Sąd na usługach
Wyrok Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie przeszedł niemal niezauważony. Szkoda, bo powinien wywołać alarm. To nie tylko stanięcie sądu po stronie lobby LGBT (proszę ode mnie nie wymagać, żebym dodawał kolejne literki, jakie się tam w ostatnich latach pojawiły), ale znacznie więcej: to zamach na wolność słowa i prawo do trwania przy własnych poglądach.
Przypomnę: do rzeszowskiego liceum chodził chłopiec, który zapragnął być dziewczynką. Pod czyim wpływem, kto nad tym pracował (a niemal zawsze ktoś nad taką osobą pracuje; wiemy to ze skandalicznych przypadków w USA) – tego nie wiadomo. Dość, że chłopiec rozpoczął tranzycję, czyli działania na rzecz fizycznej zmiany płci. Polega to m.in. na braniu wyniszczających substancji hormonalnych. Dopiero rozpoczynając te starania, a z prawnego i zapewne również fizjologicznego punktu widzenia wciąż będąc mężczyzną, zaczął domagać się od nauczycieli i szkoły, aby traktować go i nazywać jak dziewczynę. Szkoła i nauczyciele odmawiali, słusznie argumentując, że nie ma do tego powodów, dopóki rzecz nie zostanie formalnie potwierdzona.
Proszę się postawić w sytuacji nauczycieli, którzy mają przed sobą znanego sobie ucznia, a ten zaczyna od nich żądać, żeby traktować go jak uczennicę. Przed nauczycielem otwarty jest dziennik, w nim uczeń figuruje jako chłopak, ale ma być nazywany żeńskim imieniem. Po czym ocenę należy wpisać przy imieniu męskim. Dlaczego ktokolwiek miałby w tej farsie brać udział?
Sprawy „tęczowe” obsiedli różnego rodzaju aktywiści, również ci w togach. Tak było i w tym wypadku. Nie przypuszczam raczej, aby to chłopak czynnie poszukiwał drogi prawnej. Zakładam hipotetycznie, że inspiratorem jego działań było wspominane w tym kontekście przez media Stowarzyszenie Tęczówka, jedna z organizacji zaangażowanych w sprawy LGBT. Z nim powiązany jest radca prawny Damian Ruhm, który w imieniu chłopaka wytoczył szkole sprawę o naruszenie dóbr osobistych. W pierwszej instancji przegrana była całkowita. W drugiej zapadł absolutnie kuriozalny wyrok.
Sąd Apelacyjny stwierdził, że nie ma przepisu zakazującego używania „preferowanego imienia” (taka kategoria w obiegu prawnym nie istnieje) zgodnego z widzimisię danej osoby, nawet gdy wciąż brak zmian metrykalnych. Cóż, nie ma także przepisu, który by takie zachowanie nakazywał, zatem sąd musiał tu wykonać fikołek, polegający na wywiedzeniu takiego obowiązku z konstytucyjnej ochrony godności, czyli art. 30. Konstytucji. Innymi słowy SA w Rzeszowie stwierdził, że czyjeś wyobrażenie na własny temat – np. wyobrażenie mężczyzny, że jest kobietą – jest elementem jego godności, któremu należy się prawna ochrona, a więc wszyscy muszą się do tych wyobrażeń dostosować.
Sąd nie wziął natomiast pod uwagę dwóch kwestii. Po pierwsze – że odmowa nazywania chłopca żeńskim imieniem miała podparcie w materialnej prawdzie: miano do czynienia z mężczyzną. Po drugie – sąd stwierdził, że spełnienie żądań ucznia nie stanowiłoby dla nikogo uszczerbku. I tu się całkowicie mylił, jako że właśnie kwestia „tożsamości płciowej” jest jednym z najbardziej zaognionych dzisiaj sporów ideowych. Odmowa ulegania czyimś uroszczeniom co do własnej rzekomej płci innej niż biologiczna to realizacja art. 31. ustawy zasadniczej – „nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje” – oraz przede wszystkim art. 54.: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów (…)”. Nawet gdyby uznać – do czego nie ma podstaw, ale zróbmy roboczo takie założenie – że mamy tutaj konflikt dwóch konstytucyjnych wartości: prawa do poszanowania godności oraz prawa do wyrażania własnych poglądów – to z pewnością nie sąd powszechny jest od tego, żeby tak fundamentalne zagadnienie rozstrzygać. A już na pewno nie tak jednostronnie.
Łukasz Warzecha
za:idziemy.pl