Polecane
„Nie bójmy się kleru”. Towarzyszu Czarzasty, naprawdę znowu chcecie nas straszyć Kościołem?
Rocznica Porozumień Sierpniowych przypomina o walce o wolność sumienia i wyznań. Tymczasem Włodzimierz Czarzasty na Campus Polska uderza w duchownych, stosując krzywdzącą odpowiedzialność zbiorową. Czy świeckie państwo ma decydować o tym, kto może być autorytetem dla obywateli?
Są w historii daty, które powinny odbierać politykom ochotę na łatwe okrzyki. 31 sierpnia jest właśnie taką datą. Rocznica Porozumień Sierpniowych przypomina przecież Polskę, w której ludzie pracy upomnieli się nie tylko o chleb, godne warunki życia i wolne związki zawodowe. Upomnieli się o wolność słowa, wolność przekonań i miejsce dla wiary w przestrzeni publicznej. W trzecim z 21 postulatów zapisali wprost żądanie udostępnienia środków masowego przekazu przedstawicielom wszystkich wyznań. Niedługo później, 21 września 1980 roku, po dziesięcioleciach komunistycznego monopolu ideologicznego, Polacy ponownie usłyszeli Mszę świętą w państwowym radiu.
I właśnie dlatego słowa Włodzimierza Czarzastego wypowiedziane teraz na Campus Polska brzmią tak osobliwie. „Nie bójmy się kleru” – woła marszałek Sejmu. Mówi o „arogancji”, „bucie”, o konieczności zastąpienia duchownych przez państwo w najmniejszych miejscowościach. A potem sięga po argument, który ma zamknąć usta każdemu, kto ośmieli się zaprotestować: „Nie może być tak, że pedofil nauczyciel idzie do więzienia, a pedofil ksiądz idzie z parafii do parafii”.
Mocne? Oczywiście. Tyle że siła zdania nie jest jeszcze dowodem jego uczciwości.
Zacznijmy więc od rzeczy najważniejszej, żeby nikt nie próbował odwracać kota ogonem. Ksiądz, który skrzywdził dziecko, powinien ponieść konsekwencje. Jeżeli popełnił przestępstwo – powinien odpowiedzieć przed sądem. Jeżeli jest winny – powinien zostać ukarany. Koloratka nie może być kamizelką kuloodporną przed wymiarem sprawiedliwości. Przenoszenie sprawcy z parafii do parafii zamiast powiadomienia właściwych organów było złem. Krzywda dziecka jest krzywdą dziecka niezależnie od tego, czy sprawcą jest ksiądz, nauczyciel, trener, lekarz, artysta, polityk czy członek rodziny. W tej sprawie nie może być żadnego „ale”.
I właśnie dlatego manipulacja Czarzastego jest tak nieuczciwa.
Marszałek konstruuje bowiem dwa zupełnie różne obrazy. Z jednej strony pokazuje nauczyciela-pedofila, którego państwo sprawnie pakuje do więzienia. Z drugiej – księdza-pedofila, którego Kościół spokojnie przewozi na kolejną parafię. Jeden system działa bezbłędnie, drugi z definicji chroni sprawcę. Tyle że rzeczywistość nie wygląda jak polityczny slogan. Nauczyciel oskarżony o przestępstwo także nie zostaje automatycznie przewieziony do więzienia. Jest śledztwo, prokuratura, sąd, dowody i wyrok. Dokładnie temu samemu prawu karnemu podlega ksiądz. W polskim Kodeksie karnym nie istnieje dopisek: „nie dotyczy duchownych”.
Tak, w Kościele zdarzały się przypadki skandalicznego ukrywania przestępstw i przenoszenia sprawców. Trzeba o nich mówić, trzeba je wyjaśniać, trzeba rozliczać winnych. Ale z patologicznych przypadków nie wolno produkować obrazu całej grupy społecznej. Gdyby ktoś wziął przestępstwa seksualne popełnione przez nauczycieli i na ich podstawie zaczął wołać ze sceny: „Nie bójmy się nauczycieli!”, słusznie zapytalibyśmy, co właściwie próbuje osiągnąć. Gdyby zrobił to samo wobec lekarzy, trenerów albo ludzi określonej narodowości, natychmiast usłyszelibyśmy o stygmatyzacji i odpowiedzialności za słowo.
Dlaczego więc wolno robić to z księżmi?
Tu właśnie znajduje się sedno retorycznego zabiegu. Najpierw pada słowo „kler”. Potem „arogancja”. Potem „buta”. Następnie pojawia się pedofil w sutannie. Poszczególne elementy zaczynają działać jak skojarzenia, aż słuchacz przestaje rozróżniać przestępcę od księdza, który od trzydziestu lat odwiedza chorych, odprawia pogrzeby, prowadzi parafię, zbiera pieniądze dla biednej rodziny i o drugiej w nocy jedzie namaścić umierającego.
To nie jest rzetelna debata o przestępstwach seksualnych. To polityczna technika budowania przeciwnika.
Jeszcze ciekawsze jest jednak inne zdanie marszałka. Czarzasty mówi, że państwo powinno zastąpić „kler” w najmniejszych miejscowościach. Warto zatrzymać się właśnie tutaj. Bo co właściwie znaczy „zastąpić”?
