Publikacje polecane
Leszek Sosnowski. Alarm. Za obecnych rządów realizowane są decyzje… cara!
Pod koniec września tego roku Archiwum Diecezjalne w Drohiczynie otrzymało dziwne pismo wystosowane przez burmistrza tej historycznej miejscowości, kiedyś o dużo większym znaczeniu niż dziś i przez całe wieki leżącej w środku Polski, a nie u jej granicy (wschodniej). Zacny urzędnik, pan mgr inż. Wojciech Borzym uprzejmie zażądał „informacji (w oparciu o zasób Archiwum Diecezjalnego) na temat uposażenia w nieruchomości związków wyznaniowych działających na terenie naszego miasta w latach 1400–1939”. Tak, tak – to nie pomyłka: chodzi o informacje sprzed nawet sześciu wieków! Czyżby Urząd Miasta przekształcał się w instytut historyczny, rozpoczęto tam jakieś prace badawcze? Znając niespotykaną kreatywność obecnego premiera, który potrafił nawet psychiatrę zrobić ministrem obrony, a filozofa ministrem sprawiedliwości – wcale bym się nie zdziwił…
Gdy zadzwoniłem do drohiczyńskiej kurii, przekonałem się szybko, że sprawa niestety zabawna nie jest. Jest bardzo poważna i przykra. Otóż okazuje się, że od pewnego czasu realizowane są żądania odszkodowawcze Cerkwi prawosławnej i to w niemałych kwotach lub hektarach. Oddawane jest zaś to, co niegdyś zagrabił – rosyjski car! Kto oddaje? Ano polskie państwo reprezentowane przez warszawski rząd – może chce się za coś Rosjanom wypłacić, nie wiem. W każdym razie jasne jest, że robią się dobrymi wujkami dla prawosławnych kosztem polskich podatników. Polityka uległości obecnego rządu, przepraszania i bicia czołem o ziemię, sięga szczytów.
Dyrektor Radia Podlasie, ks. Artur Płachno informuje nas, że np. ostatnio wojewoda podlaski polecił wypłacić 1,5 mln odszkodowania parafii prawosławnej w Boćkach (diecezja drohiczyńska). Parafia ta jednakże nie tak dawno wsławiła się – jeśli można tak powiedzieć – zupełnie czymś innym, a mianowicie seksualną aktywnością swego proboszcza. Prawosławny duchowny, choć już nie młody i żonaty oraz posiadający dorosłe dzieci, został oskarżony o kontakty seksualne z upośledzoną 19-letnią dziewczyną, która zaszła w ciążę. Prawosławny proboszcz „został wysłany na urlop”, jak to określili jego zwierzchnicy. Boćki do dziś trwają w szoku. Ciekawe, że ten przypadek odnotowały tylko niektóre lokalne media. Na prawosławnego proboszcza nie rzucili się jak wściekli ani redaktorzy TVP, ani innych telewizji, ani radia, ani gazet głównego nurtu… Zresztą dobrze, że tego nie zrobili, ale gdyby to był proboszcz katolicki – to by było używanie!
Przypadków odszkodowań na rzecz Cerkwi jest znacznie więcej i nie tylko w diecezji drohiczyńskiej. Nikt się nimi nie chwali; ani Cerkiew, ani państwo. A żądania Cerkiew ma niemałe. W ubiegłym roku w rozmowie z KAI prawosławny arcybiskup Jeremiasz stwierdził gładko, że „może to być od 150 tys. do nawet 300 tys. hektarów”. Ten duchowny wyliczenia swoje przeprowadził na podstawie… carskich ukazów. Za sam niewielki Drohiczyn (2129 mieszkańców) Cerkiew oczekuje ponad 5 mln złotych odszkodowań. Jak oznajmił abp Jeremiasz, Cerkiew prawosławna chce „zwrotu mienia poddanego pod przymusowy zarząd państwa od 1918 r.”. W praktyce oznacza to jednak powołanie się właśnie na dekrety carskie. Wyjaśnia to biskup drohiczyński, doktor z zakresu historii, Antoni Dydycz:
Dekrety cara wywłaszczające polskich patriotów i ludzi Kościoła nabierają obecnie mocy, gdyż realizuje je Komisja Regulacyjna ds. Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, instytucja mieszana Kościoła prawosławnego i państwa. Podczas gdy ona nadal działa i buszuje po naszym terenie, to katolicką komisję rozwiązano.
