dla państwa, jest niemoralne, czy nieetyczne, on ruszy lekceważąco ramionami i będzie pana uważał za moralizującego deklamatora. Dopiero, kiedy dostanie w pysk, to drapie się za ucho i dochodzi do przekonania, że musiał zrobić coś złego”.
Czyż nie jest to jeszcze jedna ilustracja, tym razem humorystyczna, do tytułu tego referatu - romantyzm celów, pozytywizm środków, czyli po prostu - "w pysk"?

Romantyzm celów i pozytywizm środków, tak jak idea jagiellońska towarzyszą polskiej historii. Kiedy w Kijowie nastał Majdan  jako pierwszy z polityków pojawił się na trybunie prezes PiS Jarosław Kaczyński, a dopiero potem, ośmielona tym faktem, lękliwa ekipa Donalda Tuska. To doceniony już przez Ukraińców gest solidarności Polski z ich krajem. Może łatwiej nam będzie w przyszłości przeglądać wspólne karty z historii.   
Bo przecież z podobnym przesłaniem wolności dla Ukrainy ruszył przed 98 laty na Kijów Józef Piłsudski. Jego dziewięć dywizji wspomagały dwie ukraińskie. Po pierwszych klęskach bolszewików przyłączyły się do Piłsudskiego dwie brygady ukraińskich Strzelców Siczowych, utworzonych jeszcze w Austrii, a potem, po klęsce atamana Semena Petlury, włączonych do Armii Czerwonej. Wspólna polsko-ukraińska wyprawa na Kijów miała dać Ukrainie wolność od czerwonych i białych Rosjan oraz zabezpieczyć polskie wschodnie granice. Józef Piłsudski w swojej odezwie do Ukraińców pisał, że polskie wojska pozostaną na Ukrainie do czasu, aż powstanie „prawy rząd ukraiński”. Ujął to tak: „Z chwilą, gdy rząd narodowy Rzeczypospolitej Ukraińskiej powoła do życia władze państwowe, gdy na rubieży staną zastępy zbrojne ludu ukraińskiego, zdolne uchronić kraj przed nowym najazdem, a wolny naród sam o swoich losach stanowić będzie mocem, żołnierz polski powróci w granice Rzeczypospolitej Polskiej”. Tę prawdę o „wyprawie kijowskiej” zacierano przez dziesiątki lat zarówno w PRL, jak i na Ukrainie, z której sowieci zrobili swoją republikę. A wtedy nie łatwo było wyrzec się romantyzmu celów tłumacząc polskim właścicielom ziemskim, że mają wracać, gdyż nie będzie tu dla nich miejsca.

Do Ukrainy walczącej dziś z obcą agresją można odnieść dawne słowa Józefa Piłsudskiego, polskiego przywódcy, który widział ją wolną i niepodległą już w 1920 roku i który nie miał złudzeń, że wschodnią granicę II RP trzeba wywalczyć zbrojnie. Powiedział, że w obliczu śmiertelnego wroga liczy się tylko „własna, czujna siła obronna”. A do polskich i ukraińskich polityków można odnieść jeszcze inne słowa Piłsudskiego: „W każdym narodzie cenioną jest tylko jego samodzielność”.

Wydarzenie z 1926 roku, opisane przez gen. dr. Felicjana Sławoj-Składkowskiego także można zaliczyć do Piłsudczykowskiej wizji zwieńczonej pozytywistycznym etosem. Uzyskał on wówczas od marszałka Józefa Piłsudskiego natychmiastową zgodę na nadanie obywatelstwa polskiego tym 600 tysiącom Żydom, którzy uciekli do Polski przed pogromami na Wschodzie.
Józef Piłsudski powiedział: „Polski nie stać na obywateli drugiej klasy, którzy nie mogą być do niej uczuciowo przywiązani”.
W ten sposób 600 tysięcy Żydów, niemówiących po polsku, ciemnych i zacofanych, stało się polskimi obywatelami.
Warto tu wspomnieć ministra spraw zagranicznych Polski Józefa Becka, wielkiego rzecznika powstania państwa żydowskiego w Palestynie. Także sprawę wyposażenia w pieniądze i broń oraz wojskowego przeszkolenia syjonistycznych organizacji „Irgun Zwei Leumi” i „Hagana”, które dały początek armii państwa Izrael. Trzeba przypomnieć wydarzenie z 1938 roku, kiedy Niemcy usunęli siłą 15 tysięcy niemieckich Żydów. Polska ich przyjęła, rozmieściła i dała pracę. Trzeba przypomnieć postać generała Władysława Andersa, szefa sztabu Armii w powstaniu wielkopolskim. Wcielił do Wojska Polskiego, i wyprowadził z "nieludzkiej ziemi" 4 tysiące Żydów i ich rodziny. Trzy tysiące z nich zdezerterowało później w Palestynie, a Anders, choć za dezercję groziła kara śmierci, zakazał aresztowań. „Postanowiłem nie stosować wobec mniejszości narodowych ściśle ustawy o obowiązku służby wojskowej” - wspominał Andres. Dzięki temu dezerter Menachem Begin mógł zostać później premierem Izraela.

Czy pozytywizmu celów, za którym kryła się wręcz romantyczna, idealistyczna wizja Europy bez groźby wojny nie można doszukać się w wydarzeniu z lutego 1933 roku?  Polska z inicjatywy marszałka Józefa Piłsudskiego podjęła wówczas w Paryżu próbę sondażu polityczno-wojskowego w sprawie wspólnego zaatakowania Niemiec. Gdyby Hitler nie zgodził się na redukcję zbrojeń, armia polska miała wejść do Prus, a francuska do Nadrenii i Bawarii. Taka wojna zapobiegawcza zniweczyłaby plany Hitlera podboju Europy.

