Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Polecane

Efekt Kraskowskiego: UWOLNIĆ LESZKA KRASKOWSKIEGO – PROTEST Z UDZIAŁEM SDP PRZED ARESZTEM, GDZIE UWIĘZIONO DZIENNIKARZA

Przed Aresztem Śledczym Warszawa Białołęka odbył się protest przeciwko opresyjnym działaniom koalicji rządzącej wobec mediów. Środową manifestację zorganizował Adam Borowski pod hasłami „Obrona wolności słowa” i „Uwolnić Leszka Kraskowskiego”, dziennikarza uwięzionego pod problematycznymi zarzutami. 
Reporter ujawnił aferę Polnordu i niewygodne informacje dla adwokata i posła KO Romana Giertycha. 
W proteście uczestniczyła delegacja Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Działacz opozycji antykomunistyczny i szef warszawskiego Klubu Gazety Polskiej Adam Borowski podkreślił, że Kraskowskiego aresztowano, bo zajmował się sprawą Romana Giertycha wpływowego posła partii rządzącej i adwokata wielu prominentnych polityków KO. 
Kraskowski – zdaniem Borowskiego – jest za kratami, bo naraził się rządowi Donalda Tuska i samemu Giertychowi.

Chodzi m.in. rzekome pogróżki Kraskowskiego wobec komendanta policji z Piaseczna oraz posiadanie broni, na którą trzeba mieć pozwolenie. Szef warszawskiego Klubu GP mówił, że nie jest przypadkiem zbiegająca się z demonstracją pod aresztem publikacja oświadczenia żony Kraskowskiego rozwodzącej się z dziennikarzem.  Borowski przyznał, że to przykre, ale nie ma nic wspólnego z tym, za co aresztowano Leszka Kraskowskiego.

W manifestacji pod aresztem, gdzie więziony jest dziennikarz wzięła także udział delegacja SDP z jego szefową i piszącym te słowa. 
Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Jolanta Hajdasz przypomniała, że aresztowanie dziennikarzy oznacza słabość rządzących i łamanie wolności słowa poprzez cenzurę.

„Dziękuję Adamowi Borowskiemu i Państwu, że poświęciliście czas, aby wesprzeć aresztowanego dziennikarza” – mówiła Hajdasz. 
„To jest wydarzenie bez precedensu, wsadzać do więzienia dziennikarza pod wydumanym, fikcyjnym pretekstem. Dziennikarza, który śmie pisać o ludziach na szczytach tej władzy, którzy dysponują aparatem przemocy” – zaznaczyła.

Prezes SDP argumentowała, że dziennikarz wobec opresyjnego państwa pozostaje bezbronny. „Jego bronią jest tylko klawiatura i opis rzeczywistości, po to abyśmy wszyscy wiedzieli jaka jest prawda” – podsumowała Hajdasz. Zapewniła, że, podobnie jak uczestnicy środowej manifestacji, SDP będzie protestować w obronie wolności słowa w Polsce, a także w obronie Leszka Kraskowskiego i dziennikarzy konserwatywnych mediów, którzy są nękani przez służby, jak reporterzy TV Republika i jej prezes Tomasz Sakiewicz.

Oprócz delegacji SDP i dziennikarzy mediów konserwatywnych nie było przedstawicieli innych mediów. Na przykład redakcji prorządowych, których dziennikarze jeszcze kilka dni temu sprzeciwiali się aresztowaniu Leszka Kraskowskiego i zapowiadali protesty.

W demonstracji wzięli udział parlamentarzyści PiS i politycy prawicy m.in. posłowie Dariusz Matecki oraz Włodzimierz Tomaszewski.

Grupie kilkudziesięciu demonstrantów, m.in. z Klubów GP i Ruchu Obrony Granic, towarzyszyło przed aresztem śledczym na Białołęce blisko dwudziestu umundurowanych policjantów oraz ubrani po cywilnemu przedstawiciele służb.

Demonstrację w obronie dziennikarza Leszka Kraskowskiego filmowała policja i kilka kamer, które nie należały do mediów.

Dziennikarz siedzi w areszcie, pogryziony przez pluskwy, bez dostępu do adwokata, podczas gdy na jego komputerach ktoś przegląda dane jego informatorów. Aresztowano go na podstawie e-maila, który rzekomo napisał. Rzekomo. Pomyślcie o tym przez chwilę. Tylko przez chwilę...

