Czułam się osaczona. Rozmowa z Temidą Stankiewicz-Podhorecką, krytykiem teatralnym, publicystką "Naszego Dziennika"
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Czułam się osaczona. Rozmowa z Temidą Stankiewicz-Podhorecką, krytykiem teatralnym, publicystką "Naszego Dziennika"

- Nagle zrobiło się wokół mnie tłoczno, padały obraźliwe słowa. Wyglądało to na próbę zastraszenia mnie. W pewnym momencie zaczęłam wręcz krzyczeć, że to jest napaść na mnie.

Proszę sobie wyobrazić, że nagle nie wiadomo skąd otoczyła mnie grupa mężczyzn, którzy atakowali mnie werbalnie. Jestem przekonana, że była to zorganizowana akcja środowiska o określonych poglądach - o zdarzeniu po premierze Żab" opowiada Temida Stankiewicz-Podhorecka w Naszym Dzienniku.


Ostatnio była Pani ofiarą napaści słownej w jednym z warszawskich teatrów.

- Byłam w Teatrze Studio na premierze "Żab" w reżyserii Michała Borczucha. W programie do przedstawienia napisano, że spektakl jest inspirowany utworami Arystofanesa, w tym komedią "Żaby" i innymi. Tymczasem tytuł przedstawienia uważam za silne nadużycie. Spektakl jest głęboką ingerencją w tkankę tekstu, właściwie nie ma nic wspólnego z oryginalnym utworem. Moja recenzja spektaklu jest taka: artystycznie jest to miernota nad miernoty. Żenująco nieudolna reżyseria, niezagospodarowane tzw. puste miejsca, gdzie aktorzy snują się po scenie, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, brak dramaturgii, co przecież jest niezbędnym składnikiem przedstawienia. Całość zbudowana na szokowaniu widza obrzydliwościami zarówno w tematyce, jak i w wyrazie słownym oraz sytuacyjnym. Warstwa słowna to niemal same wulgaryzmy, ale już tak bardzo rynsztokowe, że chyba niżej zejść nie można. A niektóre sceny, jak ta, gdzie jest mowa - przepraszam - o fekaliach i demonstrowanie sytuacyjne przez aktora tego rozciągniętego tematu - są wprost niewiarygodne.

Nie do wiary, że w teatrze profesjonalnym, publicznym, opłacanym z miejskiej kasy tego typu rzeczy mają miejsce. Spektakl został zrealizowany przez reżysera homoseksualnego, co Michał Borczuch publicznie podkreślał w wywiadach przed premierą, oświadczając, że jest gejem i dodając, że w zespole gra dwóch aktorów homoseksualnych. A z tego, co widzimy na scenie, rzecz adresowana jest głównie do homoseksualistów. Patrzyłam na widownię. Niektórzy widzowie zasłaniali oczy, mieli spuszczone głowy z zażenowania. A w przerwie spektaklu część publiczności opuściła teatr. Ale część, i to wcale niemała, pozostała, entuzjastycznie reagując na przedstawienie. Po spektaklu zeszłam na dół wraz z innymi widzami, gdzie był poczęstunek - można było napić się wody, zjeść ciastko czy kanapkę. Poczęstowałam się ciastkiem.

Właśnie wtedy usłyszała Pani niewybredny komentarz pod swoim adresem?

- Podszedł do mnie wysoki mężczyzna i powiedział: "Wiem, kim pani jest. Nie podoba się Pani spektakl, a ładnie to tak żreć?". Odparłam, że to nie jest teatr prywatny, lecz publiczny, finansowany przez miasto, zatem również z moich podatków, a więc mam te same prawa do oglądania przedstawienia i do ciastka jak ten pan. Zapytałam, kim jest i jak się nazywa. Odparł, ale w tym gwarze nie zrozumiałam, co powiedział. Nagle podszedł drugi, a potem kolejni mężczyźni. Jednym z nich był znany aktor, od kilku lat publicznie deklarujący swój homoseksualizm. Powiedział: "A pani medium jest finansowane z moich podatków". Odrzekłam mu, że nie ma racji, że brak mu prawdziwej wiedzy na ten temat. Zarzucono mi, że w swoich recenzjach kłamię, bo "nie lubię tego środowiska". Sens był taki, że rzekomo nie piszę prawdy, ponieważ krytykuję "to środowisko". Nagle zrobiło się wokół mnie tłoczno, padały obraźliwe słowa. Wyglądało to na próbę zastraszenia mnie. W pewnym momencie zaczęłam wręcz krzyczeć, że to jest napaść na mnie. Proszę sobie wyobrazić, że nagle nie wiadomo skąd otoczyła mnie grupa mężczyzn, którzy atakowali mnie werbalnie. Jestem przekonana, że była to zorganizowana akcja środowiska o określonych poglądach. Na spektaklu można było spotkać mężczyzn ubranych np. w damskie spódnice.