Bo Zachód, jak mawiał Józef Piłsudski - „jest parszywieńki”. Co do Wschodu iluzji było jeszcze mniej. W kręgach przedwojennych dowódców panowało przekonanie, i takie wyrażał też Marszałek, że w razie ataku ze strony Niemiec nie będziemy najprawdopodobniej osamotnieni, a w razie ataku ze strony Rosji Sowieckiej będziemy prawdopodobnie pozostawieni sami sobie. Józef Piłsudski zdawał sobie sprawę z zagrożenia wojną. Na rok przed śmiercią, 12 kwietnia 1934 zwołał do Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Warszawie tajną naradę poświęconą ZSRR i Niemcom. Notatkę sporządził wiceminister spraw zagranicznych hrabia Jan Szembek. To z niej czytamy, co mówił Józef Piłsudski:  „stan obecny (…) jest względnie przyjazny z Rosją i Niemcami”, ale „stan obecny nie jest wieczny ani stały, bo stan wewnętrzny tych państw nie jest stały”. Marszałek chciał wiedzieć, co o tym sądzą zebrani. Zadał pytanie: „Które z tych państw jest niebezpieczniejsze dla Polski i prędzej niebezpiecznym stać się może?”. Każdy z generałów miał w ciągu miesiąca dać odpowiedź, własnoręcznie napisaną i z nikim niekonsultowaną. Z relacji generała Kazimierza Fabrycego oraz generała Kazimierza Glabisza dowiadujemy się, że Marszałek liczył się z możliwością wojny z każdym dwóch sąsiadujących krajów, uważając że - „Mając dwa pakty, z Niemcami i Rosją siedzimy na dwóch stołkach, a to nie może trwać długo. Musimy wiedzieć, z którego spadniemy najpierw i kiedy. Wówczas to powiedział znamienne słowa: „Ja nikomu nie ufam, a cóż dopiero Niemcom. Muszę jednak grać, bo Zachód jest obecnie parszywieńki.  Jeżeli niebawem nie przejrzy i nie stwardnieje, będzie się trzeba przestawić w pracach. Musimy badać także niepewne internum Francji”. W słowie „internum”  chodziło Mu o wewnętrzne, bieżące uwarunkowania w tym kraju.

Mamy więc dowód, że Józef Piłsudski na równi ze stawianiem sobie romantycznych celów, był także politycznym realistą.
Bo jak mówił: „Tylko ten człowiek jest wart nazwy człowieka, który ma pewne przekonanie i potrafi je bez względu na skutki wyznawać czynem”.

Dlatego najwyższa już pora skończyć z podgrzewaniem politycznych podziałów sprzed stu laty, z czasów kiedy Polacy mozolnie odtwarzali własną Ojczyznę po latach zaborów. Pora zakończyć bezsensowne spory na temat poglądów i zachowań politycznych. Nie służą one bieżącej pracy dla Polski. Tamte podziały między narodowcami, niepodległościowcami, endekami, Piłsudczykami, ludowcami, socjalistami niech będą materią badawczą dla historyków. Dziś nie ma już sensu spierać się o to, kto był większym patriotą, a kto nie potrafił zapomnieć o osobistych urazach. Popatrzmy na nich jak na wielkich Polaków, dla których Polska była jednak  najważniejsza.
 
Każdy ze wspomnianych tu polityków, działaczy, księży, których nie brakowało w Legionach, doceniał siłę narodu i katolicyzmu, także Józef Piłsudski, zaliczany przez niektórych do socjalistów, choć wysiadł na „przystanku niepodległość”. Mówił: „Naszą największą siłą jest nasza wiara. Strzeżcie jej i wzmacniajcie ją”. Wspomagał go w tym jego przeciwnik polityczny, szczególnie po zamachu majowym, prof. Feliks Koneczny, przypominając, że kto działa przeciwko Kościołowi, przyczynia się do zniewolenia Polski.

Szkoda że na stronie internetowej narodowców, na liście „ideowych przodków”, nie ma Józefa Piłsudskiego. Przydałby się dziś „radykalizm” marszałka Piłsudskiego szczególnie wobec panującej partyjnej oligarchii, której „narodowcy” jawnie nie akceptują, a której nie znosił także marszałek. Jego „radykalnych” tekstów o polskim partyjniactwie jest wiele, a kilka z nich – tych mocnych - nawet dziś nie nadaje się do cytowania w towarzystwie pań.  Poza tym marszałek, socjalista, przez długie lata PRL-u, a nawet niekiedy i dziś, nazywany jest faszystą, jak zresztą Roman Dmowski.

Patriotyzm, umiłowanie Ojczyzny, przywiązanie do tradycji nie może być przedmiotem tendencyjnej, bezlitosnej i bezpodstawnej krytyki.
 
Zakończę słowami kardynała Stefana Wyszyńskiego, które padły już w 1967 roku, ponad pół wieku temu. „Trzeba zerwać z manią obrzydzania naszych dziejów i dowcipkowania z tragicznych niekiedy przeżyć Narodu”.

Jak bardzo od tego czasu zmieniło się postrzeganie naszej przeszłości?
„Nie można być prawdziwie wolnym bez rzetelnego i głębokiego stosunku do wartości. Nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała” – napominał w 1983 roku Jan Paweł II. Z pewnością znał słowa Józefa Piłsudskiego – „Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, by ta niepodległość kosztowała dwa grosze wydatków i dwie krople krwi”.

Ale jeszcze celniejsze były inne słowa Marszałka - „Jestem wyznawcą zasady, że ten, kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien teraźniejszości ani prawa do przyszłości”.

Dziękuję za uwagę.

   

 

Copyright © 2017. All Rights Reserved.