Zacznijmy od rzeczy małej i konkretnej, bo wielkie prawdy kryją się w szczegółach, których nikt nie chce oglądać zbyt długo.

Jest konto Proton Mail. Założono je specjalnie. Wysłano z niego jedną wiadomość — do komendanta powiatowego policji w Piasecznie — podpisaną imieniem i nazwiskiem Leszka Kraskowskiego. Wiadomość zawierała groźby. Dołączono do niej zdjęcie broni. 
Na tej podstawie — i na podstawie pistoletu „gazowego” znalezionego u Kraskowskiego — sąd w Piasecznie aresztował doświadczonego dziennikarza na 3 miesiące.

Zatrzymajmy się przy Protonie, bo to jest szczegół, przy którym każdy, kto choć raz używał internetu w celach innych niż oglądanie kotów, powinien się zatrzymać i pomyśleć przez chwilę.

Proton Mail istnieje po to, żeby anonimizować nadawcę. To sens jego istnienia, jedyna przyczyna, dla której ktokolwiek zakłada tam skrzynkę zamiast używać zwykłego Gmaila. Człowiek, który chce grozić komendantowi policji i zrobić to tak, żeby nikt nie mógł go namierzyć, używa Proton Mail. Człowiek, który chce zastrzelić komendanta policji i nie ma nic przeciwko temu, żeby wszyscy wiedzieli, że to on, używa własnego imienia i nazwiska w podpisie. Nie jednocześnie. Jedno wyklucza drugie.

Adwokat Kraskowskiego, mecenas Łukasz Pawelski, powiedział to wprost w Radio Wnet: „Jaki jest sens kierować pod własnym imieniem i nazwiskiem groźby do komendanta policji z maila, którego trzeba założyć specjalnie w tym celu?” To jest pytanie retoryczne tylko pozornie.

Jest jeszcze broń. W mailu — według doniesień — opisano broń innej marki niż ta znaleziona przy Kraskowskim. Przy dziennikarzu był pistolet „gazowy”. 
Pneumatyczna replika. 
„Zabawka”, którą można kupić w każdym sklepie „survivalowym” i co najwyżej bardzo boleśnie kogoś przestraszyć. 
Prokuratura nazwała go „bronią palną” i „pistoletem gazowym”. 
Prawnicy zaznaczają, że posiadanie takiego przedmiotu bez zezwolenia „w większości przypadków kończy się warunkowym umorzeniem”. Tutaj skończyło się trzymiesięcznym aresztem.

Leszek Kraskowski ma za sobą kilkadziesiąt lat kariery dziennikarskiej, która rozciąga się przez trzy dekady polskiej transformacji — przez „Rzeczpospolitą”, „Wprost”, „Super Express”, „Dziennik”. Nagrodę Grand Press odebrał w 2007 roku w kategorii News. To nie jest człowiek z marginesu branży. To jest człowiek, który przez lata siedział w centrum jej głównego nurtu i wychodził — jak to się zdarza dziennikarzom śledczym — z jedną stopą zawsze poza bezpieczną linią.

Potem przyszły lata trudniejsze. Kraskowski wyszedł z redakcji i zaczął działać sam — parał się działalnością public relations, potem prowadził portal internetowy, kanał wideo, YouTube, platforma X. Bez redaktora naczelnego. Bez prawnika w pokoju obok. Bez wydawcy, który mógłby odebrać telefon od Giertycha i powiedzieć „już się tym zajmujemy”. Sam. Jeden człowiek, który postanowił, że historia o Polnordzie i roli Romana Giertycha jest ważna i że ktoś musi ją opowiedzieć, skoro inni nie chcą albo nie mogą.

Kraskowski ma też na koncie rzeczy, o których uczciwie trzeba powiedzieć. W styczniu 2026 roku sąd skazał go na grzywnę za ujawnienie danych osobowych prezesa NBP Adama Glapińskiego — adresu, numeru dowodu, numeru PESEL. 
Kraskowski zapowiedział, że grzywny nie zapłaci i „pójdzie siedzieć”. Była w tym brawura, może trochę pozy, może coś głębszego — trudno oceniać z zewnątrz motywy człowieka, który przez lata był szykanowany i pozywany i który doszedł do punktu, gdzie przestał grać według reguł, bo reguły przestały go chronić. Ale faktem jest, że granice przekraczał. I że czasem się mylił.