Państwo ma zastąpić proboszcza jako proboszcza? Państwo ma organizować ludziom wspólnotę? Państwo ma decydować, kto powinien być lokalnym autorytetem? Przecież świeckość państwa oznacza coś zupełnie innego. Państwo nie powinno być ani kościelne, ani antykościelne. Powinno pozostawić obywatelowi przestrzeń wolności. Jeżeli mieszkańcy małej miejscowości bardziej ufają sołtysowi – świetnie. Jeżeli strażakowi z OSP – świetnie. Jeżeli nauczycielce – świetnie. A jeżeli proboszczowi – również świetnie. To oni są obywatelami. Nie Włodzimierz Czarzasty ma im wyznaczać autorytety.
I tu historia zaczyna robić się naprawdę gorzka.
Czterdzieści sześć lat temu robotnicy Wybrzeża musieli domagać się od państwa, żeby przestało decydować, jakie poglądy Polak może publicznie wyrażać i czy człowiek wierzący może usłyszeć swój Kościół w środkach masowego przekazu. Wśród 21 postulatów znalazła się wolność słowa, druku i publikacji oraz dostęp do mediów dla przedstawicieli wszystkich wyznań. To nie „kler” wpisał sobie ten postulat po cichu. Domagali się tego ludzie Solidarności.
Wiedzieli bowiem coś, o czym dzisiejsza polityka coraz częściej zapomina: wolność nie polega na tym, że jedna ideologia zastępuje drugą. Wolność polega na tym, że państwo przestaje być właścicielem ludzkiego sumienia.
Dlatego dzisiejsza rocznica powinna być dla nas okazją do znacznie głębszego rachunku sumienia niż kolejne akademie, wieńce i przemówienia. Bo można odnieść bolesne wrażenie, że nie tylko wielu sierpniowych postulatów nie potrafiliśmy do końca zrealizować. Ludzie, którzy wywalczyli wolną Polskę, oraz ich polityczni spadkobiercy przez lata sporów, podziałów i odrzucania wspólnych wartości doprowadzili do sytuacji, w której znowu ze sceny publicznej można budować polityczny kapitał na antagonizowaniu państwa i Kościoła.
I historia dopisuje do tego szczególnie gorzki przypis. Włodzimierz Czarzasty wstąpił do PZPR w 1983 roku. Nie odpowiada oczywiście za cały komunizm i absurdem byłoby przypisywanie mu osobistej odpowiedzialności za represje poprzednich dekad. Ale historycznego kontekstu również nie wolno udawać, że nie ma. Trzy lata po Sierpniu, już po wprowadzeniu stanu wojennego i delegalizacji Solidarności, wybrał członkostwo w partii sprawującej w PRL monopol władzy. Dziś jako jeden z najważniejszych ludzi w państwie woła: „Nie bójmy się kleru”.
Nie, Panie Marszałku. My nie boimy się księży.
Boimy się raczej Polski, w której politycy ponownie zaczynają wskazywać obywatelom, jakich społecznych autorytetów powinni się pozbyć. Boimy się Polski, w której rzeczywiste tragedie skrzywdzonych dzieci zamienia się w amunicję do walki światopoglądowej. Boimy się języka, który zamiast powiedzieć: „ścigajmy każdego sprawcę”, podsuwa społeczeństwu znacznie wygodniejszy skrót: nauczyciel idzie do więzienia, ksiądz idzie na następną parafię.
Ofiary zasługują na więcej niż polityczny slogan. Sprawcy zasługują na sprawiedliwy wyrok. Niewinni nie zasługują na zbiorową pogardę.
A państwo? Państwo nie jest od zastępowania Kościoła. Tak samo jak Kościół nie jest od zastępowania państwa.
To naprawdę nie jest skomplikowane.
Największym paradoksem dzisiejszej Polski jest więc coś innego. Ludzie Sierpnia walczyli o państwo, które przestanie wchodzić obywatelowi do sumienia. Walczyli o wolność zrzeszania się, wolność słowa, wolność przekonań i prawo ludzi wierzących do obecności w przestrzeni publicznej. Wywalczyli to ogromnym kosztem. A my przez brak jedności, wzajemne wyniszczanie się i rezygnację z wartości doprowadziliśmy do chwili, w której trzeba znowu tłumaczyć jedną z najbardziej elementarnych zasad wolnej Polski: wierzący obywatel nie jest obywatelem drugiej kategorii, a ksiądz nie przestaje być obywatelem dlatego, że nosi koloratkę.
Można krytykować Kościół. Trzeba rozliczać jego błędy. Wolno nie wierzyć w Boga. Wolno walczyć o świeckie państwo. Ale nie wolno pod pozorem walki z przestępstwami przemycać zbiorowego oskarżenia wobec tysięcy ludzi, którzy żadnego przestępstwa nie popełnili.
Sierpień 1980 roku powinien nas czegoś nauczyć.
Państwo ma chronić człowieka przed przestępcą. Nie ma chronić obywatela przed księdzem tylko dlatego, że jest księdzem.
I może właśnie dlatego, zamiast krzyczeć dziś Polakom: „Nie bójmy się kleru”, warto zadać pytanie znacznie bardziej niewygodne: czy po 46 latach od Sierpnia naprawdę musimy znowu przypominać politykom, że państwo nie jest właścicielem naszych sumień?
Ks. Piotr Wiśniowski
za:ewtn.pl