Przypomnijmy, że w 1989 r. powstało 5 komisji ds. zagrabionego przez komunistyczne państwo mienia Kościołów katolickiego, ewangelicko-augsburskiego, prawosławnego, dla gmin żydowskich oraz pozostałych wyznań i związków wyznaniowych. Miały one za zadanie oszacować i zwrócić mienie utracone w okresie PRL-u. Komisja Majątkowa ds. Kościoła katolickiego spotkała się parę lat temu z ostrą krytyką i jej działalność praktycznie wygasła po 2010 r., a w roku 2011 została rozwiązana. Wiele żalów wywoływał ustawowy zapis o niemożności odwołania się od decyzji tych komisji. O innych komisjach było cicho; wszystkie jakby traciły rację bytu, do rozpatrzenia pozostały już podobno tylko wnioski trudne, skomplikowane, nadające się dla specjalistycznego sądu, a nie dla amatorskiej komisji. Tak przynajmniej argumentował rząd na początku 2012 r. ogłaszając, że na drodze nowelizacji odpowiednich ustaw chce rozwiązać pozostałe cztery komisje.
Komisja mieszana wykonuje te decyzje – mówi dalej bp Antoni Dydycz – które car podejmował w związku z prześladowaniami tych Polaków, którzy walczyli o niepodległość naszej Ojczyzny oraz w związku z prześladowaniami Kościoła katolickiego, który był systematycznie i ustawowo wywłaszczany. Ocenia się, że po samym powstaniu styczniowym ok. 1600 polskich, katolickich instytucji – klasztory, plebanie, kościoły, majątki szlacheckie – zostało przejęte przez Rosjan na mocy rozporządzeń carskich. Także niektórzy chłopi stracili wszystko, co posiadali i byli wysyłani na Sybir za opór przeciwko carowi. Niekoniecznie zagrabione mienie dostawała później Cerkiew prawosławna; przekazywano te majątki także różnym sługom i wiernym poddanym cara: książętom, magnatom, hrabiom. Niektórzy z nich nawet się później spolszczyli i pracowali na rzecz Polski.
Tu należy dodać, że zabory miały swoje „zaplecze” ideologiczne, religijne. Rosjanie twierdzili, że muszą zająć polskie ziemie, by bronić wyznawców prawosławia, a Prusacy – luteran. Oficjalnie to był główny powód aneksji polskich terenów. Każdy pretekst jest dobry, by grabić… I prawosławni, i luteranie byli podobno strasznie w I Rzeczypospolitej prześladowani. W związku z tym, jak się rozpanoszyli na polskiej ziemi, to sami wzięli się za prześladowania: polskich patriotów, ale tak samo katolików (co zresztą przeważnie było jednoznaczne).
Po upadku powstania styczniowego (podobnie jak po poprzednich) represje dotknęły szczególnie Kościół katolicki – odpisuje do burmistrza Drohiczyna dyrektor diecezjalnego archiwum ks. dr Zenon Czumaj. – Kasaty klasztorów i przejmowanie majątków parafialnych dokonywały się w majestacie rosyjskiego prawa. Mieszkańcy Podlasia doświadczali jeszcze dodatkowych szykan – wywieziono na Syberię wielu kapłanów, zburzono lub zamieniono na cerkwie prawosławne wiele świątyń rzymskokatolickich, a trwający w jedności ze Stolicą Apostolską Kościół greckokatolicki siłą podporządkowano Cerkwi rosyjskiej, zaś opierających się temu duchownych i wiernych świeckich karano zsyłkami, kontrybucjami i biciem, czasem kończącym się krwawą masakrą.
Car – kontynuuje bp Antoni Dydycz – surowo karał także za opór w sferze kultury i języka polskiego. Zagrabione mienie przekazywał rosyjskim strukturom związanym z caratem, także cerkiewnym. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., po ustaleniu nowych granic, wielu z tych właścicieli z łaski cara – uciekło z Polski lub do niej nie powróciło z zawieruchy wojennej. Także wielu prawosławnych, w tym księży, uciekło z Polski. Wtedy Sejm polski a potem i Sąd Najwyższy podjęli decyzję, że wszelkie dobra zabrane Kościołowi i osobom cywilnym w toku prześladowań carskich, wracają do właścicieli. Nie wszystkie jednak zagrabione za caratu dobra zostały przepisane na Kościół katolicki, bo nie było komu wówczas tym się zająć, po prostu było za mało księży. Dlatego przejął te majątki lub tereny przykościelne Skarb Państwa.
