Polecane
Bezlitośni i brutalni
„Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywotnych sił. […] Zwycięzcy nikt nie pyta, czy powiedział prawdę, czy też nie. W sprawach związanych z rozpoczęciem i prowadzeniem wojny nie decyduje prawo, lecz zwycięstwo. Nie miejcie litości w sercach! Bądźcie brutalni! […] Trzeba postępować z maksymalną surowością […] Każda nowa armia polska. Która się pojawi, winna być natychmiast zdruzgotana. […] Celem militarnym jest zupełne zniszczenie Polski” – to fragment mowy wygłoszonej przez Hitlera w Obersalzbergu do dowódców wszystkich sił zbrojnych III Rzeszy.
Był 22 sierpnia 1939 roku. Ribbentrop wyleciał do Królewca, następnego dnia miał umówione na Kremlu spotkanie z Mołotowem. Pakt o nieagresji, a właściwie przymierza między oboma zbrodniczymi reżimami był uzgodniony. Oraz tajny protokół do niego, przewidujący likwidację Polski. Decyzja o rozpoczęciu wojny już zapadła – Hitler zapowiedział, że ruszy nie później niż 1 września. Teraz chciał natchnąć swoich dowódców, bowiem generalicja wojny się obawia. Zna stan własnych sił, zna potęgę gospodarczą Anglosasów, nie ufa Stalinowi, najnowszemu sprzymierzeńcowi Führera, boi się wojny na dwa fronty..
Hitler mówi głównie o sobie i swym geniuszu: „Zasadniczo wszystko zależy ode mnie, od mego życia, ze względu na moje polityczne zdolności. Poza mną już nikt chyba nie będzie miał takiego zaufania całego narodu niemieckiego, jakie mam ja. Prawdopodobnie nigdy w przyszłości nie pojawi nikt z autorytetem większym niż mój. Moje życie jest więc czynnikiem o ogromnej wartości. Ale w każdej chwili mogę zginąć z ręki kryminalisty albo szaleńca”. Potem opowiada o względach gospodarczych skłaniających go do wojny: „Z powodu naszych ograniczeń sytuacja gospodarcza jest taka, że wytrzymamy jeszcze tylko kilka lat. Göring może to potwierdzić. Musimy działać”. I znów wraca do siebie: „Nikt nie wie, jak długo będę żył. Dlatego też lepiej zdecydować się na konflikt teraz”. W następnej kolejności próbuje rozwiać ponure myśli generałów dotyczące ataku Francuzów i równoczesnej wojny na wschodzie i zachodzie: „Wróg nie zdaje sobie sprawy z mojej siły woli” (znów o sobie), potem dodaje lekceważące aliantów epitety o robactwie, a raczej małych, niewartych rozdeptania robaczkach (kleine Würmchen), o tym, że jedyną jego obawą jest, że „jakaś jedna czy druga świnia wystąpi z planem mediacji”. I kolejny, naistotniejszy powód wojny: naród niemiecki musi zyskać Lebensraum, przestrzeń do życia: „Osiemdziesiąt milionów ludzi musi otrzymać to, do czego ma prawo. Trzeba zapewnić im byt”. Generałowie entuzjazmu nie okazują, lecz nikt nie odważa się zgłosić obiekcji. Pewnie nie jeden z nich pamięta przepojone fatalizmem słowa Wernera von Fritscha, byłego naczelnego dowódcy Wehrmachtu, którego Hitler zdjął ze stanowiska: „Ten człowiek – Hitler – jest przeznaczeniem Niemiec na dobre i złe. Jeżeli przed nami otchłań, wciągnie nas w nią za sobą. Nic się nie da zrobić”.
