Represje reżimu Tuska wobec opozycji i wolnych mediów
Szokujące kulisy aresztu Leszka Kraskowskiego! Zgłosił napad, policja „ukryła go” przed adwokatem
Trzymiesięczny areszt dla znanego dziennikarza śledczego Leszka Kraskowskiego wywołał prawdziwe trzęsienie ziemi w świecie mediów i polityki. Kulisy działań prokuratury i policji z Piaseczna, które wyszły na jaw dzięki relacjom obrońców na antenie Radia Wnet, budzą głębokie przerażenie.
Mamy do czynienia z jawnym paraliżem prawa do obrony, rażącymi absurdami proceduralnymi i brutalnym uderzeniem w wolność słowa, które wprost przypomina najciemniejsze standardy autorytarne.
Wielu komentatorów zwraca uwagę, że może to być próba cynicznego odrzucenia zarzutów o celową zemstę władzy Tuska za niewygodne ustalenia dziennikarza.
Leszek Kraskowski to bezkompromisowy dziennikarz, który od miesięcy drobiazgowo prześwietlał najtrudniejsze i najbardziej niewygodne dla obecnego układu władzy tematy.
Na celowniku jego śledztw znajdowały się m.in. skomplikowane powiązania wokół słynnej afery Polnordu i mecenasa Romana Giertycha, a także głębokie nieprawidłowości w Najwyższej Izbie Kontroli (NIK).
Dziś - zamiast nagród za swoją pracę - dziennikarz ogląda świat zza krat, a państwowy aparat sprawiedliwości uruchomił przeciwko niemu machinę o skrajnie represyjnym charakterze.
Ofiara napadu trafia za kraty? Ponury żart policji
Sam opis zatrzymania redaktora Kraskowskiego brzmi jak scenariusz z filmu grozy połączonego z groteską. Dziennikarz został zaatakowany we własnym domu przez agresywnego napastnika. Za namową swojego mecenasa – zadzwonił na numer alarmowy 112, prosząc o pilną interwencję.
Na przyjazd patrolu policji z Piaseczna poszkodowany dziennikarz musiał czekać aż trzy godziny. Kiedy funkcjonariusze wreszcie raczyli pojawić się na miejscu, wydarzenia potoczyły się w sposób niebywały. Mundurowi jedynie spisali dane agresywnego napastnika, po czym... zakuli w kajdanki samego Kraskowskiego, który to spotkanie z policją osobiście zainicjował.
Absurd goni absurd: Fatalny błąd w policyjnej bazie Jak ujawnił mec. Łukasz Pawelski, powodem zatrzymania był fakt, że Kraskowski figurował w policyjnej bazie danych jako osoba poszukiwana. Powód? Problemy z doręczeniem poczty, przez które system automatycznie wygenerował taki status. Co najbardziej porażające, sąd już znacznie wcześniej skorygował ten błąd jako oczywistą omyłkę pisarską. Informacja ta jednak „utknęła” w policyjnych systemach teleinformatycznych, a funkcjonariusze bezrefleksyjnie wsadzili ofiarę napadu prosto do celi.
Paraliż prawa do obrony. „Zastosowali ten sam manewr, co u ks. Olszewskiego”
Prawdziwy skandal i pogwałcenie fundamentalnych standardów praw człowieka rozpoczęły się jednak w momencie, gdy sprawą zajęła się prokuratura. Prawnicy i eksperci bez ogródek wskazują na mechanizmy, które polska opinia publiczna poznała już przy okazji głośnego i bulwersującego zatrzymania ks. Michała Olszewskiego.
Mecenas Łukasz Pawelski, oficjalny obrońca dziennikarza, o posiedzeniu aresztowym dowiedział się przypadkiem, będąc w trasie poza Warszawą, zaledwie na kilka minut przed jego rozpoczęciem. Do tego momentu żadne organy ścigania nie podjęły próby kontaktu z adwokatem.
Prawo do obrony zostało całkowicie zignorowane.
Wypowiedź dr. Michała Skwarzyńskiego na antenie Radia Wnet nie pozostawia złudzeń co do skali naruszeń:
Pan komendant policji postawił swój autorytet na szali, bo mówi, że jak ktoś napisał do niego maila, to on się bardzo boi. Ja nie chcę mieć takiej policji. (...) Przypisywanie podejrzanemu umyślnego popełnienia przestępstwa jest rażącym nadużyciem. Według orzecznictwa ETPC prawo do obrońcy przysługuje od momentu zatrzymania. Tutaj zastosowano ten sam manewr, co u księdza Olszewskiego.”
Co więcej, wg relacji Radia Wnet do dziś obrońca nie ma realnego dostępu do akt sprawy, nie przyznano mu stosownych uprawnień w Portalu Informacyjnym Sądów Powszechnych, a sam Leszek Kraskowski był de facto „ukrywany” przed własnym mecenasem.
Adwokat zmuszony był słać zapytania w ciemno do losowych aresztów śledczych na terenie kraju, by w ogóle ustalić, gdzie przebywa jego klient. Choć tymczasowo aresztowany ma ustawowe prawo do nielimitowanego kontaktu z obrońcą, prokuratura do tej pory nie wydała stosownej zgody, zamieniając konstytucyjne gwarancje w pustą wydmuszkę.