A więc te 300 tys. hektarów, o których marzy abp Jeremiasz, to nic innego, jak spadek po skrzywdzonych polskich patriotach, sybirakach, powstańcach, zakonnikach, obrońcach polskiego języka i katolickiej wiary. Aktami własności są w tym wypadku nadania dla sługusów carskiego reżimu. Prawosławni robią kserokopie dawnych ksiąg metrykalnych z XIX w. i na nie się powołują, żądając „odszkodowań”. W przypadku Drohiczyna powołują się na mapę z 1929 r. noszącą adnotację „Plan ziemi kościelnych zabranych w czasie zaboru rosyjskiego od Kościoła na rzecz Cerkwi prawosławnej”.
Czyż to nie jest upokarzające, że mieszana komisja – działająca przecież także z ramienia polskiego rządu – realizuje decyzje cara związane z prześladowaniami za wiarę i za narodowość… Czyżby prawosławni w Polsce nie czuli się Polakami?
Zupełnie czym innym są natomiast faktyczne odszkodowania za mienie utracone po II wojnie światowej w wyniku działania komunistów – do tego celu właśnie zostały powołane mieszane komisje majątkowe. I oto jedna z nich nagle zajmuje się także mieniem sprzed 1945 r. – jakim prawem?
Ktoś postanowił wykorzystać z jednej strony zmasowany i brutalny atak na Kościół katolicki, który prowadzony jest nawet z ław sejmowych, z drugiej zaś uległość rządu oraz jego niechęć do wszystkiego, co naprawdę polskie.
Skoro nasza władza akceptuje żądania Komisji Regulacyjnej, które zaczynają się nie na 1945, ale na 1918 r., to – logicznie rozumując – za chwilę zgodzi się na rewizję zachodniej granicy do jej stanu sprzed 95 lat. Na przywrócenie tamtego stanu rzeczy naciski w Niemczech są jeszcze większe niż ze strony Komisji…
Gdy chodzi o brak akceptacji dla obecnego stanu naszych granic państwowych, to po zastanowieniu stwierdzam, że ja również powinienem być za ich rewizją. Nie wiem tylko, dlaczego miałbym zatrzymywać się na roku 1918; nawet kiepsko obeznany w historii obywatel tego kraju wie, że rozciągał się on kiedyś od morza do morza! Od Bałtyku po Morze Czarne. Tamtych granic, tamtego stanu rzeczy żądajmy! A jakie odszkodowania można będzie wyliczyć… To naprawdę równie logiczne, jak akceptacja stanu rzeczy z roku 1918 zamiast aktualnego. Jakże słusznie bowiem pyta ks. dr Zenon Czumaj: Co jest dla nas bardziej wiążące – wola polskich monarchów, władców ruskich i litewskich, szlachty polskiej i mieszczan drohiczyńskich, przekazujących niegdyś swoje mienie na rzecz kultu religijnego, działalności charytatywnej oraz rozwoju kultury i dziedzictwa wielonarodowej Rzeczypospolitej, czy restrykcyjne ukazy carskie, wydane w celu pozbawienia własnej tożsamości mieszkańców (w tym wypadku) Podlasia?
Dlatego dobrze postąpił drohiczyński burmistrz, prosząc o analizę historyczną sięgającą głęboko wstecz, ponieważ tylko taka ma sens. Wojciech Borzym na łamach „Kuriera Podlaskiego” wyjaśnia swe stanowisko: Wymiana pism trwa już kilka lat, jednak w czerwcu robiona była wycena wartości rynkowej tych nieruchomości. I z doświadczeń innych instytucji, które miały do czynienia z komisją regulacyjną Kościoła katolickiego w sprawach dotyczących postępowań majątkowych, można wnioskować, że sprawa robi się poważna. Bo od postanowienia takiej komisji nie można się odwołać. Jedynym wyjściem jest obrona teraz. A zdaniem moim i instytucji, które są we władaniu tych nieruchomości – nie powinniśmy oddawać.
Że nie powinni oddawać, to jasne. Prawowitą własność oddać trzeba, ale nie otrzymaną prawem kaduka. Nie jest też tak, że w Drohiczynie prawosławni nie mają gdzie się modlić. Komisja mieszana składa się po połowie z przedstawicieli Cerkwi oraz rządu; jeżeli podejmie decyzję o „odszkodowaniu”, to takie miasteczko jak Drohiczyn zostanie zrujnowane. Powstanie ponadto kolejny zapalny punkt na mapie Polski, znów zostanie dolana oliwa do ognia, znów ktoś będzie szarpał nerwy Polaków. Nie wiem, czy przejmą się tym reprezentanci strony rządowej, ale polscy prawosławni muszą pokazać, że leży im na sercu nasza wspólna Ojczyzna.
Leszek Sosnowski
Za zgodą miesięcznika WPiS - Wiara-Patriotyzm-Sztuka
http://e-wpis.pl/