To wszystko razem — sukcesy, wpadki, lata w głównym nurcie i lata na własną rękę — tworzy portret dziennikarza, który nie jest ani świętym, ani wrogiem publicznym. Jest człowiekiem, który postanowił powiedzieć pewne rzeczy głośno. I który za to płaci cenę.

Miesiące, które poprzedzały areszt, i czego nikt nie chciał słuchać

Tu zaczyna się część, przy której trzeba usiąść i naprawdę poświęcić chwilę uwagi, bo jest to chronologia, która sama w sobie opowiada historię — i to historię znacznie bardziej niepokojącą niż jakikolwiek e-mail z groźbami.

W maju 2026 roku Kraskowski napisał publicznie — na platformie X, że w Piasecznie napadł go nożownik. Że napastnik powiedział mu: „zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi”. Że czekał trzy godziny na policję. Że policja w końcu przyjechała i odmówiła zabrania napastnikowi noża, bo „posiadanie noża nie jest przestępstwem”. Że ktoś strzela śrutem w kierunku jego domu. Że jest śledzony.

Kraskowski nie wysyłał tych informacji prywatnym mailem do redaktora naczelnego licząc na dyskrecję. On krzyczał. Publicznie. Z datami i szczegółami. Prosił o pomoc — policję, która miesiąc później go aresztowała — i dostał w odpowiedzi formularz do wypełnienia.

Wyobraźmy sobie przez chwilę, co czuje człowiek, który przez tygodnie dokumentuje zagrożenia, zgłasza je odpowiednim służbom, jest ignorowany, a potem te same służby go aresztują. Co dzieje się z jego zaufaniem do instytucji. Co dzieje się z jego granicami?

Prokuratura odpowiedziała na to pytanie z lapidarną elegancją: „Leszek K. wprowadzał już w błąd osoby z bliskiego otoczenia”. Innymi słowy: nie wierzymy mu, bo wcześniej nam nie pasował. To jest logika, którą prokuratury totalitarne znają bardzo dobrze.

Areszt i trzy skandale w jednym

6 czerwca, godzina 19:40. Kraskowski zostaje zatrzymany. Trzy dni później sąd w Piasecznie aresztuje go na trzy miesiące — najsurowszy dostępny środek zapobiegawczy, stosowany, gdy podejrzany może uciekać, niszczyć dowody lub stanowi bezpośrednie zagrożenie. Doświadczony dziennikarz z publicznym profilem, medialnymi kontaktami i bogatą historią — gdzie miałby uciekać?

Ale to jest dopiero pierwszy skandal. Drugi jest gorszy.

Mecenas Łukasz Pawelski — obrońca Kraskowskiego — dowiedział się o posiedzeniu aresztowym na kilka minut przed jego rozpoczęciem. Wcześniejsze próby kontaktu ze strony śledczych ograniczyły się do jednego nieodebranego połączenia.

Po aresztowaniu adwokat przez wiele dni nie mógł spotkać się z klientem. Pisał na platformie X: „Pomimo deklaracji funkcjonariuszy służby więziennej, którzy wczoraj w obecności telewizji Republika po konsultacji z dowódcą AS Białołęka informowali mnie, że będę miał umożliwiony kontakt z Kraskowskim — dziś nadal nie dopuszczono mnie do klienta.”

Poseł Jabłoński napisał wprost: to jest naruszenie artykułu 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, gwarantującego każdemu prawo do obrony. Zapowiedział zawiadomienie Komisarza Praw Człowieka Rady Europy.

Trzeci skandal jest najpoważniejszy. Podczas przeszukania policja zabrała komputery, telefony i nośniki danych. W tych urządzeniach są — muszą być, to jest logika pracy dziennikarza śledczego — tożsamości informatorów, poufne informacje… Korespondencja ze źródłami. Materiały ze śledztw, których Kraskowski nie zdążył opublikować. Tajemnica dziennikarska w Polsce jest chroniona ustawowo. Jej naruszenie wymaga wyjątkowych procedur i uzasadnienia. Prokuratura nie wyjaśniła publicznie, czy zostały zachowane.