Kuriozalne zarzuty. Komendant, który „boi się maila”
W ocenie wielu komentujących tę sprawę oficjalne zarzuty, na podstawie których Sąd Rejonowy w Piasecznie zdecydował o wsadzeniu dziennikarza śledczego za kraty na pełne 3 miesiące, brzmią wręcz niedorzecznie. Przypomnijmy, prokuratura zarzuca Kraskowskiemu o nielegalne posiadanie broni gazowej oraz wysłanie maila zawierającego groźby karalne pod adresem komendanta policji w Piasecznie.
Środowisko dziennikarskie oraz prawnicy jednogłośnie podkreślają, że posiadanie pistoletu gazowego o małym kalibrze to sprawa, która w warunkach normalnego państwa prawa w zdecydowanej większości przypadków kończy się warunkowym umorzeniem postępowania. Zamykanie człowieka w celi z tego powodu jest środkiem rażąco nieproporcjonalnym.
Z kolei rzekomy „mail z groźbami” budzi ogromne wątpliwości natury technologicznej. Jak słusznie zauważają komentatorzy (w tym publicyści o skrajnie odmiennych wektorach politycznych, jak Wojciech Czuchnowski czy Paweł Reszka), wysłanie wiadomości elektronicznej z fałszywym polem nadawcy jest dziś zadaniem banalnym dla średnio rozgarniętego hakera. Śledczy nie wykazali twardych dowodów cyfrowych, a sam fakt, że szef lokalnej policji twierdzi, iż „boi się maila” i na tej podstawie izoluje się dziennikarza, kompromituje powagę instytucji państwowych.
Zabór tajemnicy dziennikarskiej i potężny protest SDP
Największy niepokój budzi jednak fakt, że podczas spektakularnego przeszukania domu Leszka Kraskowskiego, służby bez skrupułów zabezpieczyły jego wszystkie nośniki elektroniczne, komputery oraz telefony komórkowe. Znajdują się na nich bezcenne dane, materiały śledcze oraz tożsamość informatorów, których chroni bezwzględna tajemnica dziennikarska.
W mediach społecznościowych coraz częściej powtarzane jest zdanie, iż istnieje uzasadnione podejrzenie, że cała operacja mogła być jedynie pretekstem do przejęcia owych materiałów i uderzenia w źródła wiedzy niezależnego reportera.
Wobec tego brutalnego aktu państwowego bezprawia ostro zaprotestowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP). Prezes Jolanta Hajdasz wydała jednoznaczne oświadczenie:
Zastosowanie tak drastycznego środka przymusu wobec przedstawiciela prasy traktujemy jako bezpośredni atak na wolność słowa, niezależność mediów oraz prawo obywateli do informacji. Uważamy, że zastosowanie tymczasowego aresztu pod pretekstem posiadania pistoletu gazowego i kierowania gróźb jest represją nieuzasadnioną, służącą zastraszaniu środowiska dziennikarskiego.”
Droga ku autorytaryzmowi?
Sprawa red. Kraskowskiego błyskawicznie urosła do rangi wielkiego kryzysu politycznego. Głos zabrali czołowi politycy opozycji. Wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak wyraził głębokie zaniepokojenie, bez owijania w bawełnę oceniając, że bezprawne represje wobec świata mediów nasuwają najgorsze skojarzenia z mrocznymi czasami PRL-u. Z kolei prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński stwierdził wprost, że zamykanie niezależnych, dociekliwych autorów w więzieniach to ostateczny dowód słabości aparatu władzy oraz jasny sygnał, że dzisiejsza Polska pod obecnymi rządami niebezpiecznie „weszła na drogę Łukaszenki i Putina”.
Solidarność z aresztowanym kolegą deklarują ludzie mediów z najróżniejszych redakcji, domagając się natychmiastowego ujawnienia nagrań z zatrzymania oraz treści rzekomego maila. Pewne jest jedno: państwo, które zamiast chronić obywatela przed agresorami, wsadza go do więzienia za patrzenie władzy na ręce, przestaje być demokratycznym państwem prawa, a staje się opresyjnym aparatem policyjnym.
Nie wiedział o posiedzeniu. Prawnik ujawnia szokujące szczegóły ws. aresztowania Kraskowskiego
Obrońca dziennikarza Leszka Kraskowskiego twierdzi, że przez długi czas nie był informowany o czynnościach prowadzonych wobec swojego klienta. Mecenas Łukasz Pawelski mówi o problemach z dostępem do akt sprawy oraz ograniczeniach w kontakcie z aresztowanym.
Telefon tuż przed rozprawą
O skandalicznych kulisach aresztowania mówił na antenie Radia Wnet obrońca Kraskowskiego mec. Łukasz Pawelski. Jak relacjonował, o posiedzeniu aresztowym dowiedział się dopiero kilka minut przed jego rozpoczęciem. Według prawnika wcześniej wykonano do niego jeden telefon z prokuratury. Kiedy próbował oddzwonić, nie uzyskał kontaktu ze śledczymi. Jak podkreślał, w dniu zatrzymania jego klienta pełnił oficjalny dyżur telefoniczny w sądzie i pozostawał dostępny.