Hitler mówi o Polakach
Ciekawe, że praktycznie aż do 1939 roku, gdy Polska zdecydowanie odmówiła Hitlerowi przyjęcia roli posłusznego wasala III Rzeszy, Führer nie okazywał Polakom jakiej specjalnej niechęci. Z niekłamanym podziwem, podszytym nawet pewnym lękiem, wyrażał się o Józefie Piłsudskim. Msza święta odprawiona w intencji Marszałka po jego śmierci była ostatnią okazją, przy której Hitler pojawił się w kościele. Wielokrotnie natomiast, z prawdziwą nienawiścią mówił o Czechach, to ich oskarżał o zbrodnie, im groził zniszczeniem. Ale gdy Czesi (jesienią 1938 roku) ukorzyli się przed Niemcami, na miejsce głównego wroga Rzeszy i Führera awansowali niepokorni Polacy. Nienawiść była późna, ale gorąca – „W Polsce zaczyna się Azja”. Konsekwencją było usprawiedliwienie wszelkich zbrodniczych aktów, jakich dopuściły się siły niemieckie. 4 października Hitler wydał dekret kwalifikujący zbrodnie jako uzasadniony odwet wynikający „z goryczy wywołanej okrucieństwami popełnianymi przez Polaków”.
Po czynach ich poznaliśmy
Walther von Brauchitsch, naczelny dowódca niemieckich sił lądowych, któremu Hitler przekazał władzę na zajmowanych ziemiach polskich, wystosował 1 września odezwę do Polaków. Zapewniał ich, że Wehrmacht nie jest wrogiem społeczeństwa polskiego oraz że wojska niemieckie będą przestrzegać wszystkich konwencji dotyczących praw człowieka. Rzeczywistość była zupełnie inna, od wczesnego ranka dnia świadczyły o niej ruiny Wielunia.
Do dziś toczą się spory czy Wieluń został zbombardowany przed wyznaczoną na 4:45 godziną „Y”, czy też później. Jednak godzina nie ma tu znaczenia. Ma je natomiast fakt, że niemiecka 76. eskadra bombowców nurkujących z 4. Floty Powietrznej Luftwaffe, w czasie pierwszego nalotu zrzuciła na bezbronne miasto, w którym nie było żadnych polskich oddziałów wojskowych, 20 ton bomb. Dowódca nakazał bombardowanie słowami „Prosto w rynek!”. Część niemieckich pilotów celowała w wypełniony ludźmi szpital. Został zburzony, pod gruzami zginęli i pacjenci, i personel. Przez wiele lat niemieccy przepisywacze historii, twierdzili, że w mieście były pododdziały 28 Dywizji Piechoty, albo że to była pomyłka spowodowana przez mgłę. Lecz wystarczą słowa raportu dowódcy eskadry: „Atak zwieńczony sukcesem: cel zniszczony, zaobserwowano pożary, nie dostrzeżono oddziałów wroga”. Do dziś nie jest pewna ogólna liczba zabitych w Wieluniu, najczęściej podaje się, że śmierć poniosło 127 osób. Odpowiedzialność za rozkaz zniszczenia bezbronnego miasta przypisuje się baronowi Wolframowi von Richhofenowi, to on dwa lata wcześniej zrównał z ziemią hiszpańską Guernicę. Artykuł 25. IV konwencji haskiej, której przestrzeganie deklarował von Brauchitsch mówi: „Wzbronione jest atakowanie lub bombardowanie w jakikolwiek sposób niebronionych wsi, domów mieszkalnych i budowli”.
Najlepiej będzie, jeśli o postawie niemieckich „nadludzi” pilotujących samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach, opowie jeden z nich: „Miałem zrzucić bomby na stację kolejową w Poznaniu drugiego dnia wojny w Polsce. Osiem z 16 bomb padło na miasto, wprost pomiędzy domy. Nie podobało mi się to. Trzeciego dnia już to mnie nie obchodziło, a czwartego dnia sprawiało mi to przyjemność. Lubiliśmy wylatywać przed śniadaniem, pędzić pojedynczych żołnierzy po polach karabinami maszynowymi i zostawiać ich tam z paroma kulami w plecach”… to opowieść wziętego do niewoli porucznika Pohla, bombardiera z bombowca He 111.