A warunki aresztu? Adwokat Pawelski mówił publicznie, że są skandaliczne. Według jego relacji Kraskowski w areszcie śledczym na Białołęce był gryziony przez pluskwy.

I jest w tym wszystkim jeden szczegół, który — kiedy się o nim pomyśli — sprawia, że całość nabiera naprawdę mrocznego kształtu. Kraskowski nie załamał się. „Jest jeszcze bardziej zdeterminowany do pracy dziennikarskiej” — przekazał mecenas Pawelski.

Polnord, Giertych i historia, której nie chciał nikt opowiedzieć

Żeby zrozumieć efekt Kraskowskiego, trzeba zrozumieć, o czym Kraskowski pisał. Afery Polnord nie ma sensu streszczać w jednym akapicie — to jest historia skomplikowana, wielowątkowa, prawniczo gęsta. Ale jej zarys jest prosty: deweloper, pieniądze, podejrzenia o nieprawidłowości i w środku — Roman Giertych, adwokat i poseł Koalicji Obywatelskiej, człowiek z rozległymi wpływami i równie rozległą skłonnością do procesowania się z tymi, którzy zbyt głośno o nim mówią.

Śledztwo w sprawie Polnordu zostało umorzone. Kraskowski mówił, że to skandal. Giertych pozywał go, ścigał internautów za udostępnianie jego materiałów, kwestionował każdą tezę. A teraz Kraskowski siedzi w areszcie, a jego archiwum jest w rękach prokuratury podległej ministrowi sprawiedliwości z tej samej koalicji, w której Giertych jest posłem i której lider — premier Donald Tusk — korzysta z usług Giertycha jako adwokata.

Może to zbieżność. Może prokuratura w Piasecznie działa w pełnej niezależności od tych połączeń. Może dowody są twarde jak granit i sprawa jest prosta. Ale w demokratycznym państwie prawa nie wystarczy, że coś „może” być zbiegiem okoliczności. Instytucje muszą być na tyle przejrzyste, żeby obywatele nie musieli zgadywać. A w tej chwili zgadują wszyscy.

Żona Leszka Kraskowskiego Violetta Kraskowska w swoim oświadczeniu z 17 czerwca 2026 r. zamieściła miedzy innymi skan postanowienia o zastowaniu wobec jej męża dozoru policji. Z decyzji prokuratora z 25 kwietnia 2017 roku wynikało, że Kraskowski był podejrzanym w postępowaniu o znęcanie się nad członkami rodziny. Radio Wnet ustaliło, że sprawa zakończyła się umorzeniem. Datowane na 25 kwietnia 2017 roku postanowienie prokuratora o zastosowaniu wobec Kraskowskiego dozoru policji w sprawie o znęcanie się sugerowało, że tego rodzaju zachowania dziennikarz i PR-owiec przejawiał już lata temu.

To okoliczność, która bez wątpienia grałaby na niekorzyść Kraskowskiego w obecnie toczącym się śledztwie, do którego dołączono również wątek tzw. znętów z nowego zawiadomienia jego żony.

Zapytaliśmy o to postępowanie Prokuraturę Okręgową w Warszawie.

– PR 2 Ds 758.2017 – przeciwko um. 29.06.2017 – art 17 par 1 pkt 1 kpk – odpisał nam krótko i konkretnie rzecznik prasowy tej jednostki, prokurator Piotr Antoni Skiba.

Wskazana przez prokuratora podstawa umorzenia sprawy oznacza, że prokuratura albo stwierdziła, że czynu zarzucanemu Kraskowskiemu on nie popełnił, albo że nie znaleziono dowodów, które wskazywałoby, że dziennikarz faktycznie dopuścił się przestępstwa.

Z odpowiedzi rzecznika wynika także, że była inna sprawa z tamtego okresu, w której Leszek Kraskowski występował. 

– PR 2 Ds 2045.2019 – w PROK SYS wskazano rolę procesową – inna osoba- um w sprawie 19.03.2020- art 17 par 1 pkt 2 kpk – podał Piotr Antoni Skiba.

Na podstawie tego fragmentu trudno przesądzać, że Kraskowski pojawił się w tej sprawie jako osoba podejrzewana (kandydat do przedstawienia mu zarzutów, jako świadek czy jako pokrzywdzony). Jedno jest pewne, do ogłoszenia zarzutów w tym postępowaniu nie doszło.