Mecenas nie krył oburzenia całą sytuacją:
— Przez cały okres od momentu zatrzymania Leszka nie byłem na ten temat informowany. Przecież to jest kuriozum, które w XXI wieku w środku Europy nie powinno w ogóle mieć miejsca. […] Każdy ma prawo do obrony. Leszek de facto nie może się teraz publicznie bronić, a komunikaty, które są formułowane przez prokuraturę są jednoznaczne, a jednocześnie niedokładne — powiedział Łukasz Pawelski.
Adwokat wskazał również, że nie otrzymał dostępu do akt postępowania oraz nie uzyskał odpowiednich uprawnień w Portalu Informacyjnym Sądów Powszechnych. Jak relacjonował, miał również trudności z ustaleniem miejsca pobytu swojego klienta.
Prawnik zwrócił uwagę na kwestie związane z możliwością kontaktu obrońcy z osobą tymczasowo aresztowaną:
— Leszek jako tymczasowo aresztowany ma prawo do kontaktu z obrońcą w sposób nielimitowany, ale ten kontakt jest uzależniony od zgody prokuratora. Ja do tej pory tej zgody nie dostałem, co czyni ten przepis wydmuszką — stwierdził.
Mecenas Pawelski podkreślił także, że nie może publicznie odnosić się do części okoliczności przywoływanych przez prokuraturę, ponieważ nie posiada dostępu do pełnej dokumentacji sprawy:
— Są okoliczności, na które powołuje się prokuratura, a ja nie mam dostępu do akt postępowania. Niektóre sprawy są mi znane, natomiast jako obrońca, który nie ma możliwości kontaktu ze swoim klientem, nie mogę odnieść się do tego publicznie — zwrócił uwagę.
Michał Woś: sprawa Leszka Kraskowskiego zszokowała Polskę
Podczas specjalnego posiedzenia Zespołu Przeciwdziałania Bezprawiu dot. Leszka Kraskowskiego i ataków na media poseł PiS Michał Woś zwracał uwagę, że aresztowanie tego dziennikarza jest kolejnym przykładem uderzenia przez rząd Donalda Tuska w wolne media. W posiedzeniu wzięli m.in. udział represjonowani dziennikarze TV Republika: Michał Rachoń i Jarosław Olechowski oraz szefowa SDP dr Jolanta Hajdasz.
Brutalny atak na wolne media
Michał Woś mówił, że mamy do czynienia z atakiem władzy Donalda Tuska na wolne media - a aresztowanie Leszka Kraskowskiego to kolejny tego przykład.
Mamy do czynienia z aresztowaniem dziennikarza, który śledził działania czołowego polityka partii rządzącej, pełnomocnika Donalda Tuska, rodziny Donalda Tuska także, czyli Romana Giertycha. Mamy do czynienia z całym szeregiem ataków, bezprecedensowych ataków, na dziennikarzy, na redakcje, na świętą zasadę związaną z tajemnicą dziennikarską - komentował poseł PiS.
Woś wymieniał również liczne przykłady z ostatnich miesięcy prześladowań m.in Telewizji Republika i jej dziennikarzy. Mówił też o fałszywych alarmach, które w ostatnim czasie uderzały w nasze medium i jego pracowników. - Władza nad nimi nie panowała - dodał.
Mówił również o działaniach wymierzonych w prezesa Tomasza Sakiewicza i skuciu jego asystentki. Michał Woś podkreślał, że od dłuższego czasu rząd 13 grudnia prześladuje również polską opozycję i poluje m.in na Zbigniewa Ziobrę, Marcina Romanowskiego i Dariusza Mateckiego.
W Sejmie o działaniach wymierzonych w Republikę. Red. Rachoń ujawnił nowe fakty
- Prezes zarządu i redaktor naczelny największej telewizji informacyjnej w Polsce Tomasz Sakiewicz jest w tej chwili o dwa kroki od tego, żeby trafić na 30 dni do aresztu ze względu na to, że kryptodyktatura żąda od niego informacji, które w ocenie redaktora naczelnego naszej stacji są chronionym tajemnicą - podkreślił podczas posiedzenia zespołu przeciwdziałania bezprawiu dyrektor programowy Telewizji Republika red. Michał Rachoń. Opowiedział również o nieznanym dotąd zgłoszeniu, które wpłynęło do służb ponad miesiąc przed całą serią fałszywych alarmów.
Dwa kroki od aresztu
Jak wskazał, szef Republiki, Tomasz Sakiewicz został niedawno ukarany grzywną w wysokości 3 tysięcy złotych za odmówienie udzielenia informacji na temat Zbigniewa Ziobro, gdyż są one chronione tajemnicą dziennikarską. Red. Rachoń zaznaczył, że nie chodzi tu o wysokość kary. Podkreślił, że zostanie ona zaskarżona, jeśli jednak to się nie uda, to kolejnym etapem będzie 30-dniowy areszt.
