Polecane
Tomasz Bieszczad - Zamiast rosy
Przed 80. rocznicą zakończenia bitwy o Monte Cassino poszedłem na film „Czerwone Maki”.
Wcześniej, dzięki Ewie ze Stowarzyszenia „Forum dla Ojczyzny” (organizatorce pokazów ważnych, ambitnych filmów, które łatwo przegapić, bo szybko schodzą z ekranu) udało mi się obejrzeć m.in. „Powstańca 1863”, „Notre-Dame płonie”, „Dźwięk wolności”, „Nędzarza i madame”.
Także tym razem wielka sala kinowa w „Sukcesji” wypełniona była po brzegi.
Wbrew niektórym recenzjom (według mnie stronniczym) „Czerwone Maki” to dzieło sprawnie zrealizowane,
trzymające w napięciu, a przy tym przystępne i przekazujące sporo wiedzy historycznej.
Rocznica bitwy i premiera filmu stały się pretekstem do snucia ocen „polskiego fatalizmu”.
Ostatnio ich gorycz wzmocniona została kolejną woltą „macochy Historii”:
Oto wczorajszy wróg z czasów II wojny światowej, a od 1999 r. sojusznik w NATO i od 2004 r. przyjaciel w UE,
dziś znowu stał się jakimś, jak gdyby, quasi-kuratorem, który bardzo chce aplikować nam swoje recepty polityczne
i gospodarcze oraz mocno trzymać w szachu polskie władze.
Z bitwą o Monte Cassino mamy chyba podobny problem co z Powstaniem Warszawskim;
prowokują do pytań, które naprawdę są niełatwe:
Czy było warto?
Czy za przelaną krew świat odpłacił nam wdzięcznością?
Czy pamięć o Ofierze przetrwa?
Czy tylko Bóg ją dostrzegł i zapamiętał?
Czy tylko za grobem będzie nagroda?
Kilkanaście lat temu zmarł nasz sąsiad z pierwszego piętra.
Był radiotelegrafistą w II Korpusie gen. Andersa.
O bitwie nie chciał za wiele mówić.
Schorowany wdowiec, w depresji, całymi godzinami wyglądał przez okno kuchenne.
Kiedy wracałem z pracy, zapraszał mnie do siebie.
Odwiedzałem go razem z żoną.
Czasem nam mówił: „Wyskoczyłbym przez to okno, ale jak… z pierwszego piętra?
Połamię się tylko i będziecie mieli ze mną jeszcze większy kłopot…”
Niekiedy prosił, żebym asekurował go w drodze do punktu „Lotto”…
Gorzka dola polskiego żołnierza, bohatera wojennego, trudna do przełknięcia.
Jakby personifikacja naszego powojennego losu, metafora rozpaczliwa i wzniosła.
Jak prawie wszystko u nas.
W latach 70. XX w. byłem aktorem w łódzkim Teatrze 77 (wtedy jeszcze studenckim).
Za głośne spektakle „Koło czy tryptyk” i „Pasja II” zdobyliśmy główne nagrody Łódzkich Spotkań Teatralnych.
W 1975 r. powstaje „Retrospektywa” – widowisko rozrachunkowe, polemiczne, odkrywcze.
Gramy ją na festiwalach w Polsce i w Europie (m.in. na La Biennale di Venezia).
Jej dokładny opis i recenzje zamieszczają najważniejsze fachowe periodyki:
francuski „Travail Théâtrale” i „Canadian Drama Revue”.
Spektakl się podoba, ma ciekawą, oryginalną konstrukcję.
Publiczność przed rozpoczęciem musi przeczytać fragment dziennika Witolda Gombrowicza,
w którym namawia on do wyrzeczenia się naszej historii jako balastu przeszkadzającego w marszu ku nowoczesności.
Pierwsza scena jest wernisażem polskich „symboli” (polonez, stół bankietowy, niewidomy skrzypek itp).
Potem widzowie dokonują wyboru:
Część z nich – wzorem Gombrowicza – decyduje się odrzucić „polskość jako balast”, druga część – jej nie odrzuca.
Widzowie się rozdzielają.
Ci pierwsi trafiają do sali, gdzie trwa próba zespołu „Kolumbowie’75” przed tournée po Związku Radzieckim.
Muzycy długo spierają się, co zabrać z Polski na handel (dżinsy, Marlboro?), a co przywieźć z ZSRR (kawior, złoto?)…
Pod koniec próby śpiewają… Krasnyje maki na Monte Cassino wmiesta rosy pili polskuju krow.
A po tiech makach bajec szoł i gibnuł, no jewo gniew silnieje smierti był.
Minujut gody, stalietia minujut (…) I tolko maki na Monte Cassino krasnyje budut, bo polskuju krow pili...
To była prowokacja, bluźnierstwo.
Jak walka z Krzyżem.
Widzowie wychodzili z tej „próby” zbulwersowani i wściekli.
O to chodziło.
Żeby zobaczyli skrajne konsekwencje „odrzucenia historii”.
Było w tym jakby coś „proroczego”.
Że kiedyś Fatum może znów się o nas upomnieć, a dalej już pójdzie z górki.
Że może ktoś, skuszony szansą sukcesu na Festiwalu Eurowizji, wykona w ten sam sposób „Rotę”.
Czy to możliwe? „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” – po niemiecku?
Nie?
A dlaczego nie?
Tomasz Bieszczad
za:lodz.niedziela.pl