Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Polecane

Jan Gać - NICEA 325 - MIASTO, GDZIE FORMOWAŁO SIĘ CREDO

Starożytni posiadali wybitny zmysł do zakładania miast w miejscach nie tylko ważnych komunikacyjnie i gospodarczo, ale i z natury pięknie położonych. Do miejsc spełniających podobne warunki należy żyzna równina nad rybnym Jeziorem Askańskim o wodzie krystalicznie czystej, osłonięta niewysokimi wzgórzami, które zapewniają zdrowy mikroklimat sprzyjający wszelkim uprawom.

Równinę tę docenił Lizymach, jeden z generałów Aleksandra Wielkiego, kiedy po śmierci władcy, pokonawszy Antygona, swego rywala do rządów nad Azją Mniejszą, tam właśnie, w przyjaznym dla ludzi ustroniu, założył miasto. Nazwał je imieniem zmarłej żony -  Niceą. Po Grekach odziedziczyli je Rzymianie w 133 roku przed Chr., zapisane  im testamentem wraz z całym państwem Attalosa III z Pergamonu. Synowie Wilczycy wyodrębnili z tych ziem, przypartych do Morza Marmara i Morza Czarnego, nową prowincję Bitynię, zaś Niceę podnieśli do rangi jej stolicy. 
Chrześcijaństwo wcześnie dotarło do Bitynii, ale nie znamy imion jego tam głosicieli. Podczas drugiej podróży misyjnej Paweł Apostoł na próżno wybierał się w tamte strony. „Przeszli Frygię i krainę galacką, ponieważ Duch Święty zabronił im głosić słowo w Azji. Przybyli do Myzji, próbowali przejść do Bitynii, ale Duch Jezusa nie pozwolił im, przeszli więc Myzję i zeszli do Troady” (Dz 16,6-8), skąd, po raz pierwszy, przeprawili się na kontynent europejski zdążając do Macedonii. A może pracował tam Piotr Apostoł, będąc w drodze z Azji do Koryntu i dalej do Rzymu? Miał jakieś osobiste powody, by swój pierwszy list kierować między innymi do gmin w Bitynii. Adresował bowiem to pismo „do wybranych przybyszów wśród rozproszenia w Poncie, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii” (1P,1) - wymieniał kolejno rzymskie prowincje Azji Mniejszej - do tych, których w jakimś stopniu znał, co można wywnioskować z treści samego listu.
Ktokolwiek upowszechniał chrześcijaństwo w prowincjach przyległych do Morza Czarnego, natrafił tam na grunt żyzny, bo wsiane weń ziarno Dobrej Nowiny wydało plon obfity. Z końcem I wieku w mieście było tak wielu chrześcijan, iż miał z nimi niemały kłopot Pliniusz Młodszy, namiestnik Bitynii rezydujący w Nicei. Co ma począć w kłopotliwej dla siebie sytuacji, zwrócił się wprost do samego cesarza o poradę. Radząc mu, Trajan odpowiedział rozsądnie,  że nie należy ścigać chrześcijan tylko dlatego, że są chrześcijanami, natomiast należy skazać zadenuncjowanych, jeśli ci będą upierać się przy swej wierze i nie będą się chcieli jej wyrzec. Należy jednak postępować roztropnie i oddalać anonimowe donosy, „gdyż nie licują już z naszymi czasami”. Są to słowa zmarłego w 117 roku cesarza Trajana.  Upłynie jeszcze dwieście lat, zanim chrześcijanie, którzy musieli wiele wycierpieć w czasach prześladowań, zaznają wreszcie pokoju. Mocą edyktu tolerancyjnego, wydanego w 313 roku przez Konstantyna Wielkiego w Mediolanie, chrześcijanie otrzymywali wolność polityczną, a ta pociągnęła za sobą swobodę wyznawania chrześcijańskiej wiary w sposób otwarty i publicznie. 