"To jest sytuacja w której jesteśmy w tej chwili. Prezes zarządu i redaktor naczelny największej telewizji informacyjnej w Polsce jest w tej chwili o dwa kroki od tego, żeby trafić na 30 dni do aresztu ze względu na to, że kryptodyktatura żąda od niego informacji, które w ocenie redaktora naczelnego naszej stacji są chronionym tajemnicą" – podkreślił i zaznaczył, że mimo represji, dziennikarze stacji nie zdradzą swoich informatorów.
Nękanie Republiki
Red. Rachoń przytoczył też fragment raportu, dotyczącego fałszywych alarmów wymierzonych w Republikę. Przypomniał tym samym o zawiadomieniu z 13 maja na temat osoby rzekomo posiadającej materiały wybuchowe, która miała znajdować się w siedzibie stacji. Mówił też o innych zgłoszeniach, o których informował portal Niezalezna.pl - w tym o rzekomej osobie z pasem szahida w domu red. Rachonia i red. Katarzyny Gójskiej czy innej zmyślonej osobie, która chce popełnić samobójstwo w domu innego kluczowego pracownika stacji. Poinformował też jednak o dotąd nieznanym zgłoszeniu.
Red. Rachoń przytoczył pytanie, które skierowała wczoraj do stacji Komenda Policji w Drawsku Pomorskim. Dotyczyło zawiadomienia, które wpłynęło do tamtejszej stacji epidemiologiczno-sanitarnej 13 marca - a więc ponad miesiąc przed całą serią fałszywych alarmów. Zawiadomienie dotyczyło podłożenia ładunków wybuchowych na terenie TV Republiki w Warszawie.
Nie chodziło jednak tylko o siedzibę stacji, ale i w Wojskowym Instytucie Łączności w Zegrzu, Urzędu Miejskiego w Pucku oraz Automobilklubu w Monako.
"Ta seria działań ma na celu zastraszenie dziennikarzy Telewizji Republika. Ja chciałem z tego miejsca poinformować, że to się z całą pewnością nie uda. Dziennikarze Telewizji Republika będą nadal robić to, co robili. Będziemy zdobywać informacje, będziemy je ujawniać, będziemy publikować dokumenty i nie będziemy współpracować z nielegalną prokuraturą, nawet jeżeli będzie oznaczało to, że będą musieli nas wszystkich zamknąć. Trudno, będą musieli nas zamknąć" – powiedział.
"Chcą się na mnie zemścić". Duklanowski o prowadzonym przeciwko niemu śledztwie
- Oni tak naprawdę chcą po pierwsze się na mnie zemścić, a po drugie doprowadzić do tego, żebym nigdy więcej nie zajmował się tymi sprawami - mówił Tomasz Duklanowski podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu Przeciwdziałania Bezprawiu. Dziennikarz "Gazety Polskiej" przedstawił kulisy ponownie podjętego śledztwa dotyczącego rzekomego przywłaszczenia sprzętu należącego do Radia Szczecin.
Duklanowski miał osobiście uczestniczyć w posiedzeniu zespołu w Sejmie. Nie pojawił się jednak w Warszawie, ponieważ otrzymał wezwanie na policję.
Miałem dziś przyjechać do Sejmu, jednak dostałem wezwanie na policję. Po raz pierwszy miałem tam możliwość zapoznania się z aktami śledztwa prowadzonego przeciwko mnie – powiedział.
Postępowanie dotyczy podejrzenia rzekomego przywłaszczenia sprzętu należącego do Radia Szczecin. Chodzi między innymi o laptop, telefon komórkowy, dwa kable, a nawet używaną gąbkę mikrofonową.
Dziennikarz zwrócił uwagę, że część rzeczy objętych zawiadomieniem odnaleziono w siedzibie radia już po wszczęciu postępowania.
Dzisiaj dowiedziałem się, że sprawa dotyczy również dwóch kabelków, a także używanej gąbki radiowej, która - co ciekawe - odnalazła się już po wszczęciu śledztwa – mówił.
Na sprzęcie znajdowały się dane informatorów
Duklanowski przyznał, że nie zwrócił urządzeń natychmiast po odejściu z Radia Szczecin. Jak tłumaczył, znajdowały się na nich materiały objęte tajemnicą dziennikarską oraz dane osób przekazujących mu informacje.
Na tym sprzęcie miałem dane wrażliwe: informacje dotyczące moich źródeł, ich dane osobowe, wiadomości SMS oraz korespondencję mailową. Nie chciałem tego oddać ze względu na obowiązującą mnie tajemnicę dziennikarską powiedział.
Materiały miały być również potrzebne dziennikarzowi w związku z trwającymi wówczas postępowaniami sądowymi, w tym sprawami dotyczącymi publikacji o Stanisławie Gawłowskim.
Duklanowski przekazał, że zabezpieczył znajdujące się na urządzeniach dane, a następnie zwrócił sprzęt.