Zastygłe w bezruchu
Działania wojenne we wrześniu 1939 roku fotografowali i Polacy, i Niemcy. Zdjęcia robił też Jules Bryan, Amerykanin, jedyny zagraniczny dziennikarz, który przebywał w atakowanej przez Niemców Warszawie. Dwie z wykonanych przez niego fotografii są nie tylko realistycznym odwzorowaniem rzeczywistości, ale również symboliczną kondensacją tych dni: ukazują barbarzyństwo Niemców, cierpienie i ból Polaków. Jedna z nich to chłopiec siedzący na gruzach zniszczonej w nalocie warszawskiej kamienicy. Druga to 11-letnia Kazimiera Kostewicz zastygła w rozpaczy nad ciałem siostry zabitej przez niemieckiego lotnika. Takich „bohaterskich czynów” dokonali übermensche więcej. Władysław Anders wspominał „Widzę, jak lotnik niemiecki kołuje nad gromadą licząca koło setki małych dzieci, wyprowadzonych przez nauczycielkę z miasteczka do pobliskiego lasu. Zniża się na 50 m, rzuca bomby i strzela z karabinu maszynowego. Dzieci rozpryskują się jak wróble, ale kilkanaście barwnych plam zostaje w polu. Mam przedsmak tego, jaka będzie ta wojna”. Kapelan ks. Witold Kiedrowski tak zapamiętał pierwszy dzień wojny na Pomorzu: „Były to pierwsze godziny poranne. Wrzesień. Ziemia czekała na uprawę. Jakiś rolnik… wyjechał z pługiem w pole. Nagle nadleciał samolot niemiecki. Ponieważ nie miał innego celu, a koniecznie chciał swoje bestialstwo w jakiś sposób wyładować – więc zaczął strzelać do tego orzącego pole rolnika. Pierwszy raz chybił. Ale orzący zorientował się i szukał ucieczki. Pole było gołe. Tylko stał na nim krzyż wzniesiony przez jego rodziców, więc do tego krzyża biegł. Właśnie dobiegał do krzyża, gdy samolot drugi raz nadleciał, oddał drugą salwę – śmiertelną. Jako kapłanowi – mnie przypadła tragiczna rola pójścia do zabudowań na skraju pola i uprzedzenia rodziców. To był ich jedyny syn. Biegiem się rzucili – na nic nie patrząc ojciec i matka. Gdy dopadli do syna – on już nie żył. Matka rzuciła się na jego ciało szlochając i płacząc w pewnym momencie podniosła się... Jakby w buncie i bezsilnym gniewie... Popatrzyła na krzyż i rzuciła te słowa: Gdzieś ty był.... gdy Niemiec mego syna mordował? Gdzieś ty był! I tak stała w niemym gniewie... załamana, ale i zbuntowana. Wtedy podszedł do niej mąż i ojciec zabitego. Objął ją ramieniem i powiedział słowa, które były odpowiedzią... ba, czymś więcej niż odpowiedzią. Stały się dla mnie punktem oparcia na całe lata wojny i cierpienia. Powiedział on wtedy: >>Nie bluźnij matka! Czy ty wiesz gdzie On był? On był dokładnie w tym samym miejscu, z którego patrzał jak Jego Syna przybijali do krzyża<<”. Polska jak Chrystus: była niewinną ofiarą nienawiści i zła wcielonego w ludzi.
Bądźcie bezlitośni…
Bo nie tylko lotnicy niemieccy wiedzieli, że mogą mordować bezkarnie. Wiedzieli to zwłaszcza członkowie Einsatzgruppen, czyli specjalnych oddziałów egzekucyjnych złożonych z bojowców SA i SS oraz milicjanci z Volksdeutscher Selbschutz. Jednym z dowódców Selbschutzu był Ludolf von Alvensleben, adiutant Heinricha Himmlera. Von Alvensleben na odprawie w Toruniu powiedział do podlegających mu dowódców: „Jesteście teraz rasą panów. Niczego nie zbudowano łagodności i słabością […] Nie bądźcie łagodni, bądźcie bezlitośni i usuńcie wszystko, co nie jest niemieckie i co mogłoby przeszkodzić nam w procesie tworzenia”. Gdy jeden z podwładnych zaraportował von Alvenslebenowi, że w zarządzanym przez niego mieście nie wykonano w mijającym tygodniu żadnej egzekucji, został zapytany, czy brak egzekucji oznacza, że nie ma już Polaków do rozstrzelania? W słowach i czynach ALvenslebena przejawiają się zalecenia Hitlera żądającego „unicestwienia” i „eksterminowania” Polaków, jak i koncepcje Himmlera „Polacy zostaną starci z powierzchni ziemi… Niebywale istotną jest rzeczą, by wielki naród niemiecki potraktował jako swój podstawowy obowiązek zagładę wszystkich Polaków”.
Prof. Tomasz Panfil
za:niezalezna.pl