Prowadzone do tego momentu spory teologiczne niejako podskórnie, w gronie niezliczonych gmin chrześcijańskich, po tej dacie wypłynęły na powierzchnię życia społecznego i stały się obiektem publicznej debaty, niejednokrotnie pociągając za sobą nawet przemoc fizyczną w ferworze zajadłych kontrowersji. Nie po to cesarz zrównał w prawach chrześcijan z innymi religiami imperium, by teraz – kłócąc się między sobą - rozsadzali mu państwo od środka. Konstantyn Wielki jako jedynowładca musiał postawić się w roli mediatora i rozjemcy, bowiem po chrześcijaństwie spodziewał się czegoś w rodzaju duchowego zwornika spinającego jego rozległe państwo, tak głęboko rozczłonkowane również pod względem istnienia mnogości pogańskich kultów. 
By tak się mogło stać, sam Kościół  musiał wpierw wypracować doktrynę, określić niejako ramy, w których mógłby się znaleźć każdy wyznawca, który zechciałby do tego Kościoła przynależeć. A kolejne problemy natury teologicznej co jakiś czas wyłaniały się same. Najbardziej fundamentalny odnosił się do osoby Jezusa, podniesiony przez pewnego pobożnego i szanowanego powszechnie kapłana z Aleksandrii, Ariusza. To, że Jezus był człowiekiem, na to godzili się wszyscy, wszak to fakt historyczny. Ale czy Jezus Chrystus był Bogiem, czy tylko sobie uzurpował bóstwo? A jeśli sam był Bogiem, to w jakiej pozostaje On relacji do Boga Ojca. Przecież zstąpił na ziemię dla zbawienia ludzi i dlatego przybrał postać człowieka, a w akcie tym uczestniczyła cała Trójca Święta, a więc i Duch Święty. 

Politeistyczny świat starożytny w swych mitologiach znał pojęcie triady bóstw. Tak było w Egipcie faraonów, w antycznej Grecji, w starożytnym Rzymie, a nawet w religiach ludów bardziej prymitywnych i niżej zaawansowanych w swym cywilizacyjnym rozwoju. Jak te niepojęte zawiłości przedstawić chrześcijanom w sposób bardziej czytelny, ludziom przyjmującym chrzest w wieku dojrzałym? Jak im wyjaśnić, że nie chodzi o żadną triadę, czyli o trójbóstwo stojące na szczycie politeistycznych panteonów, lecz rzecz dotyczy pojęcia trójcy, Jedynego Boga w trzech osobach. W jaki sposób dopiero co oświecony Ewangelią chrześcijanin, ledwie co wydarty pogaństwu, ma się odnieść do tych fundamentalnych zagadnień?  I rozpętała się wojna na argumenty, najpierw w Aleksandrii, podówczas filozoficznej i teologicznej stolicy chrześcijaństwa, by rozlać się niebawem na cały rzymski Wschód. Biskupi byli podzieleni w swoich opiniach.

Na początku IV wieku pozycja biskupa Rzymu nie była na tyle umocowana ani politycznie, ani teologicznie, by jego stanowisko i opinia w tych sprawach mogły stać się wiążące dla wszystkich, a już na pewno nie dla hierarchów na Wschodzie przenicowanych wyrobioną na greckiej filozofii skłonnością do rozdrabniania każdego pojęcia na najdrobniejsze elementy. 

W sytuacji powszechnego wrzenia i gorszącego w Kościele zamętu musiał zareagować sam cesarz, wcześniej przecież praktycznie kalkulujący żołnierz. Konstantyn, któremu historia przydała przydomek Wielki, rezydował już wtedy nie w Rzymie, lecz w Nikomedii na małoazjatyckim brzegu Morza Marmara, dokąd się przeniósł na czas budowy wspaniałego Konstantynopola na miejscu dawnej  greckiej osady Bizantion na europejskim brzegu cieśnin  Bosforu. 

Cesarz wezwał do siebie na obrady możliwie wszystkich biskupów i co ważniejszych teologów, którym sprawy wiary nie były obojętne. Na miejsce zbiórki wyznaczył Niceę, miasto położone po sąsiedzku, tyle że nad jeziorem, a nie nad morzem, zabezpieczone potężnymi murami, szczycące się tradycją żywego chrześcijaństwa, i co istotne – z dala od ośrodków jątrzenia, czyli teologicznie niejako neutralne. Na obrady soborowe zdążyło przybyć około trzystu biskupów. Jako szeregowy kapłan, Ariusz, nie został zaproszony, więc nie stawił się w Nicei. Obrady były burzliwe, przeciągały się, dochodziło do gorszących incydentów, wreszcie udało się wypracować stanowisko możliwe do zaakceptowania przez większość zebranych. Orzeczono, że Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem. Tę fundamentalną prawdę wiary ujęli w słowach: „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, zrodzony a nie stworzony przed wszystkimi wiekami”. Właśnie zrodzony, czyli już istniejący od prapoczątków, a nie stworzony w czasie. 