Umorzone śledztwo ponownie podjęte
Postępowanie zostało początkowo umorzone w 2025 roku. Następnie, po złożeniu zażalenia, śledczy ponownie zajęli się sprawą.
Według Duklanowskiego zawiadomienie dotyczące sprzętu złożył mec. Rafał Wiechecki, który po zmianie władz w Radiu Szczecin otrzymał zlecenie na obsługę prawną rozgłośni. Prawnik reprezentuje również Stanisława Gawłowskiego.
Mecenas Wiechecki zaskarżył decyzję prokuratury o umorzeniu postępowania i doprowadził do jego ponownego podjęcia. Stało się tak mimo że w sprawie nie pojawiły się żadne nowe okoliczności ani dowody przekonywał Duklanowski.
Dziennikarz stwierdził, że prokuratorzy i policjanci zostali zmuszeni do kontynuowania postępowania, chociaż od czasu umorzenia sprawy nic się nie zmieniło.
"Wiechecki tobie nie odpuści"
Duklanowski powiązał postępowanie ze swoją wieloletnią pracą dotyczącą afery melioracyjnej i działalności Stanisława Gawłowskiego. Przypomniał wpis opublikowany przez senatora na platformie X.
Stanisław Gawłowski napisał do mnie: "Hej, Duklanowski, po co zaczepiałeś przyzwoitych ludzi? Jesteś zwykłym oszustem. Mecenas Rafał Wiechecki tobie nie odpuści" – cytował.
Jego zdaniem słowa te pokazują, że obecne działania mają charakter osobistego i politycznego odwetu.
Nie mam żadnych wątpliwości, jaki jest polityczny kontekst tej sprawy. Rzeczywiście opisywałem działalność wielu polityków Platformy Obywatelskiej i z tego powodu wytoczono mi liczne procesy powiedział.
Stanisław Gawłowski został w lipcu 2025 roku nieprawomocnie skazany przez Sąd Okręgowy w Szczecinie na pięć lat więzienia, 180 tys. zł grzywny oraz dziesięcioletni zakaz zajmowania kierowniczych stanowisk publicznych. Wyrok dotyczył między innymi przestępstw korupcyjnych związanych z aferą melioracyjną. Polityk odwołał się od orzeczenia.
Duklanowski przez wiele lat opisywał sprawę i ujawniał informacje dotyczące nieprawidłowości przy przetargach melioracyjnych.
"Chodzi o efekt mrożący"
Dziennikarz ocenił, że postępowanie dotyczące sprzętu Radia Szczecin jest elementem szerszych działań wymierzonych w niego oraz innych przedstawicieli mediów podejmujących tematy niewygodne dla koalicji 13 grudnia.
Oni tak naprawdę chcą po pierwsze się na mnie zemścić, a po drugie doprowadzić do tego, żebym nigdy więcej nie zajmował się tymi sprawami - mówił.
Przypomniał także o prawomocnym wyroku w procesie wytoczonym mu przez byłego marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego. Sprawa dotyczyła publikacji Duklanowskiego o relacjach pacjentów i ich rodzin, którzy twierdzili, że w szpitalu Szczecin-Zdunowo wręczali łapówki.
Dziennikarz został skazany na grzywnę w wysokości 12 tys. zł oraz zapłatę 8 tys. zł nawiązki. W maju zwrócił się do prezydenta Karola Nawrockiego z prośbą o ułaskawienie, określając wyrok jako niesprawiedliwy i mający charakter politycznej represji.
Po raz kolejny pojawia się ten sam wspólny mianownik: Roman Giertych i jego współpracownicy. Coraz mniej mnie to zaskakuje. Chodzi o wywołanie efektu mrożącego, zastraszenie dziennikarzy i zniechęcenie ich do podejmowania tematów niewygodnych dla obecnej władzy - podsumował Duklanowski.
"Nie dam się zastraszyć"
- Nie dam się zastraszyć. Wiem, jaką cenę płaci się obecnie za walkę z układami, ujawnianie niewygodnych informacji oraz opisywanie patologii związanych z rządem Donalda Tuska - powiedział Piotr Nisztor, dziennikarz TV Republika i Gazety Polskiej w trakcie posiedzenia Parlamentarnego Zespołu Przeciwdziałania Bezprawiu.
W trakcie dzisiejszego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu Przeciwdziałania Bezprawiu głos zabrał dziennikarz Piotr Nisztor. Mówił on o pozwie, który został przeciw niemu skierowany w związku z dziennikarskim śledztwem dotyczącym funkcjonowania kontrolowanego przez Skarb Państwa KGHM. Jego ustalenia były publikowane na łamach "Gazety Polskiej" oraz prezentowane w programie śledczym "Ściśle jawne" w Telewizji Republika.
Za materiały dotyczące spółki dziennikarz otrzymał Nagrodę Watergate Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jak mówił, po publikacjach KGHM skierował przeciwko niemu serię pozwów.
W niemal błyskawicznym tempie zapadł wyrok pierwszej instancji Wydziału Cywilnego Sądu Okręgowego w Legnicy. W tym procesie oddalono wszystkich zgłoszonych przez nas świadków - powiedział.
