Polecane
Muzeum, którego nie chciano
Magdalena Ogórek jest w Polsce znana przede wszystkim jako dziennikarka telewizyjna i była kandydatka na prezydenta. Nie wszyscy jednak wiedzą, że z wykształcenia jest doktorem nauk humanistycznych, historykiem. Zajmuje się od lat kwestią grabieży polskiego dziedzictwa kulturowego przez niemieckiego okupanta podczas II wojny światowej. Zrobiła na ten temat w mediach wiele programów. Napisała kilka książek, w tym „Lista Wächtera. Generał SS, który ograbił Kraków” czy „Kat kłania się i zabija”. Dzięki jej dziennikarskiemu śledztwu do Krakowa wróciły trzy dzieła sztuki przywłaszczone przez rodzinę Wächtera.
W 2017 r. Magdalena Ogórek założyła Polish Lost Art Foundation, a kilka lat później zainicjowała budowę Muzeum Sztuki Zagrabionej we wsi Sulisławice na Dolnym Śląsku. Wybór tego miejsca nie był przypadkowy – autorce zależało, by upamiętnić region, który sam był świadkiem niemieckiego rabunku, i uczynić z niego ośrodek badawczy i edukacyjny. Stała wystawa miała opowiadać o metodycznym i zaplanowanym już od lat 1933–1939 mechanizmie grabieży polskich dóbr kultury przez III Rzeszę, a więc o zbrodni, za którą sprawcy nigdy w pełni nie odpowiedzieli.
Budowa i urządzanie muzeum, którego otwarcie planowano na 2023 r., przedłużały się. Dlaczego? Ano, dlatego, że obecna władza używała wszystkich środków, by do otwarcia nie doszło: niezliczone kontrole, komplikowanie odbiorów technicznych, mnożenie biurokratycznych przeszkód. Krajowa Administracja Skarbowa kwestionowała rozliczenie darowizn od fundacji spółek Skarbu Państwa, takich jak Orlen i KGHM, a Prokuratura Okręgowa w Świdnicy wszczęła śledztwo w sprawie dotacji na budowę. Jednocześnie usłużne media publikowały oszczercze informacje na temat muzeum. Na koniec fiskus uznał budynek muzeum za obiekt biurowy, co wiązałoby się z dodatkowym podatkiem w wysokości kilkuset tysięcy złotych, mimo że wcześniej przeprowadzono już kilkadziesiąt kontroli, z których żadna nie zakończyła się zastrzeżeniami. Sprawa dotarła na mównicę sejmową, z której poseł Roman Fritz wezwał do natychmiastowego zakończenia kontroli skarbowej, argumentując, że muzeum jest gotowe do otwarcia, a działania urzędu paraliżują prywatną inicjatywę o charakterze patriotycznym.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że im mniej było realnych argumentów przeciw muzeum, tym bardziej urzędnicza machina próbowała je zablokować. Magdalena Ogórek podkreślała, że przez lata pracowała nad tym projektem społecznie, nie pobierając wynagrodzenia, choć włożyła w niego ogrom pracy. Ta wytrwałość łącząca warsztat historyka, dziennikarski instynkt i odważne „nie odpuszczę” doprowadziła do tego, że budynek stoi, ekspozycja jest gotowa, a placówka od dawna wpisana jest formalnie do wykazu muzeów Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Muzeum w Sulisławicach nie jest tylko kolejną atrakcją turystyczną Dolnego Śląska. To głos w sprawie, o której Polska zbyt często milczy – systemowej grabieży dziedzictwa narodowego, którego znaczna część do dziś znajduje się poza granicami kraju. Ale trzeba tu zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt. Cała sprawa pokazuje, że ochrona pamięci i dziedzictwa kulturowego bywa dziś aktem odwagi cywilnej, wymagającym cierpliwości wobec instytucji, które – z powodów politycznych czy ideologicznej niechęci – wolałyby, aby określone inicjatywy nigdy nie powstały. Obecne władze popierają i sowicie subwencjonują raczej zideologizowaną antykulturę niż autentyczną kulturę, zakorzenioną w polskich dziejach, splecionych z chrześcijaństwem. Ale historia Magdaleny Ogórek i jej muzeum uczy, że prawda o przeszłości, nawet niewygodna dla teraźniejszości, potrafi w końcu znaleźć swoje miejsce, choćby w niewielkiej wsi na Dolnym Śląsku. Tyle że często za cenę cierpienia, w tym narażenia się na fałszywe oskarżenia.
Dariusz Kowalczyk SJ
za:idziemy.pl