Powierzyć teologię umysłom ukształtowanym na filozofii greckiej, to zgodzić się na niekończące się roztrząsania każdego, najdrobniejszego nawet zagadnienia, najbardziej błahego terminu. W tym przypadku stało się podobnie.  Musiał zebrać się kolejny sobór, tym razem już w Konstantynopolu w 381 roku, pod okiem rezydującego tam Teodozjusza Wielkiego, ukształtowanego chrześcijanina. Poszło tym razem o sprawę troistości Boga, o określenie relacji zachodzących pomiędzy trzema osobami boskimi: Bóg Ojciec - Syn Boży - Duch Święty. Końcówka IV wieku to okres potężnych umysłów teologicznych, Grzegorza z Nazjanzu, Grzegorza z Nyssy, Bazylego z Cezarei Kapadockiej, Euzebiusza z Cezarei Nadmorskiej w Palestynie, Jana Złotoustego, Ambrożego, Atanazego, Hieronima, Augustyna – prawdziwy wysyp myślicieli, pisarzy i świętych. Chodziło o to, by bardziej postawić na wiarę, a mniej na rozum, bo Objawienie może być tylko zgłębiane mocą wiary, a w mniejszym stopniu siłami intelektu.  Ludzki rozum jest zbyt ograniczony, by można było jego władzami dociekać natury Boga i tajemnicy Trójcy Świętej. 

W tej sprawie raz jeszcze wypowiadała się Nicea w VIII wieku w kontekście zaistniałych sporów wokół zasadności oddawania czci obrazom. W 787 roku w jej bezpiecznych murach zebrał się kolejny sobór ekumeniczny, już siódmy, by rozstrzygnąć, czy przypadkiem kult oddawany wizerunkom Chrystusa i świętych, malowanych na deskach ikon lub układanych w postaci mozaik na ścianach i posadzkach, nie jest bałwochwalstwem. O to samo przecież chodziło i Ariuszowi, tyle że swe wątpliwości wyraził słowami. Jeżeli środkami artystycznymi przedstawiamy Jezusa, chociażby na ikonach, to sztucznie rozdzielamy Jego jednię, bo pokazujemy tylko Jego ludzką naturę, a nie boską, bo Boga nikt nigdy nie widział. A to już herezja. Trzeba było czekać, aż trwający ponad 120 lat konflikt obrazoburczy sam się wypali i sprawę rozwiąże z korzyścią dla całego chrześcijaństwa ostatni, ósmy sobór ekumeniczny zebrany w Konstantynopolu w 869 roku.  Mocno zagrożone ikonoklazmem chrześcijaństwo uniknęło niebezpieczeństwa pójścia drogą mozaizmu i islamu w wyrażaniu na zewnątrz środkami artystycznymi swej wewnętrznej głębi. W przeciwieństwie do obu religii monoteistycznych chrześcijaństwo stworzyło wspaniałą sztukę, także w malarstwie i w rzeźbie, a nie tylko w architekturze, w niczym przez to nie umniejszając istocie swej wiary i nie zagrażając jej  fundamentom.
                                                           *****
Kolejny raz Nicea weszła do annałów historii w XI wieku, kiedy jako pierwsza padła pod ciosami Turków Seldżuków w 1075 roku po ich spektakularnym zwycięstwie nad armią bizantyńską cztery lata wcześniej pod Manzikert nad armeńskim jeziorem  Van. Tak wcześnie i tak blisko podeszli już Turcy pod sam Konstantynopol, drugie po Rzymie miasto chrześcijaństwa! Poważne ostrzeżenie i wyzwanie dla całej Europy -  Turcy nie poprzestaną na tej pierwszej inwazji, że jeśli nie Seldżucy, kolejnej inwazji dokonają Turcy wywodzący się z innego plemienia - Osmanowie. Miasto z rąk tych pierwszych  oswobodzili krzyżowcy z  pierwszej krucjaty w czerwcu 1097 roku, oszukani przez swych sojuszników, Greków bizantyńskich, którzy skorzystali z oblężenia miasta przez zachodnie rycerstwo, by się doń wedrzeć nocą, po kryjomu, bynajmniej nie walką, lecz na mocy układu z kapitulującą tam załogą seldżucką. 
Kiedy łacinnicy w trakcie czwartej krucjaty zajęli Konstantynopol w 1204 roku i doprowadzili do rozpadu Bizancjum, jeden z możnych archontów,  zięć cesarza Aleksego III, Teodor Laskarys, uszedł ze stolicy właśnie do Nicei ze słusznym przekonaniem, że potężne mury miasta zapewnią mu bezpieczeństwo i wytrzymają wszelkie oblężenie, nawet krzyżowców. Sprowadził do siebie przebywającego również na emigracji patriarchę Konstantynopola i kazał się koronować na cesarza, by tym sposobem zabezpieczyć państwową ciągłość Cesarstwa Bizantyńskiego. I nie popełnił pomyłki. Piąty cesarz na uchodźstwie, Michał VIII Paleolog, po półwiecznym wygnaniu powrócił w triumfie do Konstantynopola w 1261 roku, kładąc kres efemerydzie, jakim było Cesarstwo Łacińskie nad Bosforem. 
                                                                        *****
Dziś Nicea to Iznik, ciche, nieco senne  miasteczko tureckie otoczone jak przed wiekami gajami oliwek i polami uprawnymi. Wzniesiony już w IV wieku kościół Hagia Sofia, starszy aniżeli ten w Konstantynopolu, znajduje się ze trzy metry poniżej poziomu współczesnej ulicy - tak wysoko podniósł się grunt na skutek wyburzeń i wznoszenia na gruzach kolejnych warstw osadniczych. Kościół, zamieniony na meczet, otacza miejski zieleniec. Muzułmanie nie naruszyli bryły kościoła, ciągle jest to ta sama bazylika konstancjańska z apsydą, z dwoma  pomieszczeniami po bokach - protesis i diakonikon - z narteksem jako przedsionkiem przed wejściem do nawy. W apsydzie zachowały się jeszcze półkoliste siedzenia dla duchowieństwa -  sintronon. Muzułmanie dodali jedynie mihrab, niszę modlitewną nakierowaną na Mekkę,  na zewnątrz dostawili minaret, na którego balkoniki nie wchodzi już żaden muezzin, bo modły śpiewane są przez mikrofon ze środka kościoła. Jego ściany są nagie aż do gołej cegły, znak, że skuto z nich mozaiki, jakimi musiał być ozdobiony tak starodawny i tak ważny dla chrześcijaństwa kościół. 