Według Nisztora obrona chciała przesłuchać niemal 50 osób, w tym członków rady nadzorczej KGHM, nadzorującego spółkę wiceministra Roberta Kropiwnickiego oraz szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Sąd zobowiązał dziennikarza do opublikowania przeprosin i zapłaty 30 tys. zł na rzecz KGHM. Nisztor podkreślił, że orzeczenie jest nieprawomocne.
"Sąd uznał, że informacje były prawdziwe"
Dziennikarz przekazał, że otrzymał już uzasadnienie orzeczenia. Jak relacjonował, sąd miał potwierdzić, że dochował należytej staranności, a opisywany przez niego układ towarzysko-polityczno-biznesowy rzeczywiście funkcjonował w KGHM.
Jeszcze raz podkreślam: zostało jasno napisane, że dochowałem wszelkiej staranności i że informacje były prawdziwe - wskazał dziennikarz.
Podstawą stwierdzenia naruszenia dóbr osobistych spółki miało być użycie przez Nisztora sformułowania, że "macki ośmiornicy układu polityczno-biznesowego obsiadły KGHM". Określenie pojawiło się w oznaczonym komentarzu oraz we wpisie opublikowanym na platformie X.
Za to zostałem w pierwszej instancji zobowiązany do przeprosin – powiedział.
Sąd zakwestionował również jego sugestię, że sprawą powinna zainteresować się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ze względu na istotny interes ekonomiczny państwa.
Sprawa dotycząca afery taśmowej
Nisztor odniósł się następnie do postępowania związanego z ujawnieniem afery taśmowej w 2014 roku. Przekazał, że 17 czerwca Sąd Apelacyjny w Warszawie rozpozna sprawę, która ciągnie się od 12 lat.
Jak wyjaśniał, postępowanie dotyczące odpowiedzialności dziennikarzy zostało wcześniej umorzone przez Prokuraturę Okręgową Warszawa-Praga z powodu znikomej społecznej szkodliwości czynu.
Roman Giertych, reprezentujący między innymi Jacka Rostowskiego oraz Radosława Sikorskiego, wniósł jednak subsydiarny akt oskarżenia. Według Nisztora został nim objęty wyłącznie on, mimo że pod publikacjami dotyczącymi nagrań podpisanych było więcej osób.
W pierwszej instancji sprawa została umorzona. Roman Giertych złożył jednak apelację. W mojej ocenie chce doprowadzić do ukarania mnie za ujawnienie tego skandalu – powiedział dziennikarz.
Nisztor ocenił, że działania podejmowane przez Giertycha mają charakter politycznej zemsty.
Zarzuty dotyczące fałszywych zeznań
Dziennikarz mówił także o przedstawionych mu zarzutach dotyczących rzekomego składania fałszywych zeznań. Łączył je z opublikowanymi przez Onet fragmentami nagrania jego domniemanej rozmowy z byłym prezesem Orlenu Danielem Obajtkiem.
Zgodnie z przedstawioną wówczas narracją Nisztor miał zabiegać o zatrudnienie członków swojej rodziny. Dziennikarz stanowczo temu zaprzeczył.
Problem tej historii polega na tym, że nagranie zostało zmontowane i sfałszowane – stwierdził.
Dodał, że w czasie, w którym miała odbyć się rozmowa, nie przebywał w siedzibie Orlenu. Ma to potwierdzać księga wejść i wyjść.
Nie wchodziłem wtedy do siedziby Orlenu ani z niej nie wychodziłem. Nie było mnie tam również przez kilka dni wcześniej ani kilka dni później - relacjonował.
Zwrócił również uwagę, że do siedziby spółki nie można dostać się bez zarejestrowania wizyty i otrzymania przepustki.
"Nie otrzymałem pisemnego uzasadnienia"
Nisztor poinformował, że nadal oczekuje na dostęp do akt postępowania. Jak zaznaczył, pomimo przedstawienia mu zarzutów nie otrzymał ich pisemnego uzasadnienia.
Nie wiem, co jest podstawą postawienia tych zarzutów. Prokuratura nie sporządziła pisemnego uzasadnienia tej decyzji - powiedział.
Według dziennikarza śledczy nie dysponują pełnym nagraniem ani jego oryginalnym nośnikiem, lecz jedynie fragmentami opublikowanymi przez portal Onet. Twierdził także, że treść materiału nie odpowiada dacie, w której rozmowa miała zostać zarejestrowana, ponieważ zawiera odniesienia do późniejszych wydarzeń.
Nisztor ocenił, że cała operacja miała doprowadzić do jego zawodowego zniszczenia i była odwetem za ujawnienie afery taśmowej.
Miało to wyeliminować mnie z zawodu dziennikarza. Dzisiaj jestem osobą, która usłyszała zarzuty, ale naprawdę nie dam się zastraszyć
– oświadczył.
Jak dodał, próby wywierania presji dotyczą nie tylko jego, ale również innych dziennikarzy Telewizji Republika.
Wiem, ile kosztuje dzisiaj walka z układami i ujawnianie niewygodnych rzeczy. Nie dam się zastraszyć - podsumował Piotr Nisztor.
