Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Polecane

Tomasz Bieszczad - Zamiast rosy

Przed 80. rocznicą zakończenia bitwy o Monte Cassino poszedłem na film „Czerwone Maki”.
Wcześniej, dzięki Ewie ze Stowarzyszenia „Forum dla Ojczyzny” (organizatorce pokazów ważnych, ambitnych filmów, które łatwo przegapić, bo szybko schodzą z ekranu) udało mi się obejrzeć m.in. „Powstańca 1863”, „Notre-Dame płonie”, „Dźwięk wolności”, „Nędzarza i madame”.
Także tym razem wielka sala kinowa w „Sukcesji” wypełniona była po brzegi.

Wbrew niektórym recenzjom (według mnie stronniczym) „Czerwone Maki” to dzieło sprawnie zrealizowane,
trzymające w napięciu, a przy tym przystępne i przekazujące sporo wiedzy historycznej.

Rocznica bitwy i premiera filmu stały się pretekstem do snucia ocen „polskiego fatalizmu”.
Ostatnio ich gorycz wzmocniona została kolejną woltą „macochy Historii”:
Oto wczorajszy wróg z czasów II wojny światowej, a od 1999 r. sojusznik w NATO i od 2004 r. przyjaciel w UE,
dziś znowu stał się jakimś, jak gdyby, quasi-kuratorem, który bardzo chce aplikować nam swoje recepty polityczne
i gospodarcze oraz mocno trzymać w szachu polskie władze.
Z bitwą o Monte Cassino mamy chyba podobny problem co z Powstaniem Warszawskim;
prowokują do pytań, które naprawdę są niełatwe:
Czy było warto?
Czy za przelaną krew świat odpłacił nam wdzięcznością?
Czy pamięć o Ofierze przetrwa?
Czy tylko Bóg ją dostrzegł i zapamiętał?
Czy tylko za grobem będzie nagroda?

Kilkanaście lat temu zmarł nasz sąsiad z pierwszego piętra.
Był radiotelegrafistą w II Korpusie gen. Andersa.
O bitwie nie chciał za wiele mówić.
Schorowany wdowiec, w depresji, całymi godzinami wyglądał przez okno kuchenne.
Kiedy wracałem z pracy, zapraszał mnie do siebie.
Odwiedzałem go razem z żoną.
Czasem nam mówił: „Wyskoczyłbym przez to okno, ale jak… z pierwszego piętra?
Połamię się tylko i będziecie mieli ze mną jeszcze większy kłopot…”
Niekiedy prosił, żebym asekurował go w drodze do punktu „Lotto”…
Gorzka dola polskiego żołnierza, bohatera wojennego, trudna do przełknięcia.
Jakby personifikacja naszego powojennego losu, metafora rozpaczliwa i wzniosła.
Jak prawie wszystko u nas.

W latach 70. XX w. byłem aktorem w łódzkim Teatrze 77 (wtedy jeszcze studenckim).
Za głośne spektakle „Koło czy tryptyk” i „Pasja II” zdobyliśmy główne nagrody Łódzkich Spotkań Teatralnych.
W 1975 r. powstaje „Retrospektywa” – widowisko rozrachunkowe, polemiczne, odkrywcze.
Gramy ją na festiwalach w Polsce i w Europie (m.in. na La Biennale di Venezia).
Jej dokładny opis i recenzje zamieszczają najważniejsze fachowe periodyki:
francuski „Travail Théâtrale” i „Canadian Drama Revue”.

Spektakl się podoba, ma ciekawą, oryginalną konstrukcję.
Publiczność przed rozpoczęciem musi przeczytać fragment dziennika Witolda Gombrowicza,
w którym namawia on do wyrzeczenia się naszej historii jako balastu przeszkadzającego w marszu ku nowoczesności.
Pierwsza scena jest wernisażem polskich „symboli” (polonez, stół bankietowy, niewidomy skrzypek itp).
Potem widzowie dokonują wyboru:
Część z nich – wzorem Gombrowicza – decyduje się odrzucić „polskość jako balast”, druga część – jej nie odrzuca.
Widzowie się rozdzielają.
Ci pierwsi trafiają do sali, gdzie trwa próba zespołu „Kolumbowie’75” przed tournée po Związku Radzieckim.
Muzycy długo spierają się, co zabrać z Polski na handel (dżinsy, Marlboro?), a co przywieźć z ZSRR (kawior, złoto?)…
Pod koniec próby śpiewają… Krasnyje maki na Monte Cassino wmiesta rosy pili polskuju krow.
A po tiech makach bajec szoł i gibnuł, no jewo gniew silnieje smierti był.
Minujut gody, stalietia minujut (…) I tolko maki na Monte Cassino krasnyje budut, bo polskuju krow pili...

To była prowokacja, bluźnierstwo.
Jak walka z Krzyżem.
Widzowie wychodzili z tej „próby” zbulwersowani i wściekli.
O to chodziło.
Żeby zobaczyli skrajne konsekwencje „odrzucenia historii”.

Było w tym jakby coś „proroczego”.

Że kiedyś Fatum może znów się o nas upomnieć, a dalej już pójdzie z górki.
Że może ktoś, skuszony szansą sukcesu na Festiwalu Eurowizji, wykona w ten sam sposób „Rotę”.

Czy to możliwe? „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” – po niemiecku?

Nie?

A dlaczego nie?

Tomasz Bieszczad

za:lodz.niedziela.pl

Copyright © 2017. All Rights Reserved.