Do środka meczetu pozwolono mi wejść po uprzednim zdjęciu obuwia. Trafiłem akurat na czas południowych modłów. W pobliżu nieistniejącego już ołtarza zgromadziło się trzech-czterech młodych mężczyzn. Jeden z nich melodyjnym głosem przez mikrofon śpiewał zaczerpnięte z Koranu wyznaczone na ten dzień wersy. Pod ścianami, siedząc na barwnych dywanach miejscami wytartych aż do gołej posadzki,  medytowało kilku wiernych. Nie zauważyłem w meczecie kobiet. 
                                                                            *****
Obronne mury Nicei! Potężne, puszczone w trzech kręgach, liczące ponad 6 kilometrów długości, z wieżami, których pierwotnie miało być aż 240. Zachowały się w nich jeszcze bramy, bardzo już podniszczone, odarte z rzymskiej i bizantyńskiej ornamentyki. W niszach, w których stały ongiś posągi cesarzy, zastąpione w czasach chrześcijańskich figurami świętych patronów miasta, dziś ptaki wiją gniazda. Bociany upodobały sobie korony najwyższych wież. Teatr rzymski, potrzaskany i porośnięty trawą, stał się placem zabaw dla dzieci. Na głównych ulicach, cardo i decumanus, które nie zmieniły swojego biegu od dwóch tysiącleci, chłopi z okolicznych wiosek sprzedają suszone figi, marynowane oliwki w zalewach, różne odmiany orzechów, świeże warzywa i owoce. 
                                                                             *****
W związku z apostolską wizytą Leona XIV w Nicei, pokazywane w mediach zarysy bazyliki wczesnochrześcijańskiej, jakie wyłoniły się na brzegu wysychającego Jeziora  Askańskiego, wcale nie muszą należeć do kościoła, w którym zgromadzili się ojcowie soborowi w 325 roku. Bez kompetentnych badań archeologicznych nie sposób określić wieku tych reliktów. Zamieniony na meczet kościół Hagia Sofia, wspomniany wyżej, był pierwszym kościołem wystawionym w mieście po 313 roku. I to on najprawdopodobniej gościł zaproszonych biskupów. 
                                                                                                             

28.XI.2025

Copyright © 2017. All Rights Reserved.