W Sejmie o prześladowaniu dziennikarzy. Zespół przeciwdziałania bezprawiu rozpoczął posiedzenie
W czwartek w Sejmie zebrał się Parlamentarny Zespół Przeciwdziałania Bezprawiu, który zajmie się m.in. prześladowaniem dziennikarzy przez władzę. W posiedzeniu udział biorą parlamentarzyści oraz przedstawiciele mediów. - Będziemy mówić o ataku, jaki władza Tuska przeprowadza na wolne media - mówił przewodniczący zespołu poseł PiS Michał Woś.
Polityk wskazał, że prześladowanie dziennikarzy "przybiera niepokojące rozmiary". - Mamy do czynienia z aresztowaniem dziennikarza, który śledził działania polityka - czołowego polityka - partii rządzącej, pełnomocnika Donalda Tuska, rodziny Donalda Tuska także, czyli Romana Giertycha, ale też mamy do czynienia z całym szeregiem ataków - bezprecedensowych ataków - na dziennikarzy, na redakcje, na świętą zasadę związaną z tajemnicą dziennikarską - powiedział Woś.
W posiedzeniu udział biorą m.in. prezes SDP Jolanta Hajdasz, dyrektor programowy Republiki Michał Rachoń, szef wydawców stacji Jarosław Olechowski, dziennikarze Tomasz Duklanowski i Piotr Niszotr oraz obrońca aresztowanego Leszka Kraskowskiego, mec. Łukasz Pawelski.
Rozpoczynając posiedzenie Woś przypomniał także o fałszywych alarmach bombowych oraz działaniach wymierzonych w szefa Republiki Tomasza Sakiewicza.
"Dowiedzieliśmy się, że prokurator Piotr Woźniak, który prześladuje Zbigniewa Ziobro, Marcina Romanowskiego, prześladuje opozycję, prześladuje Dariusza Mateckiego postanowił - nie wiemy w jakim trybie wręcz, bo kodeks takiego trybu nie zna - samemu zdecydować o uchyleniu tajemnicy dziennikarskiej, zmusić redaktora Tomasza Sakiewicza do działań naruszających wręcz prawo, naruszając jakiekolwiek standardy związane z demokratycznym państwem prawa, z wolnością prasy i z tajemnicą dziennikarską" – powiedział.
Gmyz: „Nie przepadam za nim, ale będę bronił jego prawa do obrony”
– Będę bronił jego prawa do obrony, bo sprawa od początku budzi ogromne wątpliwości – deklaruje Cezary Gmyz. Choć Leszek Kraskowski w przeszłości ostro go atakował, dziś publicysta staje ramię w ramię z dziennikarzami od lewicy do prawicy, żądając natychmiastowych wyjaśnień od prokuratury.
Standardy rodem z Białorusi
Gmyz od samego początku analizy zwraca uwagę na drastyczne naruszenie podstawowych procedur prawnych przez organy ścigania. Prokuratura zdecydowała o skierowaniu Kraskowskiego na obligatoryjne badania psychiatryczne, co według polskiego prawa automatycznie wymaga obecności obrońcy przy wszelkich czynnościach. Mimo jasnych przepisów kodeksu postępowania karnego, adwokaci podejrzanego dziennikarza zostali całkowicie odcięci od sprawy.
– Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z sytuacją, która równie dobrze mogłaby się wydarzyć na Białorusi czy w Rosji – ocenił Cezary Gmyz.
Obaj reprezentujący zatrzymanego mecenasi, w tym Łukasz Pawelski, do dzisiaj nie otrzymali wglądu w akta sprawy. Nie umożliwiono im również kluczowego, osobistego widzenia z aresztowanym klientem. Czas na złożenie zażalenia na areszt mija błyskawicznie, co zdaniem komentatorów całkowicie paraliżuje prawo do obrony.
Broń za 321 złotych
Jednym z najgłośniejszych argumentów prokuratury, który miał uzasadniać wysłanie dziennikarza za kraty, jest rzekome nielegalne posiadanie broni. Śledczy powołali w tej sprawie specjalnego biegłego. Gmyz postanowił osobiście zweryfikować rewelacje prokuratury i szybko obnażył absurdalność tego zarzutu.
– Przejrzałem wczoraj internet i odkryłem, że dokładnie taką samą broń można kupić za 321 złotych bez żadnego zezwolenia – ujawnił Cezary Gmyz.
Zastosowanie tak drastycznego środka zapobiegawczego budzi głębokie poczucie niesprawiedliwości, szczególnie gdy zestawimy to z innymi głośnymi sprawami. Sprawcy śmiertelnych wypadków drogowych, tacy jak Sebastian Majtczak czy adwokat Kozanecki, uniknęli tymczasowego aresztowania. Tymczasem wobec dziennikarza śledczego zastosowano maksymalny, trzymiesięczny wymiar izolacji za wątpliwe maile i ogólnodostępny pistolet hukowo-gazowy.
Zemsta za Romana Giertycha?