Co wydarzyło się później?

- Po zaistniałej sytuacji podeszłam do dyrektora teatru Romana Osadnika i poinformowałam go, że zostałam napadnięta przez grupę. Powiedziałam również, że to zupełnie niedopuszczalna sytuacja - przychodzę do pracy jako krytyk teatralny i jestem atakowana przez nieznane mi osoby. Dyrektor zapytał o nazwiska tych osób i żeby je wskazać. Nie znałam nazwisk, a osoby te nagle gdzieś znikły, "rozpłynęły się". W każdym razie była to spora grupa i czułam się osaczona. Jeden z panów miał na sobie szarą spódnicę, co do innej wyróżniającej się osoby nie byłam w stanie zidentyfikować płci: mężczyzna czy kobieta.


Jak dyrektor zareagował?

- Dyrektor powiedział, że bardzo mu przykro i że mnie przeprasza. Zaprosił mnie nawet na wino, za co podziękowałam i odeszłam. Na tym cała sytuacja się zakończyła.

Czy w swojej pracy po raz pierwszy spotkała się Pani z takim zachowaniem?

- Wiem, że nie jestem ani lubiana, ani tolerowana, zwłaszcza w środowisku osób homoseksualnych, gdzie określa się mnie homofobką. Na premiery w niektórych teatrach mam już tzw. szlaban. Zostałam skreślona z listy krytyków. Nie po raz pierwszy zresztą. Ale nigdy wcześniej jako krytyk teatralny, a pracuję już wiele lat, nie doświadczyłam takiej słownej napaści.


Chciałabym powiedzieć, że spektakl ten był zaadresowany do konkretnej grupy, środowiska o jednoznacznych poglądach. Według mnie, tego typu przedstawienia są promocją dewiacji. Chciałabym, żeby kandydat na prezydenta Patryk Jaki zainteresował się tym, na co wydawane są pieniądze miasta - na jakie inicjatywy kulturalne. Po spektaklu "Żaby" widzowie wychodzili i nie kryli swojego oburzenia czy wręcz obrzydzenia. Przedstawienie jednak sporej części widowni się podobało, ponieważ - jak się domyślam - były to osoby reprezentujące to samo środowisko, o tym samym światopoglądzie.
Jako krytyk teatralny mam prawo pisać to, co jest zgodne z moim sumieniem, z moją wiedzą merytoryczną, zawodową, z moim światopoglądem budowanym na wartościach chrześcijańskich. Poza tym ja również płacę podatki i nie ma mojej zgody na finansowanie z moich podatków spektakli, które godzą w podstawowe wartości i są zaprzeczeniem sztuki. Mam prawo o tym pisać. Nie dość, że już podczas spektaklu musiałam patrzeć na obsceniczne sytuacje, to później zostałam jeszcze zaatakowana przez nieznane mi osoby, które zarzucały mi kłamstwo i odnosiły się do mnie agresywnie. To niebywałe, żeby takie rzeczy miały miejsce. Mój przykład pokazuje, że te środowiska są obłudne. Same domagają się tolerancji i tego, aby wspierać ich "sztukę", a innego zdania nie przyjmują, wręcz atakują tych, którzy mają odwagę je eksplikować.

Dziękuję za rozmowę.

"Czułam się osaczona"
Paulina Gajkowska
Nasz Dziennik nr 108 (6162)/ 12-13 maja
12-05-2018       
       
e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego     
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/258953,druk.html
 

Copyright © 2017. All Rights Reserved.