Polecane
Bez łaski, Unio, poradzimy sobie!
Unia Europejska straszy nas dwoma pistoletami. Pierwszy to budżet unijny i to, że nie dostaniemy z niego środków, jeśli nie zgodzimy się na mechanizm, w którym oni będą decydować, co w Polsce jest sprawiedliwością, a co nie. Ten straszak działa coraz słabiej, ponieważ według nawet najbardziej pesymistycznych analiz
gros pieniędzy z tego budżetu i tak dostaniemy, nawet jeśli go zawetujemy. Bardziej niekorzystne będzie to dla wielu innych krajów unijnych. Ciekawszy jest drugi pistolet, czyli Europejski Fundusz Odbudowy… I tu zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy ze względów ekonomicznych Polska w ogóle powinna w nim uczestniczyć. Po pierwsze fundusz ten obciąży dodatkowymi podatkami kraje w nim uczestniczące. Po drugie doprowadzi do tego, że Polska będzie musiała gwarantować długi nie tylko swoje, lecz także krajów znajdujących się w nieporównywalnie gorszej sytuacji od nas. Tymczasem pieniądze przyjdą do nas wtedy, gdy już nie będą potrzebne – a w każdym razie będziemy musieli dużo wcześniej sobie poradzić z kryzysem gospodarczym, co zresztą robimy obecnie. Gdybyśmy czekali na ten fundusz, nie byłoby żadnej tarczy, a miliony miejsc pracy już dawno temu byśmy utracili.
Tomasz Sakiewicz
za:niezalezna.pl
***
TSUE – to pułapka negocjacyjna
Opozycja, a pewnie także negocjatorzy w Brukseli, proponują Polsce jako kompromis cofnięcie weta i oddanie sprawy do rozpatrzenia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). To pułapka negocjacyjna. W ten sposób uznalibyśmy pozatraktatowo kompetencje TSUE w zakresie oceniania rządów prawa w państwach członkowskich, choć traktat nadaje je wyłącznie Radzie Europejskiej i Radzie UE.
Pozbylibyśmy się też jedynej dźwigni politycznej nacisku w tej sprawie w postaci zawieszenia budżetu Unii Europejskiej. Całe głęboko zadłużone Południe, które łaknie funduszy, a samo nie może pożyczać na rynkach finansowych na sensowny procent (my możemy), straciłoby jakikolwiek interes, by kiedykolwiek sprzeciwić się Północy (Niemcom, Holendrom i krajom skandynawskim) naciskającej na Polskę i Węgry. Uczestniczymy w grze politycznej. Trzeba odróżniać cele od procedur. Niemcy nigdy nie proponowałyby procedur narażających je na ryzyko nieosiągnięcia celu.
To ostatnia linia obrony – jak fortyfikacje w Sudetach dla Czechosłowacji w 1938 r. Jak się zgodzimy na „Monachium”, nie ma drugiej linii, na której moglibyśmy się bronić.
Przemysław Żurawski vel Grajewski
za:niezalezna.pl