Komuniści wracają do władzy. Szok w sercu Europy.
Wyobraźmy sobie, że w samym sercu Europy, w kraju uznawanym za stabilny, bogaty i zachodni, do władzy wracają komuniści. Nie w książkach historycznych, nie w nostalgicznych wspomnieniach, ale realnie – w polityce, samorządach, strukturach władzy. To nie jest scenariusz dystopijnego serialu. To wydarzyło się właśnie wczoraj. I to powinno nas bardzo zaniepokoić. Bo komunizm w XXI wieku nie wraca z czołgami i rewolucyjnymi pieśniami. Wraca pod płaszczykiem programów socjalnych, kryzysu mieszkaniowego i frustracji młodych ludzi. Co się stało?
Wczoraj, 25 stycznia 2026 roku, odbyły się wybory do rady miejskiej w St. Pölten – stolicy Dolnej Austrii. To miasto liczy około 50 tysięcy mieszkańców, ale ma ogromne znaczenie symboliczne jako centrum administracyjne i polityczne regionu, największego w Austrii i położonego wokół Wiednia. To część kraju, która przez dekady uchodziła za matecznik chadeków – oprócz oczywiście samej stolicy. W dużych miastach, podobnie jak w Polsce, przeważa opcja liberalno-lewicowa. Tak więc w St. Pölten przez ponad sześćdziesiąt lat rządzili socjaldemokraci z SPÖ – umiarkowana lewica, typowa zachodnia socjaldemokracja. Tym razem jednak wyborcy powiedzieli „dość”. Austriaccy socjaldemokraci stracili dominację, a elektorat przesunął się daleko w lewo. Do Zielonych i, co szczególnie niebezpieczne, do Komunistycznej Partii Austrii, czyli KPÖ.
Tak, komuniści zdobyli mandaty i stali się częścią realnej gry o władzę. To nie jest tylko lokalna ciekawostka. To symptom głębszego trendu, tym bardziej że socjaldemokracja musi szukać koalicjanta – i bardzo możliwe, że staną się nim komuniści.
St. Pölten nie jest wyjątkiem. W Grazu, drugim co do wielkości mieście Austrii, komuniści rządzą od 2021 roku. Tak, rządzą. Są największą partią miasta, a komunistyczna burmistrz Elke Kahr zdobyła niemal 29 procent głosów i stworzyła koalicję – właśnie z socjaldemokracją. Natomiast w Salzburgu, historycznym i arcyważnym austriackim mieście, KPÖ od lat wchodzi do rad miejskich i przekracza dziesięć procent poparcia. Jest jeszcze jedna ważna kwestia, która wpływa na wyniki: w Austrii do wyborów można przystąpić od 16. roku życia, a na poziomie samorządu w wyborach biorą udział także migranci.
To nie są marginalne studenckie kluby dyskusyjne. To realne struktury władzy w jednym z najbogatszych regionów świata. W kraju, który kojarzymy z Mozartem, Alpami, porządkiem i stabilnością.
Dlaczego młodzi Europejczycy, nastolatkowie w Austrii, zaczynają głosować na komunistów? Nie dlatego, że czytali Marksa i Lenina. Najprawdopodobniej nie mają nawet pojęcia, kim był Marks. Głosują tak, bo czują, że system działa dla elit, a komuniści wykorzystują to nastawienie antysystemowe młodych ludzi, doprawiając je skrajnymi hasłami rodem z ideologii gender. Trafia to na podatny grunt gniewu, protestu, naiwności i braku oparcia w tradycyjnej rodzinie czy Kościele.
Komunizm wraca więc jako bunt przeciwko kapitalizmowi elit i taran ideologiczny. To ogromna zmiana psychologiczna Zachodu. Dla pokolenia Z komunizm to nie Gułag – zwłaszcza na Zachodzie nie mają takich skojarzeń jak my.
Nie łudźmy się jednak. Dzisiejsza radykalna lewica nie kończy się na czynszach i socjalu. To radykalna i nieludzka polityka klimatyczna, agresywna ideologia gender, rozbijanie tradycyjnej rodziny i rosnąca rola państwa w każdej sferze życia. To miękka wersja totalizmu – z uśmiechem, ale z regulacjami, które dławią wolność. Zresztą w Polsce koalicja 13 grudnia próbuje wprowadzić coś podobnego – nie pod nazwą komunizmu, bo ta nazwa w Polsce jest (przynajmniej na razie) spalona – ale w postaci unijnego kołchozu brukselsko-berlińskiego.
Wracając do Austrii. Niektórzy mówią: to tylko kilka procent, lokalne wybory, jedno miasto, nic wielkiego. Ale przypomnijmy sobie rok 1917. Bolszewicy byli mniejszością. Mieli kilkanaście procent poparcia, ale byli zorganizowani, ideologiczni i bezwzględni. Historia pokazuje, że radykalne mniejszości potrafią przejąć ster cywilizacji, gdy większość jest zmęczona, obojętna i zdezorientowana. Nie musimy się cofać do 1917 roku, żeby zaobserwować ten mechanizm. Wystarczy rozejrzeć się wokół nas.
Austria jest sygnałem ostrzegawczym. To, co dziś dzieje się w Grazu czy St. Pölten, jutro może wydarzyć się w Berlinie, Paryżu, a pojutrze – w Warszawie. Jeśli konserwatyści i centrum nie odpowiedzą realnymi rozwiązaniami, młodzi wybiorą radykałów. Jeśli PiS dalej będzie się żarł wewnętrznie, nie ogłosi sensownego programu, nie postawi na młode i zdolne pokolenie we własnych szeregach, a zamiast tego będzie publicznie ogłaszał, z kim to na pewno nie wejdzie w koalicję, to okaże się, że za półtora roku w Polsce będą rządzić Platforma z Lewicą i Razem.
Czas zrozumieć, że komunizm XXI wieku nie wraca z karabinami. Wraca z grantami, manifestami i TikTokiem. Kształtuje się na Twitchu, komunikuje na Discordzie. Czy politycy 60+ znają te narzędzia? Bo przecież cel nowego komunizmu pozostaje ten sam: przebudować społeczeństwo według utopijnej wizji, w której państwo zastępuje rodzinę, tradycję i wolny rynek, a Bóg zostanie usunięty raz na zawsze.
Dlatego to, co wydarzyło się w Austrii, nie jest lokalną ciekawostką. To sygnał ostrzegawczy dla całego Zachodu. Bo cywilizacje nie upadają od razu. Upadają wtedy, gdy ich dzieci przestają wierzyć w ich wartości.
Adam Sosnowski
za:bialykruk.pl