Jakkolwiek powyższe dane nie znaczą wcale, że Violetta Kraskowska w swoim oświadczeniu mijała się z prawdą w zakresie wydarzeń z 2017 roku, to informacje z organów ścigania nie potwierdzają jej wersji.

Jak poinformował obrońca Leszka Kraskowskiego mec. Łukasz Pawelski, decyzję w sprawie dalszego stosowania wobec niego tymczasowego aresztowania Sąd Okręgowy w Warszawie podejmie 7 lipca o godz. 11:15.

I tu dochodzimy do sedna — do rzeczy tak oczywistej i wszechobecnej, że prawie niewidocznej.

Efekt Kraskowskiego nie jest o Kraskowskim. Jest o wszystkich dziennikarzach, którzy dziś siedzą przy swoich biurkach i mają do opowiedzenia historię. Historię o kimś wpływowym. O pieniądzach i władzy i o tym, jak te dwie rzeczy krążą między sobą w sposób, który interesuje opinię publiczną, a niekoniecznie interesuje zainteresowanych.

Ci dziennikarze patrzą teraz na sprawę Kraskowskiego. Widzą: areszt na podstawie dziwnego e-maila. Widzą: replikę pistoletu opisaną jako broń palna. Widzą: adwokata, który przez dni nie może się dostać do klienta. Widzą: komputery skonfiskowane i pytanie o tajemnicę dziennikarską zawieszone w powietrzu bez odpowiedzi. Widzą: pluskwy i areszt śledczy na Białołęce dla dziennikarza, który mógł dostać dozór elektroniczny.

I może się zastanawiają, czy ta historia, którą mają, jest warta tego ryzyka. Może przez chwilę myślą o swoich dzieciach, o kredycie, o tym, że nie mają za sobą instytucji dużej i bogatej dość, żeby wystawić ich adwokata na salę sądową w ciągu pięciu minut od telefonu. I może — tylko przez chwilę, tylko trochę — postanawiają poczekać. Jeszcze trochę sprawdzić. Może dopisać jeszcze jeden komentarz, który zmiękczy tezę. Może jednak nie teraz.

To jest autocenzura. Nie jest głośna. Nie jest widowiskowa. Nie pojawia się w raportach organizacji broniących wolności prasy jako „zdarzenie”. Nikt jej nie mierzy. Ale ona istnieje i rozprzestrzenia się cicho jak grzyb na ścianie — od redakcji do redakcji, od biurka do biurka, od jednego dziennikarza z historią do następnego, który postanawia, że może jednak poczeka.

I właśnie to — ta cisza, która jest efektem Kraskowskiego — jest najpoważniejszym wyrokiem w tej sprawie. Nie wyrokiem wobec dziennikarza. Wyrokiem wobec systemu, który tę ciszę produkuje.

Jest jeden szczegół tej historii, który — jak na ironii — jest zarazem jej najciemniejszym i najjaśniejszym punktem.

Leszek Kraskowski jest dziennikarzem śledczym. Właśnie trafił do miejsca, którego działanie od zawsze interesuje dziennikarzy śledczych: do aresztu śledczego. Widzi od środka to, o czym pisze się z zewnątrz. Pluskwy, odcięcie od adwokata, procedury, które mają chronić. Ma trzy miesiące, żeby zobaczyć system od jego najgorszej strony — i jest, według relacji swojego adwokata, jeszcze bardziej zdeterminowany do pracy.

Być może najważniejsza historia w jego zawodowym życiu nie jest o Polnordzie ani o Giertychu. Być może jest o tym, co przeżył w celi na Białołęce. I być może właśnie dlatego — paradoksalnie, absurdalnie, w sposób, który powinien zawstydzać tych, którzy podjęli decyzję o areszcie — zamknięcie go było błędem nie tylko prawnym i moralnym, ale i strategicznym.

Nie uciszyli dziennikarza. Dali mu materiał. Pytanie brzmi: czy polska prokuratura jest na to gotowa? I czy polskie media — te, które jeszcze nie ugryzły się w język — są gotowe, żeby tę historię opowiedzieć razem z nim, gdy wyjdzie?

Hubert Bekrycht

za:biznesalert.pl/efekt-kraskowskiego/



Copyright © 2017. All Rights Reserved.