W tle nagłego zatrzymania dziennikarza wyraźnie rysuje się bardzo poważny wątek polityczny. Leszek Kraskowski od wielu tygodni alarmował w swoich mediach społecznościowych, że nieznany sprawca groził mu na ulicy nożem. Napastnik miał wprost żądać, aby Kraskowski przestał opisywać sprawy Romana Giertycha oraz jego asystenta. Policja zignorowała te doniesienia, dając wiarę słowom domniemanego agresora.
– Leszek Kraskowski miał powody do zirytowania bezczynnością policji, bo grożenie nożem to poważna sprawa – zauważył Cezary Gmyz.
Publicysta sugeruje, że obecne uderzenie w dziennikarza może być formą politycznego odwetu za ujawnianie niewygodnych faktów m.in. w sprawie afery Polnordu. Podkreśla, że przejęta w wątpliwy sposób prokuratura staje się narzędziem w rękach rządzących, podczas gdy śledztwa dotyczące prominentnych polityków koalicji rządzącej są wyciszane.
Solidarność ponad podziałami
Sprawa wywołała bezprecedensową reakcję w głęboko spolaryzowanym polskim środowisku medialnym. Głosy oburzenia i żądania natychmiastowych wyjaśnień płyną dziś ze wszystkich stron sceny politycznej. Decyzje śledczych krytykują zarówno dziennikarze konserwatywni, jak i lewicowo-liberalni, w tym Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” oraz Jacek Harłukowicz.
– Ja za Leszkiem Kraskowskim nie przepadam, bo pisał o mnie rzeczy obrzydliwe, ale będę bronił jego prawa do obrony – zadeklarował Cezary Gmyz.
Środowisko dziennikarskie nie ma wątpliwości, że bez względu na osobiste oceny wcześniejszej działalności Kraskowskiego, rażące łamanie procedur karnych i brak dostępu do adwokatów stanowi śmiertelne zagrożenie dla wolności słowa w Polsce.
Ślepota międzynarodowych organizacji
Rozmówca Radia Wnet nie szczędzi gorzkich słów pod adresem zachodnich instytucji, które powinny stać na straży praworządności i wolności prasy. Podczas gdy w Polsce dochodzi do siłowego przejmowania mediów, a dziennikarze trafiają do aresztów, międzynarodowe rankingi paradoksalnie wykazują wzrost wolności słowa w naszym kraju.
– Mamy do czynienia z tym, że rządy liberalno-lewicowe są traktowane łagodnie i zamyka się oczy na oczywiste akty łamania prawa – podsumował Cezary Gmyz.
Zdaniem dziennikarza, organizacje takie jak Reporterzy Bez Granic czy Freedom House wykazują się skrajną stronniczością. Gmyz uważa, że ich oceny są motywowane czysto ideologicznie, co sprawia, że całkowicie ignorują one realne sygnały o niszczeniu demokratycznych standardów w Polsce.
Kaczyński: Wolność słowa zagrożona "Można się spodziewać najgorszego".
– To jest władza, która nie ma żadnych oporów, ale przede wszystkim to władza zewnętrzna – stwierdził Jarosław Kaczyński, prezes PiS.
Polityk był pytany o komentarz do decyzji sądu ws. częściowego zwolnienia Michała Rachonia z zachowania tajemnicy ws. okoliczności publikacji nagrań rozmów telefonicznych Romana Giertycha z Donaldem Tuskiem i Jarosławem Kurskim.
Jego zdaniem ta decyzja może świadczyć o dążeniu do likwidacji wolności słowa.– Zbliżają się wybory, więc można się spodziewać wszystkiego najgorszego. To jest władza, która nie ma żadnych oporów, ale przede wszystkim to władza zewnętrzna. To władza, która rządzi dzięki poparciu zewnętrznemu, przede wszystkim Niemiec – mówił Kaczyński.
W czerwcu 2025 roku Telewizja Republika opublikowała fragmenty nagrań rozmów telefonicznych z 2019 roku, w których uczestniczył Roman Giertych. Ujawnione materiały obejmowały m.in. rozmowę z Donaldem Tuskiem dotyczącą układania list wyborczych oraz rozmów prowadzonych z ówczesnym liderem Platformy Obywatelskiej Grzegorzem Schetyną na temat ewentualnego startu Giertycha w wyborach parlamentarnych.
Wśród opublikowanych nagrań znalazły się również rozmowy z Jarosławem Kurskim i Wojciechem Maziarskim, którzy w tamtym czasie byli związani z "Gazetą Wyborczą". Dotyczyły one publikacji listu Macieja Giertycha, ojca Romana Giertycha, który apelował do wyborców o nieoddawanie głosu na PiS, argumentując to troską o dobro Kościoła katolickiego w Polsce.
Po ujawnieniu nagrań Roman Giertych zawiadomił organy ścigania o możliwości popełnienia przestępstwa. Podobny krok zapowiedział także Jarosław Kurski. Postępowanie w tej sprawie trafiło do Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce, a w drugiej połowie lipca Roman Giertych został przesłuchany w charakterze świadka.
za:tvrepublika.pl